BICO BICO
110
BLOG

Tacy byliśmy jeszcze wczoraj

BICO BICO Polityka Obserwuj notkę 0

7 stycznia

MOJA PÓŁKA

Nareszcie! - chciałoby się wykrzyknąć po przeczytaniu nowej książki Wojciecha Chmielewskiego, autora takich pozycji jak "Belweder gryzie w rękę", "Jeziora Dargin" czy "Sylwia z Gibalaka", pisarza niesłychanie warszawskiego, ucznia Marka Nowakowskiego, podobnie jak jego mistrz świetnie sprawdzającego się w krótkich formach prozatorskich. Ale wydany właśnie "Księżyc ma zapach Warszawy" jest powieścią . Potrzebną, wyczekiwaną, ważną i odważną. Nawet bardzo odważną, powiedziałbym, że kozacką.

W swoim planie podstawowym opowiada "Księżyc..." o studentach historii Uniwersytetu Warszawskiego, którzy w przełomowych dla Polski latach 1988 - 1993 zdobywali wykształcenie, określali się politycznie, dojrzewali do dorosłości. Ich wielkie nadzieje związane z końcem komuny szybko miała zweryfikować rzeczywistość. Mogli, za Stefanem Żeromskim powtórzyć: "Jak po spuszczeniu wód stawu, ujrzeliśmy obmierzłe rojowisko gadów i płazów".

Młodzi bohaterowie "Księżyca..." są bystrymi obserwatorami. Dostrzegają więc, "jak ci wszyscy, którzy dotąd przez lata ufali, opozycja, żeromszczycy, uczniowie Gajowca, twórcy tzw. niezależnej kultury, w momencie przepoczwarzania się cięmięzcy w brylującego na salonach Europejczyka nie ujęli się za najsłabszymi, za tymi, którzy przez lata bezwzględnie ich wspierali: robotnikami, chłopami, duchowieństwem katolickim, biedotą z miast. Zawiedli. Wybrali picie wódeczki i łyskacza z czerwonymi, ucałowali się, polecieli w ślinkę z języczkiem".

No, ale doczekaliśmy się wszak, rzekomo demokratycznego państwa prawa, o którym bredzili wszyscy naokoło. I tak np. w 1993 r. "w naszej ukochanej niepodległej ojczyźnie wybory wygrała partia wywodząca się wprost z rozwiązanej trzy lata wcześniej partii komunistycznej. Drugie miejsce zajęła również postkomunistyczna partia chłopska. Zmieniła tylko nazwę, a konkretnie jeden przymiotnik w nazwie i szafa grała dalej, z tymi samymi działaczami. Trzecie miejsce przypadło formacji tchórzy, oportunistów i głosujących na nich mięczaków, którzy swój program oparli na rozgrzeszeniu komunistów oraz szantażowaniu opinii publicznej rzekomym powrotem ksenofobii i nacjonalizmu w stylu lat 30., które uczyniłyby Polskę pośmiewiskiem dla Europy".

Studia, w tamtej obsadzie personalnej, nie były żadną enklawą wolnej myśli. Przeciwnie, wciąż brylowali na nich dawni partyjni czynownicy, oportuniści, a także zwykli agenci. To był zresztą fragment większej całości. Bohaterowie powieści zaczęli np. "uczęszczać na wykłady z historii nowożytnej wygłaszane przez człowieka wyglądem przypominającego dyrektora pegeeru, czyli państwowego gospodarstwa rolnego, które właśnie zaczęły padać jedno za drugim, bo odcięto je od cycka centrali. W ogóle centrali już nie było. Na wsiach działy się sceny straszne, cierpiały zwłaszcza dzieci, niedożywione, z rodzin, w których nagle zabrakło pracy, innej nie było. Zostało chlanie. Ci ludzie - o czym zresztą sami mówili dziennikarzom z wielkich miast - zostali skazani na wymarcie. To był mord założycielski, który legł u podstaw nowego państwa".

Na swój, ale tylko na swój, sposób studenci z "Księżyca..." wpisują się w ten klimat. Mianowicie, chleją na okrągło. W knajpach, na ławkach, na przystankach, w akademiku i na uczelni. Popijają kruszony wynalazek tamtej epoki rozlewane w butelki po oranżadzie, wódkę "Cymes", rozcieńczony "Royal" kupowany na Stadionie Dziesięciolecia, a że są historykami, dla urozmaicenia sięgają niekiedy po miody pitne, zamiast zakąski, zażywają tabakę. Ot, staropolska błazenada uprawiana w kraju, w którym bohaterem masowej wyobraźni stał się esbek o czułym sercu z twarzą Bogusława Lindy.

"Księżyc ma zapach warszawy" nie jest jednak wyłącznie przygnębiającą historią czasów, w których taki np. Wiktor Woroszylski domagał się, by pozwolono nam się cieszyć. Z czego? - pyta Wojciech Chmielewski, przenosząc, w drugim planie, akcję swej powieści do XXIII stulecia, kiedy to poważniejszych zakupów dokonuje się już na Księżycu. A od ponad 200 lat, po wielkiej wojnie imperialnej, istnieją w zasadzie tylko dwa państwa: Wieczna Rosja i Państwo Ludowe Środka. Ale jest Warszawa, swoiście wciąż piękna: z Pałacem Kultury podwyższonym o 100 pięter, ze swoim Chinatown, ale wciąż z kościołem św. Anny i Hotelem Europejskim, i - jakżeby inaczej - Cesarskim Uniwersytetem Warszawskim, w którego skład wchodzi Instytut Historyczny im. Żanny Kormanowej. W takim właśnie świecie przyszłości porusza się akademiczka Nadieżda Borysowa Chabrowa, warszawianka z dziada pradziada, której ukochany Wasia nie wiadomo jak i gdzie zginął, a kiedy zacznie tego dociekać, ląduje w łagrze.

Ale co tam, panuje przecież pokój, piwo żygulowskie z limonką jest całkiem, całkiem, a warszawskie drzewa są wciąż piękne. Jakoś przez te wszystkie stulecia nie zawiśli na nich komuniści. Tylko liście szumią wciąż tak samo.

Krzysztof Masłoń

BICO
O mnie BICO

Interesuję sie działalnością polskiego wymiaru sprawiedliwości, szczególnie władzą sądowniczą, a także orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka