Gorące tematy:

27 obserwujących
297 notek
403k odsłony
361 odsłon

O demoralizujących cechach ustroju gospodarczego PRL - Cz II

Wykop Skomentuj2
Wartość księgowa majątku zarządzanego przez przedsiębiorstwo przestała mieć cokolwiek wspólnego z wartością tego przedsiębiorstwa jako podmiotu gospodarczego.
 Dotyczyło to zarówno majątku trwałego, nieruchomości jak i aktywów finansowych.
Wszystko pochodziło z przydziału, a rozliczane było systemem budżetowym, zgodnie z „planem”. Szczególnie dotyczyło to inwestycji przedsiębiorstwa.  
 Finansowanie inwestycji, na ogół, a więc PRAWIE NIGDY nie było finansowane ze środków własnych przedsiębiorstwa, było przedmiotem inwestycji centralnej, finansowanej ze środków ujętych w Planie Społeczno-Gospodarczym, zupełnie niezależnie od „zdolności kredytowej” przedsiębiorstwa, które było formalnym beneficjentem tej inwestycji. Obrazowo mówiąc, jeśli dyrektor przedsiębiorstwa miał silną pozycję w hierarchii administracji gospodarczej, to przedsiębiorstwo było beneficjentem tej inwestycji. W gazetach pisano „przedsiębiorstwo XYZ na naszym terenie rozwija się, buduje nowy wielki zakład produkcji lornetek”.
Ta sama inwestycja mogła być zrealizowana zupełnie gdzie indziej, albo jej beneficjentem mogło być dowolne inne przedsiębiorstwo z tego samego terenu, albo też do tej inwestycji mogło być utworzone całkiem nowe. Bez znaczenia!
Środki inwestycyjne pochodziły z przydziału, a przydzielano je we władanie dyrektorowi w zależności od jego „inicjatywy” i osobistego prestiżu w administracji politycznej i gospodarczej, decyzją administracyjną albo polityczną.
Efektywność kapitałowa, produktywność, rentowność nawet tylko tej części majątku, który był bezpośrednio zaangażowany w działalność gospodarczą czy wytwórczą przedsiębiorstwa była niemożliwa do ustalenia, nie wynikała bezpośrednio z księgowości tego przedsiębiorstwa i to tylko z powodu budżetowo-wskaźnikowego systemu rachunkowości PP.Narodowy Plan Społeczno-Gospodarczy sformułowany był w języku wskaźników, tak formułowane były oczekiwania centralnego planisty w stosunku do przedsiębiorstwa, a rachunkowość i rozliczenie z realizacji tego planu, musiało być robione zgodnie z oczekiwaniem klienta, jedynego klienta, jakim była państwowa administracja gospodarcza. Stąd brał się dezinformujący efekt prowadzenia rachunkowości przedsiębiorstwa. Pokażę to teraz dokładnie. Kluczem do zrozumienia jest pojęcie narzutu, jako elementarnej techniki planistycznej, w tamtej gospodarce!Przy pomocy narzutów mistyfikowane było pojęcie rachunku kosztów i efektywności gospodarczej. Zajmując się ekonomią praktyczną w tym czasie i wtedy, nie byłem w stanie wytłumaczyć żadnemu księgowemu, że to, co on robi, jest fałszowaniem parametrów ekonomicznych firmy i uniemożliwia otrzymanie sensownych informacji o kosztach, czy opłacalności lub wartości produkcji czegokolwiek w tej firmie.
Świadczy to tylko o tym, jak bardzo ta mistyfikacja była skuteczna i zracjonalizowana wśród całych pokoleń polskich ekonomistów akademickich i praktykujących w przedsiębiorstwach.
„-Tak jest dobrze, tak ma być, nie można sobie nawet wyobrazić, że można inaczej”.
Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę, że przyczyną tego stanu rzeczy była filozofia psa ogrodnika, uprawiana w totalnej skali przez całą administrację gospodarczą.
Cały wysiłek rachunkowości socjalistycznej skierowany był na jeden cel, chodziło o to, aby nie dopuścić, by cokolwiek, co jest już własnością państwa, przedostało się w ręce prywatne poza państwowym rozdzielnikiem. Pod jakimkolwiek pozorem!
Niech się zmarnuje, zgnije, niech przepadnie, niech będzie wykorzystane najmniej efektywnie jak się da!
Niech szlag trafi, byle nie trafiło w ręce prywatne!
Nacjonalizacja? – Tak!
Reprywatyzacja? – Nigdy!Pokażę, jak to było realizowane.
Do wyprodukowania dowolnej rzeczy w wydziale jakieś fabryki, potrzebna była ściśle określona ilość materiału i robocizny. Wszystkie materiały były wydawane, przy bardzo dokładnej kontroli, na podstawie dokumentów (RW), do produkcji. W każdym dokumencie wydania (RW) napisane było, co, ile, komu, jaka była cena jednostkowa w złotówkach każdej śrubki i jaka była cena efektywnie wydanego materiału.
I ta operacja była księgowana.
Do zaksięgowanego wydania materiału dodawano robociznę, albo w cenie pracy, podobnej do tej, którą realnie trzeba było zużyć do produkcji tego wyrobu, albo w formie normy akordowej, albo najchętniej i najczęściej, w postaci narzutu na robociznę.
Zastosowanie narzutu na robociznę wyglądało tak:
 - Wcześniej, przy układaniu PLANU przedsiębiorstwa DYREKCJA ustalała, że w tym wydziale narzut na robociznę wynosi 15%.
 - Dlaczego?
 - Bo tak! W roku ubiegłym było 14%, a w tym roku jest 15%. 
Typowa decyzja administracyjna. Jedynie przedsiębiorczości i prestiżowi kierownika wydziału można zawdzięczać powiększenie tego narzutu. W ten sposób zaksięgowany był już koszt materiału i pracy. Zauważmy, ścisłej ewidencji i rozliczeniu podlegało tylko to, co można było konkretnie z zakładu pracy wynieść, czyli materiał. Nakładu pracy już w tym sensie ukraść nie można, mógł być wydatkowany uznaniowo, w postaci „narzutu” lub wskaźnika pracochłonności. Do tak wyliczonych kosztów materiału i robocizny dodawano narzut na tzw. koszty wydziałowe, czyli administracyjnie ustalony procent np. 73% narzutu na te koszty. Czyli poprzednio wyliczony koszt razy 1,73. I tą wartość księgowano jako koszt wydziałowy wytworzenia tego produktu.
Uwaga!
Narzut był stały, niezmienny i dotyczył wszystkich produktów tego wydziału produkcyjnego i zupełnie nie zależał od żadnych właściwości produktu. Prosty albo skomplikowany, czasochłonny, energochłonny, albo nie.
Obojętnie!
Narzut jest taki sam! 
Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale