6 obserwujących
82 notki
73k odsłony
  518   0

Gdańsk w obronie króla

Nad ranem, 12 maja 1734 roku, podekscytowani mieszczanie gdańscy przekazywali sobie radosną wiadomość o pojawieniu się u ujścia Wisły francuskich żaglowców. Zdawałoby się, że to nic nadzwyczajnego w portowym mieście, którego mieszkańcom spowszednieć mógł już widok statków pod zagranicznymi banderami. Tym razem jednak sprawy miały się inaczej, od sześciu tygodni nie przycumował przy nabrzeżu Motławy żaden okręt, żaden też nie opuścił portu, gdyż po zdobyciu przez wojska rosyjskie feldmarszałka Münicha Szańca Zimowego, położonego między twierdzą Wisłoujście i miastem, dostęp do morza został odcięty. Od niemal pół roku, czyli od czasu zasypania przez oblegających kanału Raduni, przez co stanęły żarna Wielkiego Młyna, mieszkańcy i broniący miasta żołnierze żywić się musieli razowym chlebem. Zboża i żywności wprawdzie nie brakowało, ale przyzwyczajonym do wygód mieszczanom bardzo to doskwierało. A co gorsza, od czasu gdy pod Gdańsk rosyjska armia ściągnęła działa większego kalibru, nieustanie nękano miasto ogniem artylerii ustawionej na szańcach Grodziska.

Nadzieja na odsiecz lądową rozwiała się, gdy kolejno, najpierw pod Świeciem rozbity został korpus kasztelana czerskiego Kazimierza Rudzińskiego, potem pod Wyszecinem ciągnące do Gdańska i liczące 12 tys. zbrojnych oddziały wojewody lubelskiego Jana Tarły. Teraz jedyną nadzieją, nadzieją, którą żywił mieszczan francuski ambasador Antoine-Felix de Monti od wielu już miesięcy, była militarna pomoc Ludwika XV, króla Francji. I oto gruchnęła wieść – francuskie okręty przybyły!


 

Po zakończeniu w 1721 r. wojny północnej, podczas której przez 21 lat zmagali się ze sobą król Szwecji Karol XII i car Piotr I, wciągając w konflikt wiele innych państw, w tym Polskę pozostająca pod władaniem Augusta Mocnego, sojusznika cara, zdawało się, że wreszcie nadeszły dla Gdańska dobre czasy. Stosunki nad Bałtykiem zostały uregulowane, a miast okrętów wojennych, po wodach Bałtyku żeglować zaczęły zapełniane zbożem handlowe statki. Spokój nie trwał jednak długo, nieco ponad dekadę. Gdy 1 lutego 1733 roku zmarł w Warszawie August II, dla Rzeczpospolitej rozpoczął się kolejny okres bezkrólewia, a polska korona znów stała się przyczyną walki o władzę. Ościenne państwa nie życzyły sobie władcy niezależnego, mogącego, nadal kwitnącą gospodarczo Polskę, przekształcić w niezależne i silne militarnie państwo. Rosja, Austria i Prusy zawarły więc traktat trzech czarnych orłów, mający na celu obsadzenie na polskim tronie uległego im władcy. Prusy wprawdzie wycofały się z porozumienia, ale Austria i Rosja udzieliły wsparcia w staraniach o polską koronę synowi Augusta Mocnego, Fryderykowi Augustowi II, księciu saskiemu. Ten pomysł nie w smak był szlachcie, która na podwarszawskim polu elekcyjnym, 12 września 1733 roku, obwołała królem Stanisława Leszczyńskiego, teścia króla Francji Ludwika XV. Po wcześniejszych rządach Augusta Mocnego szlachta żywiła niechęć do Sasów, a Stanisław Leszczyński był Polakiem z krwi i kości, „Piastem”, na dodatek królem arcykatolickim, a przy tym mężem dojrzałym, mądrym i sprawiedliwym. Miał poza tym wsparcie Francji, która osiągnęła szczyt swoje potęgi, a to też nie było bez znaczenia, tym bardziej, że Ludwik XV otwarcie głosił, iż wesprze, nawet zbrojnie, elekcję Stanisława Leszczyńskiego. Do prawdziwej wielkości nowemu królowi, o czym przekonano się w potem, brakowało  tylko wojowniczego ducha i energii.

Stronnictwo rosyjsko-austriackie nie zamierzało jednak rezygnować. We wsi Kamień, pod warszawską Pragą, nieliczne grono szlachty obwołało królem Fryderyka Augusta II (jako późniejszy władca Polski nosił miano Augusta III). Sytuacja zaczęła się komplikować, tym bardziej, że już w sierpniu w granice Rzeczpospolitej wkroczyła armia rosyjska dowodzona przez generała Piotra Lacy. Król Stanisław Leszczyński, chociaż cieszył się poparciem zdecydowanej większości szlachty, nie uczynił jednak nic, by się jej przeciwstawić. Nie był wojownikiem ani wodzem, był królem na miarę spokojnych czasów, obce mu były ambicje dowódcy, obca mu była przemoc. Chciał rządzić sprawiedliwie, nie wojować. Prawdziwy mąż stanu, prawdziwy przywódca, powinien posiadać obie te cechy, sprawiedliwego władcy i energicznego wodza., tej drugiej Stanisławowi Leszczyńskiemu zabrakło. Wolał liczyć na to, że polskie problemy rozwiąże za niego król Francji, który siedem lat wcześniej poślubił jego córkę, Marię.


 

Gdańsk od 1577 r., gdy sprzeciwił się wyborowi na tron polski Stefana Batorego, co wiele potem go kosztowało, zwykł był czekać na rozwój sytuacji i popierał zazwyczaj podczas takich konfliktów tego z kandydatów, który pierwszy został koronowany. Tym razem jednak, zamiast wyczekiwać, wbrew swoim zasadom poparł entuzjastycznie i od razu Stanisława. Choć historycy spierają się o przyczyny takiego postępowania, moim zdaniem na tej decyzji zaważyły, w tamtej chwili racjonalne, powody. Gdańsk żył z handlu, a Francja była jednym z największych odbiorców polskiego zboża. Francja była u szczytu potęgi, a ponadto zdołała zapewnić sobie neutralność Anglii i Niderlandów, z którymi Gdańsk prowadził ożywiany handel. Francja głosiła, że podejmie wojnę o sukcesję polską i pod tym hasłem wypowiedziała wojnę Austrii. Jak się miało okazać, głównie zależało jej na zajęciu Lotaryngii, ale gdańszczanie nie mogli o tym wiedzieć. A poza tym, gdańscy kupcy doskonale wiedzieli, że największym wrogiem ich dobrobytu mogą być ograniczenia ze strony Prus i Rosji, które chciały zmarginalizować ich miasto, a przy tym niechętne były Polsce, z której płynęło zboże będące źródłem jego zamożności.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura