Nigdy nie upubliczniałem swoich opini szerszemu gronu odbiorców, ale jeśli nawet w TVN24 pojawaiją się śladowe ilości dyskucji, to znaczy, że powoli zmiania się atmosfera w kwestii debaty publicznej i być może warto jednak zaprezentować swoje zdanie. To co mnie uderzyło w tej debacie to przede wszystkim:
I. Wrażenie dwóch światów, w których żyją uczestnicy tej mini dyskusji. Pierwsze bowiem problemy jakie zostały podniesione przez uczestników ( głównie red. Mellera) to podsłuchy, demokratyzacja partii, legalizacja marichuany i problem nierównych dopłat dla producentów win. Przez chwilę poczułem się jak mieszkanieć południowej Nadrenii, który śmiga po świetnych drogach, nie sąsiaduje z najbardziej niebezpiecznym obecnie mocarstwem, nie ma żadnych problemów ekonomicznych dnia coedzienngo i nie martwi się o ustrój państwa w którym życje. Szczerze mówiąc zazdroszczę Panu Mellerowi doskonałego samopoczucia. Dopiero pytania - żale Pana Hołdysa, umocniły mnie jednak w przekonaniu, że dyskusja dotyczy kraju nad Wisłą, który od 20 lat walczy o niepodległość, suwerenność i względną niezależnośc ekonomiczną.
Już nie zły PIS, ale tzw. "celbryta" powiedział wprost, iż nie ma demokracji w kraju nad Wisłą. Niestety, popełnił poważny błąd utożsamiając demokrację w kraju - problem wymiany elit rządzących (mówiąc językiem liberalnym: "dostęp do usługi zwanej władzą" - w naszym kraju, jak wiele innych usług jest ona niedostepna, tak jak w dużej mierze usługa: rzetelny przekaz informacji, dostęp do usług prawnych itd) z wprowadzeniem mechanizmów demokratycznych wewnątrz partii...
Oczywiście demokracja w kraju nie ma nic wspólnego z "demokracją" w partiach, wręcz przeciwnie zależność jest raczej odwrotnie poroporcjonalna (co zresztą sugerował nieśmiało Tusk). To tak jakby twierdzić, że w demokratycznym kraju wojsko ma być zorganizowane na wzór demokratyczny (jakoś tutaj nikt nie stawia podobnych żądań). Partie, przynajmniej w ładzie demokratyczno-liberalnym, w jakim wydaje nam się że żyjemy, są właśnie instrumentalnie traktowane.
II. To co jednak tak naprawdę ukazało poziom wiedzy naszego społeczeństwa o polityce, to niezwykle symboliczne zarzuty - żale p. Haołdysa, który zaszantażował Tuska, że artyści już niezagłosują na niego, bo zabrał im przywileje.
Panie Hołdys witamy więc w liberalizmie - systemie wymiany dóbr i usług, który doskonale sprawdza się w przypadku handlu. W przypadku każdej innej, skomplikowanej usługi - świadczenia - wymiany niestety poważnie zawodzi. Konsument bowiem nie może zrozumieć ( zgodzić się), że jeśli chce być wyleczony przez dobrego lekarza, za co chętnie zapłaci, musi niestety zapłacić jeszcze za jego kształcenie i być może częściowe utrzymanie.
Mogę być liberałem, ale uczciwymy liberałem, który chce konsekwentnego liberalizmu - jak wszędzie to wszędzie. Tego jednak nigdy żadne państwo nie zrobi. Bo jak by to zrobnić, tzn. rzeczywiście uzależnić poziom usług od upodobań konsumentów, to okazało by się, że zostalibyśmy być może z internistami po licencjacie, ludowymi festynami, big brotherem, tabloidami i telewizją o technicznym zaawansowaniu na poziomie tv trwam, policją i wojskiem w stosunku 1 żołnierz na milion obywateli i drogami z kostką brukową i płytami. Na to dzisiaj bowiem stać (w tym sensie, że do tego stopnia został by zapewniony poziom usług dzięki spontanicznej wymianie) nasze społeczestwo. Ukazało by to - co najbardziej ciekawe - poziom intelektualny, moralny i polityczny naszego społeczeństwa, które kompletnie nie rozumie, jak drogie w utrzymani są usuługi powszechnie świadczone przez państwo, na które "wydziera" ono podatnikom coraz więcej pieniędzy.
Wniosek: liberalizm nie ma nic wspólnego z tzw. "posętpem technologicznym", rozwojem kultury, powszechną edukacją, dostępem do ochrony zdrowia itd... co dosknale widać właśnie było w konfuzji p. Hołdysa, który z jednej strony chciałby tworzyć wysoką ( patrz drogą kulturę) i jednocześnie chcaiłby być "modnym liberałem na czasie". Nie da się tego pogodzić, panie Hołdysie. Wprowadzanie dziś konsekwentnie liberalnych reform cofneło by nas cywilizacyjnie do wieku XV ( i dobrze) - być może to wreszcie spowodowało by epistemologiczne i etyczne przebudzenie wielu obywateli, przedsiębiorców itd., nie tylko naszego państwa. Stawiam tezę, że żadnego państwa dziś nie stać na poziom życia, które oferuje swoim obywatelom - dowód globalizacja i stałe poszerzanie rynku ( państwo musi pozyskać więcej pieniędzy niż jest zapotrzebowania na produkty, a co do tego inflacja, kwestai kursów walut itd...).
Mało bowiem, kto widzi, że od XVI wieku państwa nowożytne są paradoksalną hybrydą państwa progresywnego (zsekularyzowana forma Civitas Christiana), którego ostatnim wcieleniem jest państwo opiekuńcze i państwa pogańskiego, czyli wspólnoty obywateli, którzy świadczą sobie usługi. Każde z państw od 500 lat próbuje to jakoś lepiej lub gożej pogodzić - żadnemu się nie udaje, z tym, że niektore mają olbrzymie "fory" ze wzgledu na położenie i historię, albo ze względu na pewną specyfikę postreligijną, którą udało się im wdrożyć - np. anglosasi; co powoduje, że tam problemów poprostu nie widać. Mało jednak kto zauważa, że te kraje ( Anglia i Francja) swoją potęgę gospodarczą zbudowały głównie na imperializmie i innych wynikających z tego korzyściach ( jak choćby olbrzymie wpływy kulturowe i gospodarce, które do dziś procentują).
Zadanie 1: polecam sprawdzić, które z np. niemieckich koncernów mają największe zyski i jaka jest ich struktura własności...
Zadanie 2: jakim dużym koncerną sprzedawane są polskie duże przediśebiorstwa (np. tp i elektrownie).


Komentarze
Pokaż komentarze (3)