Pamiętacie Państwo jeden z odcinków "40-latka" pod tytułem "Sprawa Małkiewicza" - nikt nie wiedział, o co z tym Malkiewiczem chodziło, ale jednocześnie powszechnie uważano, że kwestia jest ważna i bardzo ryzykowna.
Obecnie mamy do czynienia ze "sprawą Dowgielewicza" - podobno ma on zostać jednym z zastępców Lady Ashton. Ma to być rekompensata za rezygnację z kryterium geograficznego i ludnościowego, do której to rezygnacji przyznał się minister Sokorski. Na 140 ambasad mamy dostać....jedną! No i kilkadziesiąt miejsc w korpusie Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych. Pomysł awansu Mikołaja Dowgielewicza zachwala sam Donald Tusk: "Powiem otwarcie, że gdyby okazało się, że trzeba wykorzystać autorytet - a on jest naprawdę duży - Mikołaja Dowgielewicza, bo dzięki temu uzyskamy jakiś duży sukces, to bym się nie wahał ani chwili."
Niestety, sprawa jest naprawdę niepokojąca, ale i symptomatyczna - za eksponowane stanowisko dla współpracownika premiera, oddajemy realne interesy. Bo kwestią naszych interesów narodowych jest odpowiednia dla naszego potencjału demograficznego reprezentacja w unijnej dyplomacji - musimy tam być należycie umocnieni, bo tylko w ten sposób możemy pilnować naszych spraw. Jedno eksponowane stanowisko dla naszego rodaka, ale bez zapewnienia mu oparcia w strukturach, będzie tylko imitacją prowadzenia skutecznie naszych polskich spraw w ramach UE.
To odpowiedź na pytanie, dlaczego sprawa jest niepokojąca. A odpowiedź na pytanie dlaczego jest symptomatyczna brzmi następująco - to nie pierwszy przypadek, gdy wybór Polaka na wysokie stanowisko w unijnej strukturze zastępuje w opinii Tuska konieczność prowadzenia twardej i realnej polityki. Wystarczy dać nam jakiś urząd, poklepać po ramieniu, odznaczyć jakimś orderem - i już jesteśmy zachwyceni, już uważamy, że się z nami liczą w Europie i na świecie, a Janina Paradowska i Tomasz Wołek mają powód do wychwalania rządu za "wprowadzenie nas do pierwszej ligi polityki europejskiej". Wystarczą dwa pochlebne artykuły w prasie zagranicznej, jedna wizyta zachodniego oficjela, jeden doktorat honoris causa dla polskiego polityka, a już klaszczemy w dłonie i dumni jesteśmy ze wzrastającej roli naszego państwa na arenie międzynarodowej. Jak murzynek Bambo cieszymy się perkalikami i świecidełkami. A politycy Zachodu wykorzystują te naszą słabość do ogrywania nas w sprawach naprawdę istotnych. Niestety przy udziale naszego rządu i, trzeba to ze smutkiem przyznać, przy aprobacie większości Polaków.
No i kwestia już zupełnie marginalna, ale zastanawiająca: czy prawdą jest, że minister Dowgielewicz jest wciąż pracownikiem Komisji Europejskiej, a na czas pełnienia swojej służby w polskim rządzie wziął jedynie urlop bezpłatny? Bo jeśli tak, to zasadnym wydaje się pytanie o to, wobec kogo był przez ostatnie dwa lata bardziej lojalny - wobec swojego stałego pracodawcy (UE), czy wobec swojego tymczasowego pracodawcy (RP)? Bo chyba juz nawet dla osób zupełnie naiwnych jasnym jest, że nie zawsze interesy Unii i Polski są tożsame...


Komentarze
Pokaż komentarze (67)