Ktoś beknie za „Wałęsę”. Beknie i to ostro. Koszty produkcji hagiograficznego dzieła filmowego były zbyt duże. Widać to po reakcjach samego bohatera wszechczasów oraz po reżyserze filmu. Pierwszy zachowuje się jak rany dzik. Chce wprowadzenia – wzorem czasów PRL – zapisu w cenzurze zakazującego publikowania materiałów historycznych na swój i temat i chce zakazu prawa do swobodnej ich interpretacji. Drugi natomiast w swojej wypowiedzi poraża mnie swoim widzeniem świata. Po skompilowaniu jego wypowiedzi można ją ująć w jednym zdaniu: historia ma być jedna, ale tylko nasza, rozumiecie barany, tylko nasza, żadna inna! Całość domyka groźba pod adresem tych, którzy tego nie chcą zrozumieć: ja wam jeszcze pokażę, zobaczycie! Ja was jeszcze obsmaruję tak, że sami siebie nie poznacie!
Chyba nie było w historii filmu takiego przypadku aby tak reagować na brak uznania od jury konkursu. To jakaś totalna wiocha umysłowa. Mieliśmy mieć Oscara! Jak to? Nie jesteśmy warci aby cały świat nas kochał? Nie lubimy was!
Koszty produkcji były za duże. Nie chodzi tu tylko o koszty finansowe, które jak wiadomo były związane z aferą „złota i bursztynu”. Bo ktoś tu musiał ponieść dotkliwą porażkę finansową związaną z prostym faktem, że nie uda się wypchnąć filmu w świat. Panie nauczycielki w szkole w Argentynie lub Madagaskarze wcale nie będą się czuły w obowiązku wobec dyrekcji aby całą klasę zaciągnąć na ten film. Ale o wiele ważniejsze są koszty osobiste ponoszone obecnie przez tych, który zachłystywali się „dobrem narodowym” niczym komentatorzy sportowi. Z zażenowaniem myślę o tych, którzy pieli jak zaczadzeni: „tralalala, tralalala, hurra, łi ar de czempions, będzie Oscar, będzie jak w banku, ktoś nawet już dostał mejla zapowiadającego sukces, hurra, tralalala, tralalala, kochamy Lecha, my też jesteśmy bardzo kochani, my bardzo kochamy siebie”. Tyle poszło na wódkę weselną i zero z małżeństwa. Jeżeli na to nałożymy fakt, że jeszcze nie tak dawno wielu z tych dzisiejszych apologetów pluło na Lecha niemiłosiernie to zobaczymy cały obraz tej lichej sromoty. Trzeba będzie teraz składać samokrytykę jak w najgorszych czasach terroru umiłowanej partii. Wejść pod stół i odszczekiwać. Niefajnie.
Dlaczego film nie zdobędzie Oscara? Hollywood to jest środowisko liberalne, co po przeniesieniu na polskie realia oznacza takie ichnie eSeLDe. Lewica wszelkiej maści już ma za nic klasę robotniczą, już nie odmienia w każdym zdaniu przez wszystkie możliwe przyadki „klasa, klasy, klasie, z klasą, klasa, z klasą, o klasie, klasa!”. Żaden paniczyk nie naciera już sobie rąk cegłą aby pokazać jakie ma spracowane robociarskie ręce. Dziś lewica ma nowe hołubione dziecko: kochających inaczej. A tylko wystarczy spojrzeć na plakat. Mężczyzna i kobieta. On jest mężem jej po ślubie kościelnym. Kupa dzieci. Ona na pierwszym planie, ona w tle. A gdzie równouprawnienie płci, krzykną feministki. Patrzmy dalej. W tle rozwiana flaga biało-czerwona. No nie, proszę państwa. W tle jest nacjonalistyczna biało-czerwona flaga, brakuje tylko płonących pochodni i już mamy faszyzm. Patrzmy dalej. A tam tłumy jakichś ludzi w kaskach , stoczniowcy? Z tej stoczni w stanie upadłości? I gdzieś tam w głębokim tle ta zawiedziona miłość do klasy robotniczej, która zamiast portretów wodzów rewolucji powiesiła na bramie obraz Matki Bożej Częstochowskiej i portret Papieża Jana Pawła II. I za miałby być Oscar? To byłby istny koniec świata!
W całej historii związanej z filmem jest jeden zabawny – chociaż czy ja wiem czy zabawny – moment, gdy Lechu po rozpoczęciu zdjęć do filmu mówi, że chciałby poznać swoją historię. To może zamiast filmu sięgnąć po dostępną literaturę na ten temat?
Dobrze się stało, że „Wałęsa” nie dostanie Oscara. Gdyby dostał to trzeba byłoby to uczcić w sposób godny, zdolny zaspokoić kosmicznie rozdmuchanego jego ego (a to mi się zrymowało). Co to mogłoby być? Lotnisko swego imienia już ma, to może Gdańsk imieniem Lecha Wałęsy? E, za mało. Wiem! Polska imieniem Lecha Wałęsy. Na ten moment by wystarczyło. Skoro partie polityczne są nazywane od imienia aktualnego lidera niczym jakaś piekarnia od nazwiska właściciela, dlaczego nie? Gdyby tak się stało to to taka prosta zmiana dowodów przy zmianie nazwy ulicy z „komunistycznej” na „patriotyczną” byłaby przy tym drobnym pikusiem a przez to byłaby największą tego typu operacją administracyjną w całym znanym wszechświecie (a to by się Lechu z tego ucieszył). Jak wiadomo z doświadczenia tego typu operacja (taka zmiana nazwy ulic) wiąże się zawsze „gigantycznymi kosztami” jakby to powiedział jakiś były dygnitarz PZPR, robiący bieżąco za demokratę. Gdyby tak się stało to koszty okazałyby się „właściwe, aby godnie uczcić bohatera narodowego”. Uff, jak dobrze, że „Wałęsa” nie dostał Oscara.
W tej całej sprawie o kryptonimie „Wałęsa” najciekawiej zachował się autor scenariusza do filmu. Gdy w księgarni zauważyłem książkę, która w podtytule miała „jak pisałem scenariusz do filmu” to pomyślałem sobie, ło matko, komuś odwaliła kopara. Za chwilę będzie wysyp innych książek: „jak trzymałem reflektor na planie”, „jak stałem za tym płotem, kamera mnie nie widziała, ale ja tam byłem” itp. Paranoja! Nie. Bynajmniej nie. Autor scenariusza napisał sobie polisę ubezpieczeniową. Musiał ją pisać równolegle z pisaniem scenariusza do filmu. Dlaczego? Dlatego, że doskonale wiedział, że film jest tworzony pod zamówienie polityczne. Że będzie to film stricte propagandowy i w takim kierunki reżyser chciał aby zmierzał. Autor scenariusza napisał sobie polisę, która można streścić w kilku słowach: „a nie mówiłem?”. Gdyby to mówił po odmowie nominacji przez Akademię Filmową to już byłoby „po ptokach” a tak ma wiekuistą polisę, którą może wymachiwać innym przed nosem.
W tej porażce „Wałęsy” jest jakaś niespodziewana sprawiedliwość dziejowa. W dniu, w którym rozpoczęły się zdjęcia do filmu - w zapomnieniu - w gdańskim hospicjum umiera Maryla Płońska, działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, uczestniczka strajku z Sierpnia 1980.



Komentarze
Pokaż komentarze (43)