Hej ruszajmy w rejs, do portów naszych marzeń,
jacht gotów jest, chodźcie, więc żeglarze.
W maju 2007 roku wraz z przyjaciółmi wybraliśmy się dwoma jachtami w rejs po Bałtyku . Zamustrowaliśmy się w ciągu kilku godzin, a przy wieczornej szklaneczce grogu zastanawialiśmy się gdzie popłynąć. Kierunki były do wyboru dwa: wsypa Bornholm i Kopenhaga. Wypływamy z Breege na niemieckiej wyspie Rugia.
Kapitanowi to było wszystko jedno - załogi Laury i Heloizy (tak się nazywały nasze jachty) wybrały kurs na Kopenhagę. Pierwszy dzień rejsu minął bez większych sensacji – dopłynęliśmy do portu Klintholm położonego tuż obok piaskowego klifu.
Rano wypływamy z sennego portu z zamiarem dopłynięcia do Kopenhagi. Wieje nieźle, fala metrowa, zaczyna kołysać. Choroba morska zbiera swoje żniwo, piszącego te słowa zmogło – choć może to były trudy portowego balowania z załogą Laury. Dwie godziny w kajucie w pozycji horyzontalnej przywróciły mi chęci do życia i żeglowania – choć trzeba dodać że fala i wiatr ustąpiły. Gdy wyszedłem na pokład w dali widać było monumentalne zarysy mostu Oresund.
Połączenie pomiędzy Kopenhagą, a Malme: składa się z mostu o długości 7845 m, sztucznej wyspy o długości 4055 m, i tunelu o długości 3510 m. Szlakiem tym przebiegają dwie dwupasmowe jezdnie i dwa tory kolejowe. Koszt przejazdu mostem wynosi €36. Budowano to cudo cztery lata, a w moim rodzinnym mieście most z jedną nitką budują już cztery lata i końca nie widać.
Wpływamy do portu Dragor– trudno znaleźć miejsce.
Szybka kolacja i do City. Cztery godziny na zwiedzanie kopenhaskiej starówki to zbyt mało, aby poznać jej uroki. To co zobaczyłem nie rzuciło mnie na kolana. Góra rowerów przed dworcem kolejowym, świadczy o tym że to jest tutaj podstawowy środek lokomocji. Tylko jak znajdują ludzie swój pojazd pozostaje dla mnie tajemnicą. Wracamy do portu nie zawojowawszy zbytnio Kopenhagi – ale piwo po sześć eruo nie zachęcało do głębszej penetracji tamtejszych pubów.
Wtorek rano zwiedzamy Dragor, miasteczko będące przedmieściami Kopenhagi, zakupy pamiątek i obieramy kierunek powrotny na Rugię. Pogoda jest fantastyczna. Zastanawiamy się jak płynąć duńskim, czy szwedzkim wybrzeżem. Kapitan wybiera, pomimo groźnych pomruków załogi, południową stronę, wieczorem osiągamy port Rodvig.
W planach impreza na plaży obok starej latarni.
Załogi Laury i Heloizy mają jeden problem, gdzie oglądnąć finałowy mecz ligi mistrzów pomiędzy AC Milan, a Liverpoolem. Wybór pada na Klintholm bo tam widziano knajpę z telewizorem. Zawijamy ponownie do tego małego duńskiego porciku, idziemy na mecz, który oprócz nas ogląda dwóch Holendrów płynących do Petersburga.
Wracając na Rugię, lądujemy na wyspie Hidensee, która sprawia wrażenie, ba jest skansenem. Transport odbywa się tam za pomocą koni, nie ma samochodów.
Zaskoczony byłem cenami, obiad, elegancko podany, dla dwóch osób kosztował 22 euro.
To już koniec, Klar łodzi i powrót do Breege. Przepłynęliśmy ponad 120 mil – zawinęliśmy do 5 portów.
klar Laury
W planach jest rejs do krainy Wikingów, czyli na szwedzką wyspę Gotlandię.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)