Radosław Sikorski wczoraj stwierdził, że było mu bardzo niemiło na bardzo wysokim szczeblu w Departamencie Stanu tłumaczyć się za Polskę. Był to komentarz Sikorskiego do wpadki Kancelarii Prezydenta, która po telefonie Baracka Obamy ogłosiła, że popiera on projekt tarczy antyrakietowej. Zostało to szybko zdementowane przez stronę amerykańską. Sikorski stwierdził, że co kilka dni ma jakąś sprawę, z której "musi się tłumaczyć za granicą" i nie ułatwia mu to pracy jako Ministrowi Spraw Zagranicznych.
Sikorski podsumował, że na miejscu Lecha Kaczyńskiego zmieniłby współpracowników. Gdyby ministrowie Handzlik i Kownacki byli jego współpracownikami, to musieliby odejść po zamieszaniu, do jakiego doprowadzili.
Efekt tej wpadki jest dość przykry. Bo teraz media zagraniczne zamiast podkreślać to, że Obama, przyszły lider USA dzwoni do Polski, do dwóch liderów, to dywagują o tym kto się u nas mija z prawdą. Sikorski obawia się, że teraz Obama nie będzie się spieszył z kolejnym telefonem do Polski.
No i cóż…
Panowie Handzlik i Kownacki znowu się nie popisali. Można powiedzieć, że poziom niekompetencji jest nawet wyższy niż za czasów niesławnej pamięci Anny Fotygi, która zdaje się wróciła do parzenia kawy w sekretariacie, do czego ma szczególny dar i talent. Okazuje się, że kolejny rzut PiSowskich „dyplomatów” jest równie udany. Wpadka goni wpadkę. Widać, że nie wystarczy być prawniczyną z dorobkiem w wycieraniu ministerialnych korytarzy, żeby umieć napisać list do Baracka Obamy, albo zinterpretować treść rozmowy telefonicznej z amerykańskim Prezydentem Elektem.
I takie to są niestety efekty, gdy dyletanci zabierają się za „wielką politykę” i „wielką dyplomację”. Pycha „szefa” i niekompetencja podwładnych czyni Urząd Prezydencki obiektem kpin, docinków, złośliwych komentarzy i afrontów obrażonych krajów. A Polska na tym traci. Kaczyński nie jest Bushem, a Polska to nie USA, żeby Prezydent Polski mógł sobie pozwolić na taką ilość błędów, wpadek i uchybień.
Komentarze
Pokaż komentarze (22)