17 stycznia
Unia Europejska miała być wspólnotą równych państw, a coraz częściej przypomina korporację, w której centrala nagradza posłusznych i karze niepokornych. Wstrzymanie funduszy dla Węgier nie ma dziś nic wspólnego z troską o praworządność. To narzędzie politycznego nacisku- zimne, wyrachowane i wymierzone w sam środek demokratycznego procesu.
Mechanizm jest prosty i dobrze już przećwiczony. Najpierw pojawia się narracja o „zagrożeniu wartości”. Potem medialna ofensywa, moralne pouczenia i wreszcie finansowy knebel. Pieniądze, które należą się obywatelom, zostają zablokowane nie dlatego, że złamali prawo, ale dlatego, że wybrali rząd, który nie klęka na każde skinienie Brukseli.
Komisja Europejska nie jest dziś bezstronnym strażnikiem traktatów. Stała się aktorem politycznym, który próbuje kształtować scenę wewnętrzną państw członkowskich. Gdy wynik wyborów nie pasuje do oczekiwanego scenariusza - uruchamiana jest presja. Gdy rząd nie wpisuje się w obowiązującą ideologiczną linię - przychodzi kara.
Węgry są dziś na celowniku, bo Viktor Orbán od lat mówi „nie” federalizacji Europy, ograniczaniu suwerenności i podporządkowaniu prawa krajowego politycznym interpretacjom Komisji. I za to mają zapłacić zwykli obywatele. To nie jest obrona demokracji- to próba jej obejścia.
Skąd my to znamy? Z Polski. Ten sam schemat, te same hasła, ta sama logika: „zmienicie rząd, pieniądze wrócą”. To nie jest dialog. To ultimatum. A demokracja oparta na ultimatum przestaje być wolnym wyborem - staje się plebiscytem pod presją.
Bruksela, która twierdzi, że walczy z autorytaryzmem, sama zaczyna używać metod znanych z systemów, które kiedyś krytykowała. Szantaż finansowy, selektywne stosowanie zasad, polityczna hipokryzja - to dziś realne zagrożenie dla europejskiej demokracji, nie jej obrona.
Dlatego Węgry potrzebują solidarności.
Nie w obronie konkretnego polityka, lecz w obronie zasady, że narody Europy mają prawo wybierać swoje władze bez ekonomicznego pistoletu przy skroni.
Bo jeśli dziś Komisja Europejska decyduje, kto może rządzić w Budapeszcie, jutro zdecyduje o Rzymie, Madrycie czy Pradze.
A Unia, która boi się werdyktu obywateli, przestaje być wspólnotą demokracji - staje się bolszewickim projektem kontroli.
Albert Łyjak
PS. W roku 1998 Wielka Brytania przyjęła większość Europejskiej Konwencji Praw Człowieka [przodka Karty] jako Human Rigts Act. W 1995 roku grupa liberalnych intelektualistów brytyjskich tak oceniła skutki: "Od czasu uchwalenia aktu brytyjscy poddani utracili więcej praw cywilnych niż w jakimkolwiek porównywalnym okresie nowożytnej historii czasów pokoju [...]. Akt dał niepochodzących z wyboru sędziom władzę przeciwstawiania się woli ludu. Legislacja praw człowieka nie rozwiązała żadnego z najważniejszych dla Brytyjczyków problemów. Przyczyniła się natomiast do powstania nowych".



Komentarze
Pokaż komentarze (3)