30 obserwujących
217 notek
148k odsłon
  449   2

Z okazji i bez okazji o Nowym Życiu

Święta Wielkiejnocy od zawsze miały dla mnie szczególne znaczenie. Co roku czekałam niecierpliwie na tę Noc, na czas Czuwania i Zmartwychwstanie, zapowiedziane w Słowie Bożym i realizujące się w moim życiu. Te święta wyglądały różnie. Był taki rok, gdy fizycznie czułam się głęboko zraniona, umierająca. Potem nastały lata, gdy doświadczyłam powrotu do życia i zalania łaską. Bez względu na okoliczności nie umiałam sobie wyobrazić, że mogłabym na Czuwaniu nie być.

W zeszłym roku ten porządek został zerwany. Nastała pandemia i uroczystości kościelne były okrojone, obchodzić święta mogliśmy tylko on-line, w gronie najbliższej rodziny. Ten czas był bardzo trudny, ale też wyjątkowy. Dużo nas nauczył. Pokazał, że naprawdę niczego nie można być pewnym w życiu, ale też, że inne scenariusze wcale nie muszą być takie złe. Że rodzina, z którą dzielimy te ważne chwile, jest najcenniejsza i że warto doceniać obecność każdego z bliskich, a nie skupiać się na rozdmuchanym świętowaniu, na samej „otoczce”.

Wydawać by się mogło, że nic już nie zaskoczy nas bardziej niż okoliczności świętowania w pandemii. W tym roku poczuliśmy powiew normalności: dopuszczono do oficjalnych, świątecznych obchodów grupę wiernych (w każdym kościele był narzucony limit osób, które mogły wziąć udział w zgromadzeniu). Jednak ja byłam już w 8. miesiącu ciąży. Czułam się tak sobie. Stwierdziliśmy z mężem, że upieranie się przy uczestnictwie w liturgii byłoby w tej sytuacji niemądre. Oddaliśmy nasze miejsca innym chętnym, a sami chcieliśmy spotkać się z moimi rodzicami, podobnie jak w zeszłym roku. Wszystko było mniej więcej zaplanowane… I odwoływaliśmy plany w ostatniej chwili, ponieważ nasza córeczka się pochorowała. Prawdopodobnie zaraziła się od męża, który chodził zmęczony, z bólem głowy jeszcze w Wielkim Tygodniu.

To były najdziwniejsze święta w moim życiu. Starałam się ogarnąć cokolwiek w zupełnie nieprzygotowanym domu – no bo przecież mieliśmy jechać do dziadków. Z wielkim i już dość przeszkadzającym brzuchem sprzątałam cokolwiek, a mąż nosił płaczącą córeczkę na rękach. Do tego w ostatnim tygodniu przed świętami musiał jeszcze meldować się w pracy (był na tak zwanej pracy zdalnej), no i sam chciał cokolwiek pomóc w przygotowaniach. Skutek tego zamieszania był taki, że Wielkanoc spędził pod kołderką i w piżamie, a ja usiadłam na kanapie przed transmisją w sukience od sprzątania, przy chorym mężu. Wtedy jeszcze czułam się w miarę pewnie; zaraza dosięgła mnie w poniedziałek. Byliśmy pewni, że to alergie połączone z jakimś grypskiem, objawy nie były poważne, takie standardowe dla każdego z nas. Ze względu na przewidywane badania córeczki zdecydowałam się zrobić test na wszelki wypadek i okazało się, że jednak – covid.

Podsumowując, Wielkanoc uczciliśmy nowym obrusem i uroczystą świecą na stole. Nawet pisanek nikt z nas nie miał siły malować.

Patrząc na to z dystansu, przeszliśmy tę chorobę bardzo lekko. Bez testu nawet byśmy się nie zorientowali, że to koronawirus. Ale trzeba było izolację odsiedzieć. Rodzinne świętowanie było w tym roku zupełnie wykluczone. Dostaliśmy wszelką potrzebną pomoc i właściwie nie mieliśmy na co narzekać. Nieustannie mieliśmy mnóstwo roboty w związku ze zbliżającym się porodem. Przygotowanie torby, zamówienie przez internet wszystkich potrzebnych rzeczy i dla mnie, i dla dziecka, przemyślenie tego, żeby nie kupić za dużo, ani za mało, ani nie zapomnieć niczego ważnego… I wciąż nie mieliśmy fotelika dla starszej córki. A gondola do wózka miała zostać dostarczona po dwóch dniach, a po tygodniu wciąż jej nie było. Kosztowało nas to sporo nerwów.

Do tego córeczka co chwilę miała problemy z brzuszkiem, z wychodzącymi zębami, z jedzeniem i sami już nie wiedzieliśmy, jak pomóc jej… i sobie, żeby nie zwariować do końca.

W związku z całym tym zamieszaniem nawet nie zauważyłam, kiedy minął ten czas. Gdyby moje ciało nie upominało się o więcej odpoczynku i nie przeszkadzał mi wystający brzuch, to pewnie zapomniałabym, że w ogóle jestem w ciąży.

A po miesiącu przyszedł moment decydujący.

Ze względu na cukrzycę ciążową lekarz i położna sugerowali, że najlepiej byłoby urodzić przed terminem (ryzyko zbyt dużego dziecka, co często jest podstawą do podjęcia decyzji o cesarskim cięciu). Ja bardzo chciałam rodzić naturalnie, ale wciąż czułam się niegotowa. Ciągle miałam jeszcze coś do przygotowania. I bałam się o starszą córkę, jak ona zniesie rozstanie, kiedy ja pójdę do szpitala.

Bardzo się o nią bałam.

Opanować tę sytuację pomogła nam mama mojego męża, która przyjechała z Gdańska i została u nas cały tydzień. Dzięki niej nie musieliśmy „wyprowadzać” córeczki do drugich dziadków, tylko spokojnie siedziały w domu. Mała D. miała najlepsze towarzystwo na świecie, ale i tak przeczuwała, że coś się szykuje i przeżywała to na swój sposób…

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości