Jak co roku miliony moich rodaków w Ameryce obudzą się w dzień Wszystkich Świętych, trąc zaspane oczy po obchodzonym dzień wcześniej Halloween. Amerykańskie dzieci jak dawniej objadają się słodyczami i próbują nastraszyć innych, coraz częściej jednak Halloween staje się szałem autoekspresji dla osób stojących u progu dorosłości. Czy nie umyka nam coś naprawdę ważnego? Po tym, czego byłem świadkiem na warszawskich Powązkach w 1989 roku i w roku ubiegłym, skłonny jestem tak myśleć.W Polsce we Wszystkich Świętych nawet Kostucha zostawia drzwi śmierci lekko uchylone. W ten szczególny dzień miliony Polaków łączy jedno. Rozważając największą z ziemskich ostateczności, czczą pamięć zmarłych rodziców, dzieci, rodzeństwa, wspominają żołnierzy, mężów stanu, kompozytorów, profesorów, ludzi wszelkich profesji.
Polacy najwyraźniej wypracowali właściwą hierarchię wartości, tego dnia bowiem codzienne życie - czy mowa o pójściu do pracy, czy o kupnie mleka - jakby się zatrzymuje. Choć tramwaje i autobusy nadal kursują, to tylko po to, by dowieźć pasażerów na cmentarze, gdzie dopełniają się wielowiekowe rytuały: składanie kwiatów na grobach - od pojedynczej róży po okazałe wieńce wielkości koła, palenie lampek nagrobnych, kolorowych szklanych zniczy, których płomienie zlewają się w morze ognia, od którego bije poświata duchowości.Co warte podkreślenia, nie odczuwa się żadnego pośpiechu. Polacy trwają w zadumie i modlą się z taką naturalnością, że można odnieść wrażenie, iż udało im się przekroczyć granice śmiertelności i połączyć się z przodkami, którzy z grobu domagają się pamięci i zachowania wiecznych więzi. Widać to w przelotnych obrazkach: wdowa klęczy u grobu męża; rodzice szepcą coś dziecku, które słucha z szeroko otwartymi oczami; para młodych ludzi, przytulonych do siebie, wzrokiem wybiega w jesienną mgłę.
Co mnie najbardziej zadziwia, nie towarzyszy temu atmosfera wielkiego smutku. Raczej stonowany nastrój świętowania, poczucie wdzięczności wobec rodziców, którzy w trosce o dzieci zaciskali pasa; wdzięczności za starania troskliwych opiekunów; wdzięczności wobec poetów, których czuwanie przez długie mroczne lata rosyjskich rządów umacniało ducha narodu. Wreszcie poczucie bezustannej wdzięczności za męstwo rodaków, którzy oddali życie w licznych powstaniach, podczas połączonej inwazji nazistowskich Niemiec i Związku Radzieckiego, w Powstaniu Warszawskim oraz w długiej i samotnej walce z bezbożnym komunizmem. Ów ceremoniał oddawania czci, odprawiany zarówno w najmniejszej wiosce, jak i w największym z miast, po części określa, co to znaczy być Polakiem. To pielgrzymka, której pominąć nie sposób. I niewielu Polaków z niej rezygnuje.
Jest w tym tekście może odrobina egzaltacji, odrobina naiwnej fascynacji człowieka zachodu zauroczonego mocno ugruntowaną duchowością wschodu, pewnym estetycznym obyczajem, którego jeszcze nie skaził disneyland i macdonald. Niemniej dobrze się czyta ten tekst. Bo potwierdza nasz wybór, potwierdza, że nasz obyczaj jest głębszy, bardziej przemyślany i bardziej ludzki, bardziej humanistyczny niż czysta rozrywka halloween i ta ucieczka od śmierci, którą od dziesięcioleci stosuje zachód. W takich chwilach zaczynam bardziej chcieć żebyśmy w tym zalewie walentynek, halloweenów, listopadowych santaklausów i innych duchowych macdonaldów potrafili wciąż docenić i następnym pokoleniom przekazać wagę i ważność naszych Wszystkich Świętych i zaduszek, wigilii, szopek i kolędowania, tłustego czwartku i popielca, święconki i Triduum Paschalnego, wielkanocnych śniadań i śmigusa-dyngusa, procesji w Boże Ciało i pielgrzymek do Częstochowy itd. itd. itd. …



Komentarze
Pokaż komentarze (20)