Jakakolwiek inteligencja kosmiczna zdążyła już zauważyć Ziemię lub którąś z jej KOPII, to stosunkowo łatwo i tanio ma już w swoich bazach danych „profil” żyjątka mrowiącego się na tej skale otulonej płynem H2O.
Najpierw wyjaśnię, o co chodzi z tą KOPIĄ. Zacznę od prostego przykładu: mamy zbiór zawierający 5 różnych rodzajów klocków, a dano nam polecenie, by zbudować 150 dwu-klockowych cząstek. Gdyby każda cząstka miała być inna niż pozostałe, to możemy takich cząstek dwu-klockowych zbudować nie więcej niż 15 (odpowiednio: 1-1, 1-2, 1-3, 1-4, 1-5, 2-2, 2-3, 2-4, 2-5, 3-3, 3-4, 3-5, 4-4, 4-5, 5-5), a to oznacza, że jeśli wytworzymy 150 cząstek, to każdy dwu-klocek powtórzy się mniej-więcej 10 razy (oto właśnie, Czytelniku, poznałeś-przypomniałeś sobie elementy kombinatoryki, tu konkretnie: dwu-elementowych kombinacji z powtórzeniami). Wzór-receptura na to wszystko: (k+n-1)!/k!(n-1)! (wykrzyknik oznacza rachunek nazywany „silnia”, czyli iloczyn kolejnych liczb całkowitych od 1 do tej liczby, przy której jest wykrzyknik)
Jeśli klocków różnych od siebie będzie n=100, a chcemy z nich mieć zestawy k=3-elementowe, to aby każdy trój-zestaw był niepowtarzalny – możemy zamówić co najwyżej … 109!/3!99! zestawów. Znajdź, Czytelniku (koniecznie zajrzyj TUTAJ!) silnie dla liczb 109, 3 i 99 – a uzyskasz wynik wynoszący 171700. Jeśli zamówimy choćby o 1 zestaw więcej (171701) – to ten jeden zestaw będzie powtórką istniejącego już zestawu.
A jeśli zamawiamy „nieskończoną ilość”? Wtedy nie ma takiej możliwości, żeby każdy, nawet najbardziej wieloelementowy zestaw nie powtórzył się nieskończenie wiele razy. To zaś oznacza, że w nieskończonym Uniwersum istnieje nieskończona ilość takich samych globów jak nasza Ziemia, które niczym nie różnią się, są identyczne co do liczby ludności, co do historii, co do dzisiejszej pogody, co do blizny na brwi u Janów Hermanów występujących w nieskończonej ilości, a niniejszy tekst właśnie w tej chwili pisze nieskończona liczba moich „braci”. Śmieszne?
UWAGA! W tym rozumowaniu jest paradoks-pułapka, ale nie chcę Czytelnikowi psuć poczucia, że coś rozumie z tego wszystkiego (w skrócie: z każdego stanu jest nieskończenie wiele możliwości „następnego stanu”, więc Uniwersum musiałoby wg powyższego pęcznieć szybciej niż jego własna zdolność do samopoznania, to jest zaś niemożliwe, więc jeśli mamy Ziemię taką jaka jest i nas na Ziemi takich jacy jesteśmy – to blokujemy przez samo swoje istnienie całe mnóstwo wariantów ziemio-podobnych).
Uff!
* * *
Bo notka jest o czymś innym. Otóż „profil” żyjątka mrowiącego się na Ziemi (tej czy tamtej, co za różnica), które o sobie mówi „człowiek”, musi budzić zdumienie i zarazem niesmak dowolnej inteligencji wszechświata. Cóż bowiem to żyjątko robi? Ano, robi wszystko wbrew rozsądkowi, wbrew dobru Uniwersum. Wyzbyło się to żyjątko opamiętania w czymkolwiek, postępem nazywa wszystko, co zaspokaja jego próżniactwo i nienasycenie, gotów jest do aktywności tylko wtedy, kiedy może odnieść korzyści, nawet takie, które mu są do niczego niepotrzebne i gromadzi je dla nich samych jedynie. Cierpi na tym planeta, którą żyjątko zamieszkuje, ale najśmieszniejsze i najbardziej paradoksalne jest to, że owo żyjątko samo przeciw sobie się obraca, bezinteresownie ciemięży jeden drugiego, czyni sobie wszystkie podłości, niecnoty, plugawości, kłamstwa, zadaje cierpień, szkód dokonuje, z czego jest jedna wielka pożoga na Ziemi, ale owo żyjątko wciąż powtarza Dużymi Literami, że cokolwiek czyni, to czyni z pobudek wzniosłych, szlachetnych, górnych. Doprawdy, trudno o większe zakłamanie, które wszak nie jest incydentalne, przypadkowe, jednorazowe – tylko na nim zbudowany jest cały ustrój społeczny tych żyjątek. Żadne inne stworzenia z tej planety tak nie postępują, a jednak to owe dziwadła zdominowały żywy i nieożywiony świat Ziemi.
Spośród tych żyjątek wyróżnia się ta częśćplemienna, która gniazduje między bałtycką kałużą i karpackim nasypem, między strumykiem wiślanym i odrzańskim. Jeśli „człowiek” sam z siebie jest bałamutem i niecnotą – to „polonusy” przerastają w tym innych o głowę, zadziwiając nawet innych plemieńców. Cóż, nie ma takiej nieopatrzności, której by „polonusy” nie doprowadziły do mistrzostwa. Ale to już wewnętrzna rozterka rojących się na tej planecie żyjątek ludzkich.
Oj, ma nad czym myśleć kosmiczna inteligencja, której trafił się taki przypadek pod rozwagę. I jej zmartwieniem jest – jak zapobiec rozplenianiu się tej szarańczy. Suicydalne talenty „człowieka” są równe szkaradzieństwu jego charakteru i ohydztwu jego postępków, a także pokraczności kierującej nim logiki i szpetocie jego dzieł rozmaitych. Strach, by ta zaraza nie pochłonęła przy okazji innych połaci Uniwersum.
Inteligencja ta wie, że „człowiek” jako fenomen skończy się po jakimś czasie, zapadnie się sam pod własnym bezeceństwem, ale zanim sczeźnie – narozrabiać gotów poza planetą, niczym szarańcza.
Całe szczęście – podpowiada jakiś kosmiczny mędrzec – rojące się żyjątka ludzkie są bardzo przewidywalne: zawsze w porę zgaszą w sobie szlachetne, górne i wzniosłe racje, dając górę temu, co nazywa pragmatyzmem, a co w rzeczywistości jest nurzaniem się w cuchnących paskudztwach. I to ich wygubi, chyba że świat stanie w międzyczasie na głowie…
Może jednak z tą nieskończonością Uniwersum to przesada i takie coś jak Ludzkość wystepuje w jednym, jedynym, niepowtarzalnym egzemplarzu...?



Komentarze
Pokaż komentarze