33 obserwujących
222 notki
150k odsłon
  205   0

Przypomina Ciebie mi... Część 2: Osiemnastka.

Obiecałam, więc jest. Przepraszam, że trwało to tak długo, ale jest ostatnio pod każdym względem nieogarnięta…

Najpierw nie było nic. Żadnych plnów i zamiarów. Nic nie zamierzałam szykować, bo po co i dla kogo?...
Potem narodziła się myśl: a może?... Jeśli już?... To jak?... I powstało w mojej głowe marzenie: tak jak zawsze. W tym miejscu jedynym, najmilszym. Przy ognisku, gitarze i kiełbaskach pieczonych na widełkach. Przy śpiewie i żartach. Z kim: z najlepszymy przyjaciółmi i kolegami. Żeby nie można było się znudzić. Żeby się bawić jak najlepiej, żeby każdy się dobrze czuł.
I w końcu pomyślałam: czemu nie? To się da zrobić! I zaczęłam realizować marzenie. Chciałam, by te urodziny były wyjątkowe: czyli tradycyjne ognisko, ale w innym składzie, niż tylko rodzina. Miało być niezapomniane i trwać na tyle długo, żeby nikt nie czuł niedosytu.
Tak miało być. A jak było?
Moja siostra i bratowa na początku lata miały rodzić. Zatem rodzice moi zostali w Warszawie, żeby być na każde zawołanie. A ja potrzebowałam kogoś dorosłego, kto zgodziłby się sprawować pieczę nad gospodarstwem. I żeby tata się zgodził – bez obecności dorosłego pomysł by nie przeszedł.
Udało się takiego kogoś znaleźć – przyjechał mój wujek ze swoją córką jako ów “nieodpowiedzialny dorosły”, przy którym będzie można sie bawić. Najlepsza opcja: człowek odpowiedzialny, gwarant bezpieczeństwa, uwielbia ten dom jak i my, a przy tym na każde szaleństwo przymykał oko.
Przyjechali wszyscy, jak prosiłam. Z przyjaciółką K. spędziłam cał tydzień na przygotowaniach i zabawie. Rąbaliśmy w Eurobiznes (inną wersję Monopolu) bez końca.
Dwa dni przed urodzinami przyjechały przyjaciółka A. i kumpela A. Spędziłyśmy razem fantastyczny wieczó przy grze fantasy.
Tak dobrze mi było spędzać z nimi czas, niefrasobliwie, bez przerażających wizji obowiązków, które nastąpią po zabawie. Nic przchodziłą na gadaniu i grach, ranek przesypialiśmy, w dzień pracowaliśmy od czasu do czasu. Przygotowywałam jedzenie, a mó brat kosił i rąbał drzewo na ognisko. Trochę roboty było. Ale gdy pogoda była deszczowa to cały dzień siedzieliśmy razem nic nie robiąc :). I gdzie ta dorosłość...
W wieczór przed urodzinami zjechali główni goście. Dom na wsi wzbudził w nich zrozumiały zachwyt. Sad i ognisko, podobnie, a największy entuzjazm zgromadzonych wywołała huśtawka. Goście zapowiedzieli, ze jeszcze tu wrócą...
Razem spędziliśmy lwią część nocy na grach i gadaniu. A rano przyjeciółka A. niestety musiała wracać...
Wręczyli mi prezenty i posprzątali po sobie. To ciekawe…
A wieczorem 6-tego lipca spuentowaliśmy zabawę trwającą już właściwie dwie noce. Dojechała jeszcze koleżanka S. i mało znany, a co lepsze, nie zaproszony, kolega A.
I tak właśnie było. Najlepsi przyjaciele świetnie się czuli na niepozornej posiadówie przy ogniu, gitarze, czipsach i sałatkach, z pieśnia na ustach… Nawet ułożyli piosenkę specjalnie dla mnie, to dopiero była niespodzianka :)!
Koleżanka A. miała nastrój na spacerki. Wyciągała po kolei różne postacie i szwendali się po wsi. Wszystko odbyło sie tak kulturalnie, że nie było najmniejszych komentarzy ze strony sąsiadów…
Największym powodzeniem, jak już wspomniałam, cieszyła się huśtawka. Co sie przy niej działo, sama nie wiem, ale pewnie to lepiej…
Gapiliśmy się w gwiazdy i oglądalismy wschód słońca. Kto nie wytrzymał, ten kładł się, gdzie popadło. Najśmieszniejsze było to, żę kazano mi usiąść i przetsać się krzątać, bo to jest mój dzień i ja powinnam się bawić, a nie martwić, czy każdy ma co jeść i pić. W związku z tym wszelka odpowiedzialność została z mojej głowy zdjęta i nikt mi nawet nie mówił, czy się bawi, czy idzie spać.
Przawie wszystko wyszło tak, ajk sobie wymarzyłam. Naet mój “głupi bart” przestał mi dokuczać i zachował się bardzo odpowiedzielnie, pilnując porządnego zakończenia, bez awantur i ekscesów. Ale wtedy, z powodu rozstroju hormonalnego i zmęczenia przygotowaniami, stresu, czy wszystko wyjdzie jak trzeba, kto i kiedy przyjedzie, czy każdy będzie się dobrze czuł, nie umiałam się z tego cieszyć. Ale teraz cieszą mnie wspomnienia.
W poniedziałek rano większość gości zebrała się do powrotu. trzeba było rano wstać na PKS, więc niektórzy profilaktycznie się nie położyli.
Ponieważ ja (też bez chwili snu) pojechałam z wyjkiem do pobliskiego miasteczka na targ, kupić sobie niezbędne spodnie (wtedy większoćś gości spała, a targ niestety tylko w poniedziałki), więc nie odprowadziłam czeredy na przystenk. Ofiarnie zrobił to mój brat.
o był, ajk się mówi wśród młodzieży, hardkor. Całą noc nie spałam, a w dwie poprzednie też zaliczyłam mało snu. Półprzytomna kupiłam spodnie, wróciłam, i dogoniłam na rowerze gości, żeby ich przed wyjazdem elegancko pożegnać. Pożegannie było krótkie i treściwe, bez wybuchó radości czy żalu: nikt nie miał na to siły, wszyscy byli raczej nieprzytomni.
A co ja zrobiłąm dalej? Zaspanemu i ofiarnemu bratu oddałam rower, a sama wracałam do domu na nogach. Pierwszy raz w życiu szłam i spałam równoczesnie. Nawet nie przeszladzały mi przejeżdżające obok tiry.
Po powrocie do domu walnęłam się do łóżka i spałam do 16.00.
A potem trzeba było dprowadzić mieszkanie i życie do codziennego porządku.
A piliśmy tylko wino (różowe!). Zawsze uważałam i uważam nadal, ze dobra zabawa nie zależy od ilości alkoholu…
Jest co wspominać...
A przykre rzeczy przemilczałam. A co!
:)

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale