Przypomniały się czasy etapowych zwycięstw w Wielkiej Pętli Jaskuły i Majki. Zwycięstw wielkich ale, przy dzisiejszej wygranej naszej reprezentantki, jakby małych. Dlaczego? Bo jest między nimi jedna, zasadnicza, różnica. Wygrywając dziś, na kultowym a jednocześnie królewskim etapie, w równie niesamowitym (powiedziałbym nawet, że w jeszcze lepszym) stylu, Katarzyna Niewiadoma sięgnęła tym samym po żółtą koszulkę. Jaskule do tego jednak sporo brakowało, a Majce się nawet o tym nie śniło.
Jest tak, jak jakieś 10 lat temu nikt sobie nie wyobrażał. Polskie męskie kolarstwo, co znów dobitnie udowodnił dzisiejszy etap (cały wyścig też zresztą codziennie to robi) Tour de Pologne, leży i kwiczy, a kolarstwo kobiece przeżywa jeden z najpiękniejszych, a może i najpiękniejszy, okres w historii. I to nie tylko dzięki naszej największej obecnie kolarskiej gwieździe.
Znamienny obrazek. Dominika Włodarczyk przyjeżdża na metę ósma (przypominam, że to królewski etap najważniejszego wyścigu na świecie) i płacze z tego powodu ze złości, a najlepszy w dzisiejszych zmaganiach z naszych, ten który miał walczyć (nie wiem tylko o co), Gruszczyński, mija linię mety 36-ty i nie płacze. Ani nad tym, że jest 36-ty, ani nad stanem naszego męskiego kolarstwa. A do tego Czesław Głupi Uśmiech Lang wiecznie zadowolony i radosny, jakbyśmy w generalce okupowali całe podium. I byli liderami w walce o każdą z czterech czy pięciu koszulek. Notabene. Czy na tym wyścigu nie było nikogo, kto podpowiedziałby Michałowi Kwiatkowskiemu, że meta jest kilka kilometrów dalej?
Wracam szybko do pań i Katarzyny Niewiadomej. Dwa lata temu została zwyciężczynią całej Wielkiej Pętli. Ale bez wisienki na torcie w postaci wygranej etapowej. To tak trochę jak wygrać mistrzostwo świata w piłce po 0:0 w dogrywce i karnych. Choć wysiłek 100 razy większy oczywiście. Dzisiaj to było zwycięstwo pełną gębą. Takie, że hej! Samotna ucieczka, ponad minuta przewagi, kultowy podjazd, w dodatku królewski etap wyścigu. Miodzio.
Rozegrała ten etap jak najlepszy tegoroczny Pogacar. Zaatakowała na kilkanaście kilometrów przed metą i nikt nie był w stanie adpowiedzieć. A ona z każdym kolejnym metrem zyskiwała przewagę. Jej dwie najgroźniejsze rywalki były bezbronne jak Vingegaard i Evenepoel przy ataku Słoweńca.
Należało się jej jak psu buda. Wiele lat jazdy w ścisłej czołówce, a zwycięstw dużo mniej niż na to zasługiwała. Oczywiście duże sukcesy były zawsze, ale nie te największe. Ale jak miały być skoro miała przeciw sobie stada Holenderek, że się do nich ograniczę, i nie najlepszy w sumie zespół, którego się niepotrzebnie trzymała.
Tym razem nikt jej wreszcie nie przeszkodził. Pomogło też z pewnością to, że w końcu ma w tym wyścigu porządną pomocniczkę. Co ciekawe – Niemkę.
Do końca Pętli pozostały dwa etapy. Polka ma 15 sekund przewagi nad największą gwiazdą ostatnich kilku sezonów, Holenderką Volering. Miejmy nadzieję, że jej drużyna, Canyon, będzie w stanie pomóc jej tę przewagę utrzymać. Kolarstwo to od lat sport zespołowy, o czym przekonujemy się przy okazji niemal każdego pokazywanego w telewizji wyścigu. A jest ich przecież od groma. Oczywiście. Liderzy zespołów są w nich najlepsi. Z zasady, bo są wyjątki potwierdzające regułę (np. słynny TdF, gdzie Froome był zmuszony przez zespół jechać na Wigginsa). Ale żeby mogli wygrywać, muszą mieć raz, ze bardzo mocną, a dwa zdeterminowaną pomagać liderce, drużynę. Jeśli oba warunki nie są spełnione jednocześnie, bardzo ciężko o tym w ogóle marzyć, a co dopiero dokonać. Więc, zespole CANYON, wszystkie ręce na pokład! Nie tylko Niewiadoma i Niedermaier muszą jutro i pojutrze włożyć kołki w zęby. Jest o co się bić.
To byłby największy w historii sukces. I Niewiadomej, i Canyonu. Że całej nazwy zespołu, przez grzeczność i posiadaną kulturę, nie przytoczę.




Komentarze
Pokaż komentarze