Ogłoszono śmierć ukochanego przywódcy, bez którego naród koreański popadłby w otchłań nieświadomości, plugawych rynkowych chuci i podobnych. Naród miał szczęście żyć pod światłym i rozumnym kierownictwem drogiego i ukochanego przywódcy.
Rozpłakana do spazmów spikerka poinformowała, że powodem śmierci było fizyczne i psychiczne wyczerpanie organizmu. Zgon nastąpił dwa dni wcześniej podczas jazdy pociągiem, gdzie przywódca Korei Północnej miał rozległy zawał serca. Doprawdy, trudno o bardziej dramatyczną śmierć człowieka, który – nie będąc aż tak doskonałym jak jego ojciec, Wieczny Prezydent, twórca idei Dżucze – wziął jednak na siebie ogromny ciężar obrony swego ludu przed zakusami imperialistycznego, niesprawiedliwego świata.
Nie mam jeszcze sprecyzowanego zdania, ale zauważam, ze poza Nicolae Ceaușescu, wszyscy wielcy przywódcy swoich narodów jakoś tak odchodzą, że tylko wąskie grono „najbliższych” zna datę i okoliczności śmierci: Stalin, Fidel, nawet Chyngis Chan. A iluż to zmarło w Moskwie podczas wizyty u hegemona? Zresztą, w przypadku śmierci Ceaușescu też mamy wiele pytań, choć niby wszystko jest jasne.
Korea (ta prawdziwa, z Gór Diamentowych Kŭmgang-san, a nie nędzni wyzyskiwacze z południa) ma już nowego przywódcę. Znaczy – się toczy.
W języku Korea mongolskim– to Solongos, czyli Tęczowa.


Komentarze
Pokaż komentarze