Kiedy tak jechałem do pracy - przypięty pasem bezpieczeństwa, i moje dziecię jadąc do przedszkola również jechało przypięte pasem bezpieczeństwa w foteliku bezpieczeństwa - dopadły mnie paradoksy.
Bo jak to właściwie jest... Dyskusja niby już wiele razy klepana. Korwin burzy się na zapinanie pasów i sam (twierdzi) że ich nie zapina. Ale czy przysłowiowy Korwin zapina pas swojemu dziecku? czy trzyma je w foteliku bezpieczeństwa?
Korwinopodobni konserwatyści zwykle od jakiegoś momentu uważają że dziecko jest własnością rodziców. No może nie własnością, ale przynajmniej do czasu pełnoletności winni są im 100% posłuszeństwo, rodzic ma prawo tłuc je paskiem od spodni po tyłku i głodzić, a państwu nic do tego. Może też niezapinać dziecka w foteliku bezpieczeństwa, bo co państwu do tego, prawda? Tu dochodzimy do momentu, gdy państwo dopomina się o swojego młodego obywatela i nakazuje rodzicowi zapiąć je w foteliku. Ze względu na ryzyko śmierci lub trwałego kalectwa. Czy nasz konserwatysta w tym momencie powie "ok", czy też dalej będzie się stawiał? Czy dalej będzie twierdził: "proszę bardzo, tak, ryzykuję uszkodzenie dziecko na własną odpowiedzialność". Znając charakter niektórych nieprzejednanych konserwatystów - nie zdziwiłbym się.
W którymś momencie jednak, gdy jakaś lewacka mateczka próbuje robić coś podobnego, może nieco drastyczniejszego, na swojej własności w brzuchu - konserwatysta dostaje białej gorączki i piany na ustach... Ot paradoks.
A może przesadziłem, może konserwatyści-korwinsyny grzecznie pakują swoje dzieci do nakazanych fotelików, hę? Pytam bo nie wiem, szczerze. Uświadomcież mnie.




Komentarze
Pokaż komentarze (41)