Załóżmy, że dymisja jakoby przygotowana przez Romana Giertycha ląduje na biurku Jarosława Kaczyńskiego. Załóżmy też, że prezes PiS przestaje przeciągać na swoją stronę wszelakie szumowiny i decyduje się na wybory. I co dalej?
Ostatnie sondaże wskazują na zdecydowany spadek notowań Prawa i Sprawiedliwości. Według badania SMG/KRC dla "Faktów" TVN partia Jarosława Kaczyńskiego może liczyć na 17,3 proc. poparcia. OBOP daje PiS 19 proc., PBS DGA dla "Gazety Wyborczej" przewiduje 31 proc. głosów oddanych na największą partie koalicji, a PGB daje im nawet 30 proc. We wspomnianych sondażach PO dostaje odpowiednio 27,6, 33, 31 i 31 proc.
Wyniki te rodzą pytanie, na ile trwały jest spadek notowań Prawa i Sprawiedliwości. Rządzący od dwóch lat już nie raz kompromitowali się, co łączyło się ze spadkiem popularności, który nie był jednak nokautujący. Po pewnym czasie grzechy szły u potencjalnych wyborców w zapomnienie i PiS znowu doganiał Platformę.
W obecnej sytuacji ponownie są dwa wyjścia - rządzący znowu skorzystają ze społecznej amnezji lub ich negatywny obraz utrwali się na tyle, że bardzo trudno będzie znowu wrócić na szczyt - nawet biorąc pod uwagę wyjątkową sprawność PiS-owskiej maszyny wyborczej.
Według mnie, wiele czynników przemawia za drugim, mniej korzystnym dla partii szefa rządu rozwiązaniem.
Po pierwsze, nawet wydającemu się być na szczególnych prawach PiS nie można wybaczać bez końca. Po zapomnieniu sojuszu z Lepperem i Giertychem, taśm Beger, obrażania kolejnych grup społecznych, klęski lustracyjnej, braku zdolności negocjacyjnych w rozmowach z przedstawicielami służby zdrowia, ogólnej nieufności i do tego krótkiej ławki kadrowej, nadejść może chwila utrwalenia się negatywnego obrazu w opinii publicznej. Każdy kolejny błąd i niedomaganie PiS przybliża chwilę, w której wyborcy zaczną się od tej partii odwracać.
Po drugie, ostatni spadek notować PiS ma miejsce w obliczu wyjątkowych zdarzeń. Rząd w żaden sposób nie może sobie poradzić z wybuchającymi protestami społecznymi. Co więcej wydaje się immanentnie niezdolny do prowadzenia rozmów i negocjacji bez traktowania swoich partnerów w sposób dla nich obraźliwy, a takie podejście nigdy w Polsce nie spotykało się z poklaskiem. Szczególnie, jeśli mamy do czynienia z płaczącymi pielęgniarkami "uciskanymi" przez niedobrą władzę.
Po trzecie, mamy jeszcze nie mniej ważna sprawę ojca Rydzyka i jego wystąpień. Co by nie mówić, rowu powstałego między Radiem Maryja a Pałacem Prezydenckim zakopać się już nie da. Nie pomoże w tym nawet pragmatyzm premiera. Gdyby z powodu tej sprawy o. Rydzyk musiał odejść ze swojego radia, jego zwolennicy nie wybaczą PiS.
Po czwarte, PiS traci opinię partii ideowej, której o coś chodzi. Coraz lepiej widać, że chodzi przede wszystkim o władzę. W podtrzymaniu takiego wizerunku rządu ważną rolę spełniają wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Szef rządu zdaje się nie dostrzegać, że jego brat (głowa państwa) został bezpardonowo zrugany przez sojusznika z Radia Maryja. Czego Polacy mogą mu nie wybaczyć, nie widzi, jak potraktowana została bliska mu kobieta (bratowa). Jarosław Kaczyński posuwa się w swoim pragmatyzmie tak daleko, że wydaje się być gotów na uniżony ukłon i podziękowanie, gdy obraża go ktoś mający za sobą licznych wyborców.
Po piąte, mało kto już chyba wierzy w legendę samotnego kowboja Jarosława Kaczyńskiego, jedynego sprawiedliwego. Działania CBA i sposób odsunięcia Andrzeja Leppera spowodowały, że ten budzący najgorsze skojarzenia polityk zdobył sobie rzesze obrońców, którzy jeszcze niedawno sami by siebie nie podejrzewali o takie postępowanie. Wszystko to dzięki drogiemu przywódcy, a pamiętajmy, że Jarosław Kaczyński = PiS.
Nie wszystko jednak przemawia przeciw Prawu i Sprawiedliwości. Przecież największa partia opozycyjna to Platforma Obywatelska. Donald Tusk i jego ludzie nie potrafią przedstawić nośnej społecznie alternatywy dla PiS. Przyjdzie do wyborów i wystarczy postraszyć liberałami, a PO znowu straci na popularności.
Moja przepowiednia jest taka - w razie wyborów PO i PiS pójdą łeb w łeb, z niewielkim wskazaniem na Platformę. Przystawki właściwie przestaną istnieć - i to bez różnicy, w jakiej konstelacji postanowią wystartować. Rozgrywającym stanie się więc LiD i Polską rządzić będzie koalicja lewicy z PO.
Obudzimy się na jesieni z systemem partyjnym składającym się z dwóch dużych partii prawicowych i doczepki w postaci LiD-u. Lewica partią obrotową z pewnością nie będzie, a więc skonfliktowane z PO Prawo i Sprawiedliwość skazane byłoby na opozycję, a partia Tuska na sojusz z LiD. Ogólnie mamy scenariusz, który może się spodobać tylko politykom Sojuszu, którzy jeszcze niedawno wydawali się zepchnięci do całkowitej defensywy, a przed nimi perspektywa współrządzenia.


Komentarze
Pokaż komentarze