Na bazie burzy, która przetoczyła się przez media po wypowiedzi minister Radziszewskiej zacząłem się zastanawiać, że dochodzimy do momentu gdzie prawa mniejszości kolidują z prawem wspólnoty religijnej. Dalsze poszerzanie praw mniejszości powoduje ograniczanie praw wspólnoty religijnej i dzieje się kosztem tradycyjnych uprawnień wspólnoty religijnej. Nie ukrywam, że jestem przeciw. Na szczęście odebranie praw wspólnocie religijnej czy wyegzekwowanie „prawa ziemskiego” od wspólnoty religijnej nie jest sprawą prostą bo stoi za tym prawem dwa tysiące lat tradycji i poparcie większości społeczeństwa (spadającej większości ale jednak większości). A nawet gdyby władze świeckie były na tyle silne by wyegzekwować prawo od wspólnoty religijnej to trzeba pamiętać, że wspólnoty religijne były nie raz w historii szykanowane takim czy innym prawem więc nie jest powiedziane, że zejście do katakumb im zaszkodzi.
Gdy chodzi o casus "lesbijka" - Uważam, że:
1.Szkoła wyznaniowa zatrudniając nauczycielkę nie ma prawa pytać jej o orientację seksualną.
2.Pozostawiam sprawę otwartą, czy ma prawo wprost zapytać nauczycielkę, czy nie jest przypadkiem w związku lesbijskim. Jest to mocna ingerencja w sferę prywatną, ale z drugiejstrony nauczycielka w jawnym związku lesbijskim to bardzo kiepskie świadectwo dla dzieci/młodzieży w szkole katolickiej. Idąc dalej trzeba też dodać jasno – jeżeli pytamy o to czy nauczycielka jest w związku lesbijskim, to równie dobrze możemy zapytać czy nie jest w związku heteroseksualnym „na kocią łapę” czyli po prostu „źle się prowadzi”, albo jest dwukrotnie rozwiedziona i także nie daje dobrego świadectwa swojej wiary i moralności. Bądźmy świadomi takiej konsekwencji.
3.Szkoła wyznaniowa ma prawo zwolnić nauczycielkę obnoszącą się po szkole ze swoją orientacją seksualną czy też uprawiającą promocję swojej orientacji seksualnej (niewątpliwie sprzecznej z kierunkiem wychowania realizowanym przez szkołę).
Komentarze
Pokaż komentarze (11)