Teatrzyk transmitowany w porze najwyższej oglądalności był jeszcze bardziej żałosny niż się spodziewano. I nie stało się to za sprawą kandydatów - to skądinąd szanowani dziennikarze sprawili, że była ona całkowicie bezpłciowa i na dobra sprawę nie wniosła do dyskursu niczego nowego.
Debata miała być merytoryczna i na taką wyglądała z daleka. Gdyby jednak przyjrzeć się jej bliżej, okazuje się, że poza pytaniami o politykę zagraniczną stawiane były takie, jak: "czy poprze pan...", "co pan sądzi na temat...". Urząd prezydenta przedstawiono jako maszynkę do podpisywania i wetowania ustaw. Nikt nie zauważył, że pole działania prezydenta jest znacznie szersze. No, ale niech będzie, w końcu musimy znać również szczegółowe poglądy kandydatów. Tylko dlaczego zadawano pytania wyłącznie o to, co już od tygodni pojawia się w kampanii? W kwestii emerytur poruszono wyłącznie kwestię służb mundurowych, jakby to był największy problem systemu świadczeń. Nie padło ani jedno pytanie o całościowe pomysły reform. Poruszano głównie tematy zastępcze kreowane przez rządzących tylko po to, by odciągnąć uwagę od rzeczywistych bolączek.
Zrozumiałbym, gdyby działało to na zasadzie "od szczegółu, do ogółu". Niestety, nie działa, bo o ogóle nikt nie mówi. W marketingu lepiej sprawdza się produkcja setek ustaw, które tworzą tylko większy bałagan prawny. Szkoda, że nikt nie chce zabrać się do sprzątania. Po co jednak to robić, skoro nikt o to głosno nie pyta? Dziennikarze rozmawiają z politykami o tym, o czym ci drudzy sami chcą rozmawiać. Ostatnio najbardziej wdzięcznym tematem jest gaz łupkowy, który powoli zyskuje wyłączność, jeśli chodzi o tematy gospodarcze.
Pozostaje mi się tylko cieszyć, że na codzień nie korzystam z telewizora.


Komentarze
Pokaż komentarze