Moja ulubiona żona, w sekrecie przede mną, poszła do kogo trzeba i po kilku dniach starań (oraz po prześwietleniu mnie do 10 pokolenia przez tego kogo trzeba) otrzymała na moją kartę miejską specjalny hologram, który pozwala na to, abym sobie jeździł po mieście zniżkowo (nie dotyczy biletów kartonowych).
Moja refleksja od czasu, kiedy HGW ogłosiła, że będzie w autobusach i tramwajach dyskryminować „słoiki”, była taka: kiedy ktoś jest zameldowany w Koziej Woli Wielkiej, ale całe dnie spędza w Warszawie, bo tam ma robotę, i jeśli ten ktoś zarabia 1600 złotych minimalnego wynagrodzenia, to on nie płaci podatku dochodowego, czyli Kozia Wola Wielka nic nie ma z tego, że on tam jest zameldowany. A Warszawa ma wszystko: osobnik ten bowiem swoją chudą pensyjkę przeznacza przede wszystkim na to, by w warszawskich sklepach kupować jadło i odzienie oraz, co tu kryć, artykuły imieninowo-imprezowe, aby swoje życie ukrasić jakoś i weselszym uczynić. Z każdej wydanej w Warszawie złotówki odprowadza zatem do warszawskiego fiskusa 23 grosze, może mniej. A do skarbca w Koziej Woli Wielkiej nic nie daje.
No, to on jest podatkowo-finansowo warszawiak – czy koziowolanin wielki?
Więcej: gdyby on zarabiał jak Marszałek Struzik pracujący w Warszawie, mieszkający zaś „daleko za miastem”, to faktycznie – jak pan Adam w Płocku – oddawałby w Koziej Woli Wielkiej niemały podatek dochodowy. Ale z tego co wiem, pan Adam nie jeździ po mieście liniami MZK i chyba karty miejskiej nie nabył. I ci, co zarabiają po 3-4 tysiące, też mają serdecznie w nosie, czy zapłacą za bilet miesięczny kilkanaście złotych w tę albo w tamtą stronę. Ale akurat nasz koziowolanin wielki, mając grosza niewiele, wolałby zapłacić za bilet mniej, to chyba jasne.
Zatem komunikacyjna karta warszawiaka ma taki sam sens finansowy i społeczny, jak zasiłek MOPS w wysokości 30 złotych, łaskawie serwowany raz na kilka miesięcy.
Poza-warszawiakom podpowiem: bilet kartonowy jednorazowego użytku kosztuje w Warszawie 4,40, zaś bochenek chleba – 2,60, czasem nieco drożej. Zgadnijcie, co robi ktoś z realnym dochodem kilkuset złotych miesięcznie, kiedy musi udać się na drugi koniec miasta? Czy aby na pewno wyda 8,80, czyli poświęci 3 bochenki chleba?
Szanowna pani HGW: niechże się pani zabierze za realne problemy, a nie dyskryminuje – wbrew Konstytucji i bez ekonomicznego sensu – przyjezdnych, którzy za grosze upiększają stołeczną metropolię!



Komentarze
Pokaż komentarze (4)