W domu byłem troszkę po północy, wszyscy z niecierpliwością i zaciekawieniem czekali na mój powrót. Jak tylko wszedłem z powrotem do domu; wszyscy zwrócili się z pytaniami do mnie; kto to był ten tajemniczy przybysz?, gdzie byłeś?, w Książu, po co byłeś w Książu?, dlaczego tak późno wróciłeś? Aaa, przybysz?, to mój stary znajomy - powiadam, a w Książu byłem jako doradca; remont tam sal trwa - więc, mój głos był tam na wagę złota, zaśmiałem się, jak to?, po prostu znam się na renowacji w drewnie, więc mnie zaprosili, a że w nocy to wypadło, to tylko dlatego, że wcześniej nie mieli czasu, by mnie tam ściągnąć – ciut skłamałem, bo na renowacji rzeczywiście się znam, o czym każdy z nich wiedział, a zamek w Książu rzeczywiście był teraz w renowacji - no, może prawie każdy wiedział z tu siedzących, że ja się rozeznaje tak dobrze, w tym temacie.
Kuzyn się nagle odezwał – wiesz co Kazimierz?, ten facet, to miał wygląd bardzo dzikiej pantery, która ma zamiar zaraz zaatakować człowieka, a jego oczy jak zobaczyłem, to aż mi nogi się ugięły w kolanach; pierwszy raz widziałem takie oczy, ja w tym momencie roześmiałem się głośno, bo przeżyłem to samo wcześniej jeszcze w Sandomierzu, jak go pierwszy raz w drzwiach pokoju hotelowego gdzie spałem ujrzałem, więc krótko rzekłem - ten typ, już tak ma od urodzenia; na co reszta towarzystwa, też wybuchnęła gromkim śmiechem, i ciut napięta atmosfera się rozluźniła.
Po chwili wujek przy stole rzucił hasło; do snu proszę się gotować, jutro też dzień, więc sobie jutro pogadamy, prawda?, tak odrzekłem biorąc żonkę pod rękę i kierując jej i swoje kroki, w stronę naszej sypialni. Przed samymi drzwiami pokoju odwróciłem się na piecie do domowników; życząc im wszystkim, spokojnych, i bardzo kolorowych snów.
Rano, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do mojej żony kuzynki, która mieszkała w nowo wybudowanych blokach i do tej pory jeszcze jej nie widzieliśmy, bo pracowała, jak my hulaliśmy na całego.
Pukamy do jej drzwi, a ta jak nas zobaczyła, nie mogła się nacieszyć naszym widokiem – tyle lat, i w końcu się doczekałam was, i tego, by w końcu poznać twojego męża i dzieci, i przy tych słowach, jak mnie nie grzmotnie pięścią w plecy, aż mi echo poszło, jak w bębnie murzyńskim; tam-tam. Fakt odpowiada jej moja żonka z uśmiechem, ale ciekawe dlaczego ty wcześniej nas nie odwiedziłaś? A wiecie rzecze Basia, bo tak jej było na imię; praca, praca, działka, etc. Jasne dodaje moja żonka; praca, praca , wymówka, wymówka, jak złota, mleczna krówka, i zaczęliśmy się wszyscy śmiać. U Basi spędziliśmy dwa dni na gadce o tym, i tamtym, w końcu to same rodzinne sprawy, więc ich tu nie ujmę z wiadomych przyczyn. Później zaczęliśmy następnych członków rodziny odwiedzać i się z nimi już żegnać, bo nas czas pobytu w Wałbrzychu dobiegł końca – tak, że tydzień minął nam, jak z bata strzelił, po drodze mieliśmy jeszcze, o Wrocław zahaczyć, co uczyniliśmy!
Zwiedziliśmy troszkę Wrocław na tyle, na ile nam czasu starczyło, a czasu mieliśmy bardzo mało, bo spotkania zawsze kończyły się długimi wspomnieniami i lekkim kacem, co mnie dołowało, ponieważ wódka nigdy mi nie służyła, nawet w małych dawkach! Nie to, że ja ją w mordę, a ona mnie na glebę; co to, to nie, bo nigdy do tego stanu się nie doprowadzam, ale kac mnie zamęczał, - doszło do tego, że nie wiedziałem; czym kaca mam po piciu, czy od niepicia.
Mieliśmy już wyjeżdżać w stronę naszego miasteczka, gdy mnie dopadła Aurora, wracacie już do domu?, – tak! To dobrze, bo w sobotę musisz być u siebie i czekać na mój telefon - dobrze, będę pamiętał, po tych słowach Aurora zniknęła w długim mrocznym korytarzu, jak zjawa ... Rano wuj Halinki podwiózł nas na Dworzec Główny Wrocław, pomógł nam kupić bilety, załadować sie do wagonu, i przed samym odjazdem pociągu; pożegnał się z nami, pomachał nam na pożegnanie, i ruszył ku wyjściu, my ruszyliśmy pociągiem na północ, jak dzikie gęsi wiosną.
W poniedziałek z samego rana ruszyłem do pracy pozałatwiałem zaległe i prawie wszystkie bieżące sprawy, wróciłem na obiad i wówczas otrzymałem telefon od Aurory; Onuris, to ty?, tak odpowiadam, na piątek późny wieczór nic nie planuj, tylko czekaj na Panterę, dobrze?, nie ma sprawy; będę w domu lub pod telefonem – może być?, oczywiście, to miłego popołudnia ci życzę rzuciłem spokojnym głosem w słuchawkę telefonu - wzajemnie, odpowiedziała mi, i się rozłączyła.
Do piątku czekałem w napięciu, co też to może być takiego pilnego, zaraz po obiedzie włączyłem wieżę, by posłuchać muzyki klasycznej Vivaldiego i się ciut odprężyć. Chyba przysnąłem, bo nagle telefon wyrwał mnie z odrętwienia, podszedłem do stolika z telefonem, wziąłem słuchawkę, kto tam?, rzuciłem w słuchawkę, schodź; jestem pod twoim domem, kto mówi?, jak to kto?, Pantera! Poczekaj chwileczkę powiedziałem, w słuchawkę telefonu; już spadam! Wyłączyłem wieżę, napisałem Halce karteczkę, że muszę nagle wyjechać i niech na mnie dzisiaj nie czeka - pogadamy, jak tylko wrócę, ona już się przyzwyczaiła do moich nagłych wyjść, wypadów, i wyjazdów - prawdopodobnie ...
Przywitałem się z Panterą po przyjacielsku, czyli; silnym uściskiem naszych mocnych dłoni; no to Pantera, gdzie teraz ruszamy rzuciłem pytanie z ciekawości; do Torunia, do Mistrza, on nas natychmiast wzywa, ok!
BMW mknęło pełnym gazem, ile fabryka mu dała, Pantera miał nieprzeciętne zdolności, jako kierowca, i miał wspaniale wyczucie chwili, po prostu rajdowiec z krwi i kości, dlatego był w bractwie kierowcą na usługach tylko i wyłącznie samego Mistrza, i od czasu do czasu moim. Teraz wiedziałem, dlaczego miał facet w sobie to coś, czego u innych się nie wyczuwa. Ponad godzina jazdy i Toruń przed naszym nosem się ukazał w całej swojej nocnej krasie, ogarnięty łuną świateł – lubię takie widoki, są one symbolem nocnego w miarę bezpiecznego życia. W półgodziny byliśmy koło rynku głównego przed wysokim świeżo pięknie odnowionym blokiem, na którym było widać płaskorzeźby i inne dekoracje odciśnięte w tynku całej fasady starego, jak samo miasto Toruń - budynku!
Przed blokiem czekała już na mnie Aurora; witaj piękna, rzuciłem w jej stronę, a ty coś taki romantyczny – noc milutka, noc; rzuciłem z uśmiechem, w jej kierunku. Walnęła mnie w plecy otwarta dłonią, gdy ją chciałem minąć, i rzekła - jak zawsze romantyk? Ano! Które piętro Auroro?, dowiesz się, a numer?, tylko ja go znam, idź za mną rzuciła mi krótko, stanowczo, i zwięźle, ok! Weszliśmy po schodach na konkretne piętro; Aurora zapukała tym swoim kodem; kropka – kreska - kropka - drzwi się rozwarły delikatnie, i weszliśmy z Aurorą do środka. Przywitała nas młoda dama z twarzą woalką przysłoniętą, tylko; głos, ruchy ciała, i dłonie mówiły o jej wieku, a której jeszcze nie znałem – tego byłem pewny, wyczuwałem w ludziach to, czego inni nie potrafili patrząc zauważać, to mam już od najmłodszych lat w sobie – bardzo dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy, połączony z bardzo silną intuicja.
Wpuściła nas do dużego salonu mrokiem osnutego, tylko mały kinkiet się palił na dużej ścianie bez obrazów. Pod oknem nasz Mistrz stał wpatrzony w światła ulicy. Gdy nas usłyszała odwróciła się do nas płynnym ruchem ciała, twarz swoją też miała woalką przysłoniętą, i cichym głosem, ale bardzo wyraźnym przywitała się z nami, i dodała stanowczym głosem; musicie to dostarczyć do Poznania. Podała Aurorze tubę i nazwę restauracji, gdzie miał na nas czekać jakiś łącznik, gdy wychodziliśmy powiedziała - pamiętajcie, do rana musi to być skrupulatnie załatwione, ja zaraz wyjeżdżam do Gdańska, tu się niebezpiecznie zrobiło. We mnie coś drgnęło, więc dodałem; może wpierw Mistrza odwieziemy do Gdańska, a później ruszymy na Poznań?, w żadnym wypadku! Wy róbcie swoje, mnie moja współpracownica zawiezie tam, gdzie mam dotrzeć na czas – rozumiem odrzekłem, idziemy rzuciłem w stronę Aurory; przepuściłem ją przodem, ja za nią ruszyłem! Drzwi, zamknęła ta niewiasta, która nas wpuściła do mieszkania. Wyszliśmy z bloku i skierowaliśmy sie do naszego samochodu, Pantera akurat dochodził do drzwi od strony kierowcy, już wszystko gra?, tak!
Wsiedliśmy do auta – dokąd?, teraz rzucił Pantera do nas; do Poznania szepnęła Aurora, ok! Ruszyliśmy powoli w stronę głównej ulicy, a jak już wyjechaliśmy poza miasto, Pantera znowu dodał gazu do dechy, samochód wyrwał, jak samolot przed wzniesieniem się w powietrze. Pantera zajedźmy do Kutna dobrze?, rzekła Aurora; wpadnę tylko na moment do znajomych, to jest bardzo ważne - dobrze. W Kutnie Aurora, tak jak powiedziała, na krótko wpadła do znajomych i po chwili samochód pędził dalej w stronę Poznania, jak oszalały od okładania jego boków ostrogami koń! W Kłodawie zauważyłem, i teraz byłem wręcz bardzo pewnym tego, że nam ciągle towarzyszy, ten sam samochód marki: Mercedes, koloru ciemnego, ale dokładnie na tą odległość mimo palących się miejscami latarń, nie mogłem rozpoznać, jaki on jest? Gdy przejechaliśmy Kłodawę - delikatnie krzyknąłem do Pantery, cholera Pantera, mamy ogon; widzę światła samochodu marki Mercedes, który już od Włocławka nam towarzyszy, a może i wcześniej!
Onuris, co proponujesz; spytał mnie Pantera, dodaj gazu i przed Koninem skręcisz w prawo, jak ci tylko dam znak, ok! A teraz gaz do dechy: BMW znowu zawyło, i skoczyło jak oszalałe do przodu, aż nas siła ciągu w siedzenia wgniotła, zwolnij Pantera; zaraz będzie lasek krzyknąłem, po około trzystu metrach skręć w tą leśną drogę! Znasz Onuris ten las?, znam; tu mam przyjaciela, w wojsku byliśmy razem – rozumiem, wyszeptał Pantera, Aurora z jakimś dziwnym uśmiechem tylko pas bezpieczeństwa bardziej podciągnęła. Zobaczyłem w ostatniej chwili prześwit między drzewami – uważaj, rzuciłem Panterze, skręcaj tu: Pantera wykonał zwinny ruch rękoma i byliśmy z piskiem opon, ale już na leśnej drodze, po około dwustu metrach zatrzymaliśmy auto. Słyszymy tamci też skręcili i po chili jazdy się zatrzymali, cholera Pantera szepcze mu cicho do ucha - mamy przekaźnik radiowy gdzieś podwieszony, jaki cudem?, stękną Pantera do mnie - chyba, jak po papierosy byłeś w knajpie artysto, to wówczas ci podwiesili – jasny gwint, zaklął Pantera pod nosem, to nas już od Torunia monitorują sukinsyny, chyba tak, dodałem. Wypadliśmy szybko z samochodu, Pantera swoim przyrządem do wykrywania takich cacek - jedzie po nadkolach, jest w końcu szepnął, pod bagażnikiem, co teraz?, daj mi to: Pantera podał mi malutkie pudełeczko z czujnikiem, wy jedźcie z dwieście, trzysta, metrów i poczekajcie na mnie, ja ich puszczę w maliny! Pantera z Aurorą odjechali, a ja z pudełeczkiem ruszyłem w boczną dróżkę, jak mogłem w takich warunkach biec tak szybko biegłem, gdy się już ciut zmachałem rzuciłem pudełeczko daleko do przodu, a sam ruszyłem na skróty przez las. Po dwudziestu minutach byłem za samochodem Pantery, który chwile później stanął. Dopadłem auta zgrzany, jak lis podczas nagonki, i co?, pyta mnie Aurora, mamy chwile spokoju, ale niedługo kapną się w czym rzecz stoi i zaczną nas szukać dalej, ale ta przewaga winna nam wystarczyć na przygotowanie im niespodzianki. Pantera jeszcze raz omiótł całe auto, by sprawdzić i upewnić się, że żadne cudo teraz nas już nie zaskoczy. Przekaźnik był tylko jeden, więc wpadamy do auta, i słyszymy że tamci też ruszają bardzo wolno, i to chyba w naszą stronę, pewnie mapę sprawdzali dranie, rzucił do mnie Pantera – chyba tak odrzekłem. Jednak po chwili usłyszeliśmy, że warkot motoru idzie gdzieś w bok, nabrali się szepnąłem do moich przyjaciół, i ruszyliśmy bardzo wolno - tak, by nie narobić hałasu, w stronę zabudowań mojego przyjaciela jeszcze z czasów wojska.
Dwa kilometry dalej od domu mojego kolegi zrobiliśmy zasadzkę na nich, to był pomysł mojego przyjaciela z wojska, z którym zawsze rozumieliśmy się, jak łyse konie bez słów, a którego po drodze zabraliśmy z jego rodzinnego domu. Tu gdzie nas przywiózł stała stara chata, prawie ruina; myśliwi ją czasami wykorzystywali, by sobie coś upitrasić będąc na polowaniu. Samochód zostawiliśmy w lesie; Aurora została z kolegi żoną w ich domu, niczego się nie domyślając. Przyjaciel przejął inicjatywę, bo znał dobrze teren, więc komenderował nami, jak dobry dowódca zwiadu, który dywersje czyni na terenie wroga. Pantera stawaj za drzwiami, uważaj tylko, bo tam jest wnęka, a później piwnica bez drzwi, ok! Ty brachu szepcze do mnie, ruszaj i się podwieś pod sufit pomiędzy belki - pamiętasz ten numer prawda?, jasne uśmiechnąłem się, ciemno jest, to im niezły numer wywiniemy klepnął mnie w plecy, i zniknął za otwartym a raczej zdewastowanym oknem. Po trzydziestu minutach wolno podjechał samochód na światłach, wysiadło dwóch gości chyba, bo tylko dwa głosy różne mnie dochodziły ze dworu. Nagle zaczęły sie zbliżać do drzwi, zobaczyłem smugę światła; kurka wodna, latarkę mają, niedobrze pomyślałem, ale pozycji nie zmieniam. Nagle drzwi się wolno otwierają, i widze wpierw smugę światła sunąca wolno po zmurszałej podłodze i ścianach, wszedł jeden za moment drugi się zakradł na palcach, jak lis do kurnika - wstrzymałem oddech i czekam, co będzie dalej, jak zaświeci na belki leżę, tj wiszę! Wtem pod oknem coś nagle chrząknęło, jak dzika świnia, i to kilka razy; facet pierwszy podskoczył, aż mnie śmiech zebrał, ale nie parsknąłem na szczęście, bo bym chyba równocześnie spadł. Gdy podeszli do okna całkiem blisko, świecąc w nie; skoczyłem na pierwszego od okna, waląc go z całej siły, w skroń - drugim, zajął się w mgnieniu oka Pantera, walki prawi nie było, strach ich tak usztywnił, że związaliśmy ich, jak byczki na rodeo - gasząc jednocześnie latarkę, by naszych twarzy nie widzieli. Przyjaciel mój wszedł, jak im starymi kocami głowy kończyliśmy obwiązywać, spojrzał na mnie i na migi mi pokazał, że teraz on się resztą zajmie; pomogliśmy mu tylko ich do bagażnika wcisnąć, ich własnego granatowego Mercedesa.
Wróciliśmy do domu przyjaciela, jego żona nam jedzonko przygotowała wraz z Aurorą, te dwie kobiety gadały ze sobą, jakby się od lat już znały, co mi na moich ustach pozwoliło uśmiechowi wykwitnąć. Za jak długo Tadeusz wróci?, zwróciła się do mnie Ania, mówił że nie za długo mu to zejdzie odparłem, więcej już mnie Ania o nic nie pytała. Po dwóch godzinach wrócił Tadeusz uśmiechnięty; wszystko gra?, spytałem go, a jak myślisz odparł – uśmiech mu tylko posłałem. Posiedzieliśmy jeszcze troszkę z rodziną Tadeusza, wspominając to i owo, w końcu ruszyliśmy dalej, bo czas nas naglił ...
W Poznaniu byliśmy przez to zajście dość późno, myśleliśmy że zawaliliśmy całą sprawę, ale łącznik na nas czekał cierpliwie, i to z niespodzianką. Do restauracji podeszliśmy z Panterą nastawieni na wsypę, restauracja była już zamknięta, zapukałem mocno w szybę od drzwi - nic! Jeszcze raz walnąłem, tylko że dużo mocniej, w końcu ukazała się czyjaś głowa, kto tam?, spytał nerwowo nas widząc przed drzwiami, byliśmy tu umówieni, kobieta miała być odrzekł coraz bardziej zdenerwowany facet w restauracji, co widziałem po jego drżących rękach. Mrugnąłem do Pantery, ten chrząkną że mnie dobrze zrozumiał, więc odwróciłem się w stronę samochodu i ruchem ręki dałem Aurorze znać, by podeszła do nas, facet ją zobaczył, uśmiechnął się, i wpuścił Aurorę i mnie do środka, Pantera wrócił sam do samochodu.
Aurora, szepnąłem do niej; załatwiaj sprawę, a ja do kibelka lecę, facet wskazał mi którędy droga tam prowadzi i coś powiedział do tyłu. W kibelku coś mnie jednak wewnętrznie dręczyło, byłem jakiś dziwnie podekscytowany, tylko czym się zastanawiam, ten facet chyba w coś z nami gra? Załatwiłem szybko swoją potrzebę, i nagle mnie olśniło, to zasadzka, wypadłem jak burza z kibelka, i u Aurory na szyi zobaczyłem błyszczący nóż, facet trzyma ją z tyłu za włosy i pyta gdzie ma tubę?, mnie nie zauważył jak wypadłem z kibelka, bo stał do mnie tyłem; tępy baran! W kilku moich bardzo szybkich ruchach, było już po facecie, nóż wypadł mu z ręki i spadł wbijając się czubkiem w parkiet, on runął obok niego z jękiem, jak kłoda z tartacznego traka! Aurora siadła blada, jak ściana wapnem świeżo pobielona, spojrzałem w kierunku drzwi, skąd wyszedł ten co nas wpuścił, zobaczył mnie całego, więc chciał się szybko cofnąć, ale nie zdążył; dostał ode mnie rzuconą popielniczką miedzy czoło i nos - zakrwawiony siadł na tyłku, jakby ktoś nagle go kosą ściął. Podszedłem do niego wziąłem go za kołnierz, podniosłem do góry, i pytam, który z was to łącznik?, ja! Odpowiada mi to, więc ty pójdziesz z nami; Aurora, doszłaś już do siebie?, tak, więc idziemy stąd, bo diabli wiedzą, kto tu się jeszcze na nas przyczaił. Spytaj jego, rzuciła drżącym głosem w moim kierunku, wiesz coś na ten temat?, jak słowo daję – nie! Odrzekł szybko nasz barman, tylko ten warchoł mnie naszedł i pobił, a skąd wiedział, że my tu będziemy, i to akurat dzisiaj?, nie wiem! Co z tamtym?, spytała Aurora wskazując mi swoją głową poprzedniego drania - dwie godziny co najmniej sobie pośpi, nadrobi to, co może stracił czekając na nas, zaśmiałem się mimowolnie, i u Aurory również zauważyłem mimowolny uśmiech na jej bladych jeszcze ustach!
Pantera przy samochodzie już, założył gościowi kajdanki i pojechaliśmy pod umówiony numer domu, który tylko przewodnik znał, tu nikogo nie zastaliśmy. Aurora pytam ją po odsunięciu się na ubocze, tak by ten zdrajca nas nie słyszał - masz kontakt alarmowy?, tak, ok! Wróciłem do auta z Aurorą, rozkuj go Pantera – puść go, i niech spieprza stąd póki jeszcze mam dobry humor. Odjechaliśmy troszkę dalej i zaparkowaliśmy na jakimś parkingu, Aurora wyciągnęła komórkę; chwilkę dosłownie z kimś zamieniła parę słów, wyszła z samochodu, wrzuciła komórkę do śmietnika, tuż obok ławki, nagle coś rozbłysło, zadymiło, i po komórce było.
Jedziemy do Gniezna, Pantera ruszył powoli, ale już za Poznaniem pełny gaz, i tak jechaliśmy, jak straceńcy wymęczeni nieprzewidzianymi przygodami. W Gnieźnie Aurora sama wyszła do parku, a ja z boku ją obstawiałem, w parku było cicho i spokojnie, po chwili wróciła bez tuby, i co?, wszystko cacy spytał nas Pantera, nikogo nie widziałaś Auroro?, spytałem ją delikatnie, bo ja nikogo nie zauważyłem, więc chyba wszystko się udało odrzekła spokojnie! Tak! Miejmy nadzieję, że na dzisiaj koniec tego bałaganu w umyśle – wracamy do domu rzuciłem do Pantery i Aurory, jasne wyszeptała zmęczonym głosem Aurora. W drodze do domu spała cały czas na moim ramieniu snem przerywanym koszmarami, bo coraz to miała grymas na twarzy, i pojękiwała; budziła się nagle, i znowu usypiała, aż mi jej żal było!
Inne tematy w dziale Kultura