Pomijając już drobne szczegóły (np. że w przeciwieństwie do dementi na arktyuł red. Gmyza tym razem użyto dość odważnego stwierdzenia "w tym wybuchowych") po wrażeniu przechodzącym w pewność, że teoria wybuchu spowodowanego trotylem została ostatecznie pogrzebana i skompromitowana -- przyszła pewna refleksja.
Przed każdym wylotem oficjeli państwowych, a do takich raczej należał ś.p. prezydent Lech Kaczyński, całe dowódzwo sił zbrojnych RP, prezesi ważnych instutucji państwowych, ministrowie, posłowie i senatorowie, samolot przed wylotem musi podlegać rutynowemu sprawdzaniu pirotechnicznemu. Według powszechnie dostępnych informacji medialnych stało się tak również w przypadku tamtego pamiętnego lotu. Zresztą, jeśliby tego nie zrobiono -- byłoby to złamaniem szeregu przepisów i, jak sądzę, media szeroko informowałyby o tym fakcie. No, a już na pewno grzmiał by o tym nieustraszony pan Antoni. Nie grzmiał, więc przyjmujemy, że takie sprawdzenie przed wylotem do Smoleńska miało miejsce. Musiano też sporządzić, z tegoż sprawdzenia jakiś raport lub co najmniej notatkę. Zastanawiam się więc czy któryś z dziennikarzy zadał na konferencji prasowej pytanie o treści: "czy prokuratura wojskowa jest w posiadaniu takiej notatki i czy mogłaby ją udostępnić?". Zakładając, że użyto do tych czynności takich samych urządzeń, jak do badania 102 kilka dni temu (stosowanych rutynowo w takich okazjach) mamy tutaj dwie możliwości:
1. Urządzenia nie wykazały obecności na pokładzie TU-154M nr 101 trotylu ani innych materiałów wybuchowych ani niczego co by je przypominało (pestytycydy, kosmetyki, namioty etc).
2. Urządzenia wykazały obecność cząstek wysokoenergetycznych, które mogłbyby, ale nie musiały być trotylem lub innymi materiałami wybuchowymi.
ad. 1. W takim przypadku osoba odpowiedzialna za sprawdzenie (jakiś oficer pirotechniczny zapewne) sporządziłaby odpowiedni dokument oraz wydała zezwolenie na wylot samolotu. Powstają tu jednak pytania:
- Dlaczego takie cząstki wykryto później, już na wraku tupolewa w Smoleńsku?
- Co wykryto na pokładzie nierozbitej (jeszcze) maszyny o numerze 102 i skąd to się tam wzięło?
ad. 2. Jeśli urządzenia pikają jak potłuczone po wycelowaniu w dowolną część samolotu, jak przekonuje nas ostatni komunikat NPW, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zachowały się tak również wtedy. Jeśli tak, to kto i na jakiej podstawie udzielił zezwolenia na wylot maszyny do Smoleńska nie tylko 10. ale i 7 kwietnia, kiedy leciał premier Rzeczypospolitej? Kto i na jakiej podstawie to zrobił, jeśli istniało choćby promilowe prawdopodobieństwo, że mogą to być jednak materiały wybuchowe? Wiemy przecież od prok. Szeląga, że alarm urządzeń może być traktowany jedynie jako wstępna informacja przesiewowa, która musi być potwierdzona lub wykluczona badaniami laboratoryjnymi, których wynik możemy poznać w czasie do 6 miesięcy. Dlaczego, na wszelki wypadek, nie zaproponowano wtedy innego samolotu lub innego środka transportu? Ktoś może powiedzieć, że nie można było tego zrobić, gdyż wredny prez. Kaczyński był tak bardzo nagrzany na wylot za wszelką cenę, że taka możliwość w ogóle nie wchodziła w grę, że nikt nie miał odwagi mu się postawić. Pomijając już absurdalność takiej argumentacji -- ciągle upieram się, że takie zdarzenie powinno mieć odzwierciedlenie w dokumentach sporządzonych przed wylotem, lub przynajmniej w relacjach świadków, w tym osób odpowiedzialnych za podpisanie zgody pirotechnicznej na wylot. Czekamy na przedstawienie przez prokuraturę wojskową takich materiałów.
Na koniec jeszcze jedna drobna uwaga. Czy zastanawiali się Państwo dlaczego zbadano TU-154M nr 102 dopiero w pierwszej połowie listopada 2012, na długo po opublikowaniu tekstu w Rzeczpospolitej? Przypominam, że artykuł ten został opublikowany po ponad miesiącu od dnia wylotu ekspertów do Smoleńska i ok. 2 tygodnie po przestawieniu efektów ich analiz prokuraturze. Nie wiem jak inni, ale ja osobiście gdyby mi na urządzeniach wyszło, że potencjalnie mogą tam być materiały wybuchowe to najpierw pobiegłbym do ubikacji. Po jakiejś godzinie, półtorej i po solidnej dawce Persenu przedmuchałbym dokładnie urządzenia (bo może się zatkały trotylem z poprzedniego badania). Następnie zamówiłbym kurierem inne, nowe egzemplarze. Gdyby ciągle wykazywały to samo, po wielu nieprzespanych nocach i spisaniu testamentu oraz uporządkowaniu spraw osobistych, już w kraju, poprosiłbym zwierzchników, żeby pozwolili sprawdzić bliźniaczny samolot, który stoi w Polsce (stoi, bo rząd kilkanaście miesięcy temu z jakiegoś powodu zadecydował, że nie będzie nim latał; w sumie nie wiadomo dlaczego -- przecież wg MAK i Komisji Millera maszyna była sprawna do samego uderzenia w ziemię)!! Może to moje informatyczno-programistyczne zboczenie, ale jeśli wbrew wszelkiej logice coś nie chce działać jak trzeba -- chwytam się najbardziej absurdalnych rozwiązań. Nasza prokuratura, jak sądzę, doświadczona nie w takich bojach, na taki pomyśł PRZED publikacją w Rzepie nie wpadła. Dlaczego...?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)