Jan Herman Jan Herman
394
BLOG

Każdy kryzys kiedyś się kończy?

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 1

 

 

Wysłuchałem w ostatnich tygodniach kilkudziesięciu fachowców od ekonomii zwanej przeze mnie podręcznikową albo Fenicjum (bo taki sposób myślenia zapoczątkowali kupcy śródziemnomorscy, a w ślad za nimi klasycy ekonomii podręcznikowej).

U podłoża dysput, jakie obserwowałem, leży przekonanie, że problemy Ameryki, Europy czy Polski – jeśli są – to są chwilowe, niejako naturalne, wkodowane w „pulsacyjny” charakter gospodarki zwanej rynkową.

Nikt – literalnie: nikt – nie podnosił takiego oto problemu, że obserwowane w ostatnich dziesięcioleciach rozmaite spazmy mają charakter budżetowy, a więc polityczny, choć upierzone są w literaturę fenicjańską.

Oczywiście, że wszelka słabizna gospodarcza bierze się stąd, że odbiorcy nie są w stanie wchłonąć tego, co „dla nich” wytworzono, a jeśli im się to „wmusi” metodami „no, weźże” (promocje, wsparcie, ulgi, wydłużone terminy spłaty) – to i tak po jakimś czasie wróci najważniejsza przeszkoda wzrostu ekonomicznego: rynek odmawia wchłonięcia oferty, więc dostawcy są kolejno z tego rynku eliminowani, pociągając za sobą kolejnych, i kolejnych…

Za kryzysy „rynkowe” płacą zawsze „ostatni w łańcuchu”, czyli zwykli konsumenci i mali przedsiębiorcy.

Czyli – powie ekonomista-fenicjanista – problem ma charakter stricte ekonomiczny. Ja zaś – gdybym mógł – odpowiadam: nie, to jest problem budżetowy, a budżety państw, samorządów czy nawet korporacji – to budżety polityczne, konstruowane nie jako wypadkowa procesów rynkowych, tylko jako wynik woli zarządców.

Budżet jest i był od zawsze listą pomysłów „kierownictwa” na wydatkowanie „płynnych” i spożytkowanie „majątkowych” dochodów stanowiących „odpis” od strumieni gospodarczych powodowanych naturalną żywotnością ekonomiczną (każdego z nas) i przedsiębiorczością (tych najaktywniejszych). Na pierwszym miejscu wszelkiego budżetu jest (1)zaspokojenie potrzeb zarządcy (Państwa, administracji samorządowej, kierownictwa korporacji), potem (2)poszerzenie wąskich gardeł i (3)wsparcie słabych ogniw. Na końcu są (4)elementy dynamizujące gospodarkę i (5) poszukiwanie nowych pól rozwoju i postępu.

Taka kolejność priorytetów co do listy pomysłów jest powodem kryzysów ostatnich dziesięcioleci. Bo jej konsekwencją jest to, że w chwilach „zwykłych” rynkowych wahnięć „kastruje” się wszelkie projekty dalekowzroczne oraz projekty wymagające „wyłożenia” dużych środków i do tego wsparcie „słabizn” gospodarczych (wykluczenia społeczne i strukturalne).

Za kryzysy "polityczne” w gospodarce płacą ci, którzy są „wyznaczeni” przez zarządców jako ofiary kryzysu. Oczywiście, najczęściej są to znów „szeregowi” konsumenci i drobni przedsiębiorcy, ale mogą to też być inne warstwy społeczne.

W Ameryce np. arbitralnie wyznaczono jako „ofiarę” część sektora finansowego oraz liczną warstwę „rwaczy dojutrkowych”, czyli wszelkiej maści „naganiaczy” wciskających konsumentom i przedsiębiorcom rozmaite „produkty finansowe”. Takie rozwiązanie nic nie dało, zachowane mechanizmy kryzysowe dość szybko przywróciły kilkusetbilionowe zadłużenie. Wszyscy czekają na „bombę”, która ostatecznie rozsadzi Amerykę jako lidera światowej gospodarki. Są już następcy, uprawiający „grę buldogów pod dywanem”.

W Europie jako ofiary kryzysu „nominuje” się całe państwa: wielka operacja scalania Europy pod kierownictwem niemieckim ((francuskim?) polega właśnie na tym. Ucierpi też sektor usług.

W Polsce mamy od lat chroniczny kryzys budżetowy, narastający ostatnio lawinowo. Zarządcy polskich budżetów (połączonych w hybrydowo-matrycową sieć) idą w trzech kierunkach:

a)     Zespolenie polskiego systemu budżetowego z europejskim;

b)     Odsysanie-drenowanie ostatnich rezerw konsumenckich i przedsiębiorczości (rozkwit rwactwa dojutrkowego);

c)      Umacnianie i kupowanie lojalności siłowych sektorów Państwa (jako zabezpieczenie przed zaburzeniami społecznymi);

Ten kryzys nie skończy się inaczej niż zmianą priorytetów, o których mowa powyżej. Kosztem podmiotowości Polski jako gospodarki.

A statystyczni zaklinacze – niech dalej bujają w obłokach…

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka