W każdej rewolucji nadchodzi taka chwila, że jej twórcy okazują się nie dość radykalni lub po prostu przeszkadzają jednej z istniejących wewnątrz nowej elity władzy koterii. Wtedy rewolucja zaczyna pożerać swoje dzieci.
Karuzela stanowisk już ruszyła. Ci, którzy z niej spadają trafiają w łapy tajnych służb, albo są słownie wyszydzani przez swoich byłych partyjnych kolegów. Gilotyna ścina głowy tych, którzy zawiedli Partię.
Kaczmarek, Marzec, Kornatowski, Netzel to nie jest przecież pierwsza fala oczyszczająca Prawo i Sprawiedliwość z tych, którzy nie wykazali się wystarczającą rewolucyjną czujnością.
Całkiem niedawno odsunięto na bok premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Wtedy jeszcze Jarosław Kaczyński był szarmancki, ale klasy na długo mu nie starczyło: - Kazimierz Marcinkiewicz nie wytrzymał bycia premierem i nie wytrzymał odwołania z funkcji premiera - stwierdził Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla TVN 24. - Zrobiliśmy mu krzywdę, powołując go na to stanowisko - dodał jeszcze z naturalnym dla siebie poczuciem szacunku dla kolegi partyjnego i byłego premiera.
W tej pierwszej fali mieliśmy jeszcze dymisję ministra obrony narodowej Radka Sikorskiego. Mówiło się coś o konflikcie szefa MON z Antonim Macierewiczem czy różnicy zdań z głową państwa na temat modernizacji sił zbrojnych, ale przecież naprawdę poszło o to, że Sikorski posiada ma intelektualny pozwalający mu na posiadanie własnego zdania, a do tego wykazanie własnych racji. Takiej zniewagi PiS nie przepuści.
W pierwszej fali PiS-owej czystki miał się również znaleźć szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Paweł Zalewski, ale ostatecznie sprawa się przeciągnęła i jakoś o nim zapomniano. Zalewski podpadł z tych samych przyczyn, co Sikorski - pomimo przynależności do PiS próbował samodzielnie myśleć.
Mieliśmy jeszcze oczyszczenie szeregów Partii z grupy Marka Jurka. Marszałek Sejmu też niepotrzebnie się wychylał. Myślał, że jak jest trzecią osobą w państwie, to może o czymś decydować - wolne żarty. Dla zobrazowania wewnątrzpartyjnej dyskusji w PiS cytat z Marka Jurka za "Życiem Warszawy": - Idąc na Radę Polityczną zostałem najpierw poproszony do Jarosława, który brutalnie zażądał, aby w ogóle nie poruszać na Radzie sprawy ochrony życia. Przy okazji obrzucając mnie stekiem wyzwisk: agent albo wariat, tylko dzięki mnie jesteś marszałkiem, beze mnie nawet byś posłem nie był. Na uwagę, że mi nie pozwala pierwszego zdania dokończyć - krzyk: ja tu jestem szefem.
A teraz trochę futurologii. Kolejny etap rewolucji IV RP powinien polegać na obaleniu najwyższych przywódców, twórców ruchu. Modelowym wręcz rozwojem przypadków byłoby postawienie prezydenta przez Trybunałem Stanu - bo rodziny nie pilnuje (żona wolnomyslicielka, a córka się zadała z kontrrewolucyjnym elementem). Do tego biznesmen Krauze miał dzwonić do niego na prywatną komórkę. Już widzę tą konferencję prasową, podczas której prokurator mówi - a teraz zapis rozmowy Lecha Kaczyńskiego z Ryszardem Krauze. Prezydent to "X", Krauze to "Y".
Na koniec prokuratorzy i służby kontrolowane przez szefa resortu sprawiedliwości zajęliby się premierem - w końcu jego brat już pokazał, że tej rodzinie nie można wierzyć.


Komentarze
Pokaż komentarze