"Mgła" to opowieść o katastrofie smoleńskiej widzianej oczami tych urzędników kancelarii prezydenta, którzy 10 kwietnia 2010r. czekali na polską delegację w Katyniu lub zostali w Polsce.
Zaczyna się od oskarżeń. Że chociaż Lech Kaczyński jako pierwszy zapowiedział swój przyjazd do Katynia na obchody 70. rocznicy zbrodni na polskich oficerach, to jego pismo zostało przemilczane, a zamiast odpowiedzi strona polska i rosyjska ogłosiły, że premier Putin zaprasza do Katynia premiera Donalda Tuska: "Zaczęła się kampania zmierzająca do zniechęcenia prezydenta do udziału w uroczystościach. Robiono wszystko, żeby ta wizyta nie doszła do skutku, a potem, żeby umniejszyć jej rangę' - mówi wiceszef Kancelarii Jacek Sasin. Urzędnicy są przekonani, że przeciwko prezydentowi wspólnie działali Rosjanie i polski rząd. Te wypowiedzi przerywane są obrazami ambasady Rosji, siedziby premiera i MSZ, pokazywanych na tle złowieszczo brzmiącej muzyki.
Takich żalów - mniej lub bardziej uzasadnionych - jest w słowach bohaterów filmu więcej. Andrzej Duda, prezydencki wiceminister, uważa, że Bronisław Komorowski (wtedy marszałek Sejmu) zbyt szybko uznał, że Lech Kaczyński nie żyje i zanadto spieszył się z orędziem, że przejmuje obowiązki głowy państwa.
Żenada. Co nam pozostanie po Prezydencie Kaczyńskim? Pretensje i żale. Urzędnicy kancelarii, którzy „dorabiali gębę” Leszkowi Kaczyńskiemu w czasie prezydentury dorabiają mu ją także po śmierci.Za życia w świetle wypowiedzi swoich ludzi wychodził na złośliwego kurdupla o przerośniętym ego. I po tragicznej śmierci niewiele lepiej to wygląda. Okazuje się, że nieważne jaki był, co chciał osiągnąć, a co osiągnął. Ważne kto mu miejsca nie ustąpił, kto na odcisk nadepnął i kto chciał (nie daj Boże) politykę zagraniczną prowadzić.
Jak zawsze brak klasy. Wciąż te żałosne przepychanki. Tak się wielkości Leszka Kaczyńskiego nie zbuduje. Tyle, że oni tego nigdy nie zrozumieją.
Komentarze
Pokaż komentarze (34)