Mariasz Mariasz
191
BLOG

Bóg jest ogniem w głowie

Mariasz Mariasz Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

"Bóg jest ogniem w głowie. Żyję do czasu, dopóki mam ogień w głowie. Mój puls to trzęsienie ziemi. Jestem trzęsieniem ziemi", zapisał w dzienniku.

 
Choroba rozwijała się wolno, od 1917 roku. Pogłębiające się stany apatii, zmienne nastroje, manie prześladowcze. Wtedy jeszcze zdrowiał w trakcie tańca, tylko w ten sposób komunikował się ze światem.
 
Z początkiem 1919 roku Niżyński wystąpił w St. Moritz na zamkniętym pokazie. Jego żona Romola de Pulszky miała nadzieję, że taniec go uleczy.
Teraz odtańczę dla was wojnę – zapowiedział – z jej cierpieniem, zniszczeniem i śmiercią”. „Świadkowie twierdzą, że był to największy i najgenialniejszy występ artysty. Widzowie stali porażeni wiele minut po jego zakończeniu”.
 
Wieczorem, po powrocie do domu zapisał pierwsze słowa swojego dziennika: "Publiczność przyszła się bawić. Sądziła, że tańczę dla uciechy. Ja tańczyłem rzeczy straszne. Bali się mnie i dlatego myśleli, że chcę ich zabić. Nie chciałem nikogo zabijać. Kochałem wszystkich, ale mnie nikt nie kochał, dlatego się zdenerwowałem. Chciałem dalej tańczyć, ale Bóg mi rzekł: Dość! Zatrzymałem się".
 
Był to jego ostatni recital. W marcu Romola zawiozła go na badania do Zurichu. Pani mąż jest nieuleczalnie chory – usłyszała – to schizofrenia. Wkrótce żona oddała go do zakładu. W 1924 roku trafił na leczenie do Wiedeńskiej Kliniki Psychiatrycznej, słynącej z rozpoznaniaencephalitis lethargica.
 
W grudniu 1928 roku hrabia Harry Kessler, ten sam, który przywiózł Komendanta z Magdeburga, obejrzał spektakl Diagilewa w paryskiej Operze. W swoim dzienniku zapisał:
Po przedstawieniu, gdy czekałem na Diagilewa w korytarzu za sceną, podszedł wraz z niskim wymizerowanym młodzieńcem w obszarpanym płaszczu.Nie wiesz, kto to ? - spytał.Nie – odparłem –nie mam pojęcia.Ależ to Niżyński! Niżyński ! Jakby grom we mnie strzelił. Ta twarz, tak często promienna jak u jakiegoś bóstwa, dla tysięcy stanowiąca niezapomniane przeżycie, była teraz szara, obwisła i tylko przelotnie zapalała się pustym uśmiechem, jakby mgnieniem pełgającego płomienia. Żadne słowo nie padło z jego ust. Diagilew trzymał go pod jedno ramię i schodząc na dół, poprosił, abym wziął go pod drugie, ponieważ ten, który kiedyś zdawał się zdolny przeskakiwać ponad dachami, teraz niepewnie szukał drogi, posuwał się lękliwie, krok za krokiem. Ująłem go za rękę, uścisnąłem chude palce i starałem się rozweselić przyjaznymi słowami. Nie rozumiejąc, spojrzał na mnie wielkimi oczami, niezmiernie wzruszającymi i przypominającymi chore zwierzę.”
Mariasz
O mnie Mariasz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura