Podobno dziś o 11.00 premier ma obwieścić nam, czy kandyduje na prezydenta, czy tez nie. Wreszcie ma skrócić sobie i nam męki oczekiwania. Może to zrobi, a może nie - może tylko zapowie, kiedy zapowie, że zapowie. Ale może naprawdę ogłosi tę wiekopomną decyzję.
Czego się jednak można czepić? Nie tego, że zwleka, czy że wystartuje lub nie - to jego prawo. Ale tego, że chce to ogłosić dziś prawdopodobnie tylko dlatego, że właśnie zeznaje przed komisja hazardową jego koleżka - Drzewiecki. I to, co może on powiedzieć, albo - bardziej precyzyjnie - co mogą z niego wycisnąć Arłukowicz, Kempa i Wassermann (bo co do reszty to chyba mamy jasność, że będą raczej zamulać), jest tak ważne, że należy to pokryć deklaracją Donalda Tuska. To naprawdę pełne "żenua", żeby urzędujący premier ogłaszał zamiar kandydowania bądź niekandydowania na urząd prezydenta tylko dlatego, żeby w wieczornych wiadomościach na pierwszym miejscu nie znalazły się informacje o przekrętach jego kumpla i, być może, nielegalnego przecieku, którego sam dokonał. Takich mamy premierów, takich mamy ministrów. Taką przebodli nas Ojczyzną.
Jeśli naprawdę Donald Tusk ogłosi dziś swoja wolę, to niech każdy z nas pamięta, ze ta ważna decyzja była jedynie przykrywką dla krętactw "białego nosa", jak Drzewieckiego nazywają Mazurek i Zalewski. To byłoby nawet symboliczne. Warto byłoby mieć to w pamięci w dniu wyborów prezydenckich.


Komentarze
Pokaż komentarze (87)