MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS
45
BLOG

KUCYK ZŁOŻONY NA OŁTARZU PRZYJAŹNI

MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS Polityka Obserwuj notkę 0

Europejski świat z 1980 roku, zwłaszcza dla osób młodszych, z pozoru wydaje się być urządzony nieco inaczej, ale im głębiej wchodzi się w ten las, tym więcej napotkać można znajomych drzew. Na przykład, tak samo jak dziś, karierę robiło wówczas pojęcie przyjaźni między narodami. Przyjaźń ta, raz zadekretowana, panować musiała już nieodwołalnie. Rodziła się z samej tylko przynależności pewnych krajów do tej samej organizacji państw i z podobnych, czy wręcz identycznych ustrojów i wyznawanych wartości (lub – jak się wreszcie okazało po latach – niewartości). Warunkiem sin qua non zaprzyjaźnienia się jednego kraju z drugim była oczywiście rezygnacja z egoizmu, przybierającego w życiu narodów szkaradną formę nacjonalizmu. W sposób szczególny wolne od narodowych obciążeń z przeszłości były stosunki pomiędzy najweselszym barakiem obozu konc…, to jest oczywiście socjalistycznego, czyli Polską Ludową a tym najbardziej wysprzątanym, czyli Niemcą  Demokratyczną. 

Odżegnywanie się od nacjonalizmu było w Niemieckiej Republice Demokratycznej, bo o niej mowa, obok pływania i skoków przez wysokie przeszkody, jednym z ulubionych rodzimych (bo przecież nie: narodowych) sportów. Mówienie o niemieckim państwie narodowym było tu bardzo nie w tonie, również pozytywne wspominanie pruskich władców i ich militaryzmu było surowo zabronione jako coś wyjątkowo nieładnego a pamiątki po nich, jak Pałac Cesarski w centrum Berlina, powysadzano nawet dyskretnie w powietrze. Oficjalnie nie patrzono w przeszłość, ale – podobnie jak Aleksander Kwaśniewski – „wybierano przyszłość” i podkreślano, że wraz z postępem socjalizmu, wiekuista przyjaźń zmiecie ostatecznie wszelkie granice między narodami.    

W nowej Europie nie poszło na marne również zdobyte w tamtych czasach doświadczenie w krzewieniu przyjaźni. Wschodnioniemieccy pionierzy Thälmanna, którzy onegdaj szli w prysiudy przy ogniskach z polskimi harcownikami, dziś – jako europejczycy pełną gębą – znowu palą słynne „ogniska przyjaźni”. Ostatnią ku temu okazją stało się wejście Polski do strefy Schengen. Mało brakowało, a przy ognisku na świnoujskiej plaży w 2008 roku znowu rozległa by się duszoszczypatielna „Międzynarodówka” i jej spiżowe: niech w kuźni naszej ogień bucha, zanim ostygnie – przekuj w stal! 

Czy zatem świat sprzed dwudziestu kilku lat rzeczywiście nadal wydaje się aż tak zupełnie obcy? 

Jak wiadomo jednak, tam gdzie wszystko jest iluzją, zaufać nie można nawet nadziei na przyszłość, i rzeczywiście, bo nagle bowiem we wspomnianym 1980 roku, coś przydarzyło się na drodze do Nieba. Kierownictwo wschodnioniemieckiej partii komunistycznej, noszącej w dodatku schizofreniczną nazwę „partii jedności Niemiec”, na tyle zmęczyło się ówczesną panoramą socjalistycznego Berlina, że postanowiło przywrócić reprezentacyjnej Alei pod Lipami pomnik konny Fryderyka Wielkiego, kroczącego dumnie na Wschód na czele swej (niewyrzeźbionej) armii. O dziwo, uczyniły tak, mimo żelaznych kajdan, to jest oczywiście: więzów przyjaźni ze wschodnim sąsiadem, czyli PRL-em, głoszonej wszem wobec i każdemu z osobna za pomocą oficjalnych publikatorów. 

 Przywracanie pruskich rekwizytów służyło wówczas zarówno znalezieniu jakiejś dodatkowej historycznej tradycji, która pozwoliłaby spoić powoli rozpadające się wschodnioniemieckie społeczeństwo i całe państwo robotników i chłopów. Miało też i inny wymiar. Gest ten był również reakcją Berlina na fakt, że rządzący w Warszawie Edward Gierek ma własnych niemieckich kolegów i to w dodatku nad Renem, oraz na fakt, że po upadku „wielkiego kredytobiorcy” i powstaniu „Solidarności”, nad Wisłą znowu zapanował niebezpieczny, polski chaos, niosący zagrożenie dla jedynego słusznego ustroju i w ogóle egzystencji NRD. Najważniejsze jednak co innego. Otóż NRD, stawiając pomnik w takim miejscu, wykonała działanie oparte o dwuznaczną symbolikę historyczną, sprzeczne z jej wcześniejszymi antypruskimi deklaracjami, nie oglądając się przy tym na ówczesną polityczną poprawność i z góry wiedząc, jakie będą reakcje Warszawy.  Tyle historii. Dziś NRD już nie ma na mapie, a sam pomnik w latach dziewięćdziesiątych przesunięto o kilka metrów, w miejsce na jakim stał w XIX wieku.   

Dzisiaj oczywiście jest zupełnie inaczej. Przyjaźń między krajami o tych samych systemach i niewartościach ma się znakomicie, a nacjonalizmy już dawno ostatecznie odłożono do lamusa, do którego kluczyk mają tylko „duże kraje unijne”, a i nawet one, definiują swój narodowy interes jako „europejski”, czy jakoś tak. 

Władze RFN podjęły decyzję o sfinalizowaniu projektu „widocznego znaku”, czyli stworzenia w Berlinie muzeum upamiętniającego wojenne wypędzenia i powojenne wysiedlenia, realizując tym samym jeden z ważnych priorytetów koalicyjnego rządu federalnego. Siłą napędową projektu jest konsensus wokół niego wszystkich wielkich partii. Gest ten ma jednak jedną pewną cechę, wspólną z ustawieniem w 1980 w Berlinie pomnika króla Fryderyka. Jest wyraźnym sygnałem, że w Niemczech, przy całym dotychczasowym europejskim gęgu o pokonywaniu w Europie myślenia w kategoriach narodowych, konsekwentnie realizuje się to, co wzmacnia poczucie plemiennej tożsamości. I również nie zwraca się przy tym specjalnej uwagi na opinie sąsiadów, co najwyżej Berlin starał się włączać ich do gremiów konsultacyjnych na szlachetnej zasadzie przyzwoitki, które to zakusy zresztą Czesi od początku odrzucili. Szkoda, że tej ikry zabrakło polskim stejtsmenom.         

Niemcy mają zresztą oczywiste prawo prowadzić politykę wewnętrzną, jaką tylko uważają za stosowną. Być może warto byłoby ją nawet naśladować, co w polskich warunkach oznaczałoby np. zbudowanie Muzeum Ziem Odzyskanych. Jak jednak wiadomo, minister Bogdan Zdrojewski, zadecydował o skreśleniu tego pomysłu z listy projektów wspieranych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dla wielu ciągle wierzących, że PO jest ugrupowaniem liberalnym, wiernym temuż liberalizmowi jak Ewa Adamowi, widoczna niechęć ministra do sponsorowania Muzeum, może być tym upragnionym pierwszym widocznym znakiem, że oto partia miłości, która kocha wszystkich oprócz Anny Fotygi i Jacka Kurskiego, zaczyna wreszcie bronić klasycznej zasady liberalizmu, mówiącej, że państwo nie powinno być mecenasem kultury i sponsorować ze wspólnych pieniędzy projektów dla mniejszości. 

Sytuacja taka w doskonały sposób pokazuje – uprzejmie zapominając o innych możliwościach – w jaki sposób tym politykom, którzy dysponują przecież jakimś doświadczeniem, a nierzadko i wiedzą, jak Bogdan Zdrojewski, ewidentnie szkodzi długoletni trening w przepoczwarzaniu się z polityków polskich w polityków europejskich. W Polsce, dla polityka powtarzającego od lat mantrę o europejskiej drużbie, jakikolwiek, drobny nawet gest, służący jedynie własnemu grajdołkowi, automatycznie urasta do rangi ohydnego nacjonalizmu. Tym czasem sąsiedzi robią swoje i nie wydają się mieć aż tyle obiekcji.  Z drugiej strony, jednak dobrze się stało, że PO całkowicie zrezygnowała z idei Muzeum Ziem Odzyskanych a nie przerabia jej na jakiś własny europejsko-galaretowaty projekt, byle tylko nie zagrozić obustronnej przyjaźni.        

Od początku nie należało liczyć, że rząd Platformy w ogóle wykaże tyle woli, aby wykonać gest o skali zbliżonej do opisanego na początku powrotu pomnika konnego Fryderyka Wielkiego do berlińskiej Alei Pod Lipami. Ale zdaje się, że nie będzie go stać nawet na pomnik kucyka.

Jestem żonaty, dzieciaty i wysoki, a w poglądach konserwatywny i gospodarczo liberalny, noszę okulary i golę się raz na tydzień (czasami częściej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka