Tak dziwnego wywiadu Donalda Tuska, jak w ostatniej „Polityce”, nie widziałem już dawno, dlatego na początek przydługi cytat:
„Pamiętam rozmowę z Jackiem Kuroniem, późno w nocy, gdzieś o czwartej nad ranem, kiedy on był już bardzo chory, ale intelektualnie potrafił się znakomicie trzymać. Ideologicznie i politycznie byliśmy często daleko od siebie, ale rozmowy z nim były arcyciekawe. Powiedział, że pozorem odwagi jest płynąć cały czas pod prąd. Płynięcie pod prąd – szczególnie gdy ponosi się za coś odpowiedzialność – bywa z reguły demonstracją głupoty, a nie niezłomności. Gdy płynie się uporczywie wbrew okolicznościom, często człowiek myśli, że coś zmienia, w rzeczywistości zaś stoi w miejscu, a na końcu pada ze zmęczenia. (…)
Janina Paradowska: Krytycy powiedzą: czeka pan już trzy lata, aby coś zrobić.
DT: Czekałem o wiele dłużej. Osiem lat potrafiłem czekać, nim zdecydowałem się na wyjście z UW,czyli nabrałem siły i umiałem dobrze odczytać okoliczności. Uważam, że w polityce tylko głupiec może utożsamiać zdolność odczytywania sprzyjających okoliczności z konformizmem czy oportunizmem. Trudno, przyzwyczaiłem się już do słuchania o trzech zmarnowanych latach, o jałowym czasie, ale ponieważ ma drugie ucho i słyszę inne słowa, więc nie poddaję się ponurym nastrojom. Mam też kilka punktów odniesienia, na przykład, jak postrzegana jest Polska za granicą. Czasami jestem aż zaskoczony jak wysoko dziś stoi nasza reputacja. (…) Jeśli więc słyszę, że Platforma trzyma się tylko dzięki temu, że istnieje PiS, to pytam, na czym polega istota polityki? Na tym, że wybieram jednych, by inni nie rządzili. „
Nie będę się znęcał nad „staniem reputacji”, nie będę oceniał rzemiosła red. Paradowskiej, która uznaje, że jedynie „krytycy” mogą powiedzieć, że premier miał trzy lata na to, by coś zrobić. Nie, raczej skorzystam z okazji, że Donald Tusk wiedział, ze rozmawia z osobą mu przyjazną i zdobył się na chwilę szczerości. I pokazał się w całej krasie.
Po pierwsze, cynicznie wykorzystał nieżyjącego Jacka Kuronia do usprawiedliwienia swoich gnuśnych rządów. Zrobił z niego patrona status quo, konformizmu i płynięcia z prądem. Zaiste, trzeba niebywałej odwagi, by akurat na ikonę tych wartości mianować osobę, która za swoje poglądy, niezgodę na rzeczywistość i nonkonformizm spędziła wiele lat w więzieniach PRL. Tupeciarstwo najwyższej próby, muszę przyznać. Czekać teraz należy, że na patrona stosunku premiera do Mira i Zbycha mianowany będzie ś. p. Michał Falzmann, który też zapewne zwierzał się Tuskami nocami, że zbytnia kontrola państwa nad łapówkarzami i aferzystami niszczy opinię naszego państwa w oczach poważnych inwestorów zagranicznych.
Bo też drugim fragmentem owego wywiadu, na który chciałbym Państwu zwrócić uwagę, jest ten traktujący o tym, że może i on nic nie zrobił, ale za to Polska postrzegana jest teraz lepiej, niż za poprzednich rządów. Ileż można wysłuchiwać tego typu bredni? Jak często będzie się stosować ten argument? Ile razy można tłumaczyć, że w polityce nie jest ważna opinia innych o nas, ale nasze interesy i ich skuteczna realizacja. Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy zupełnie się nie przejmują tym, co też o nich myślą nad Wisłą i Odrą, ale dla premiera naszego kraju najważniejszą sprawą od trzech lat jest to, co o nas myśli się nad Tamizą, Sekwaną czy Sprewą. Dziwne, ale to wciąż działa na część platformerskiego elektoratu.
Po trzecie, okazuje się, że Tusk czekał osiem lat na wyjście z UW. To na pewno informacja ważna dla politologów, ale przede wszystkim dla byłych polityków tej partii. Okazuje się bowiem, że obecny premier od samego początku miał zamiar opuścić szeregi tej zacnej i szlachetnej formacji. Co za wstyd! Co na to autorytety? Gdzie komentatorzy z GW, TP i Polityki? Czy zaatakują Tuska za to, że zakradł się do owczarni i podle wykorzystywał naturalną dobroć unitów? Na marginesie warto jedynie zauważyć, że Tusk to prawdziwy Konrad Wallenrod – od samego początku planował odejść z UW, ale jeszcze w grudniu 2000 roku ubiegał się o szefostwo tej partii. Co za przebiegłość! Jaki machiawelizm! Aha – i jeszcze jedna uwaga na marginesie: UW powstała w kwietniu 1994 roku, Donald Tusk opuścił tę partię w styczniu 2001 roku, czyli, jeśli – jak twierdzi – osiem lat czekał na to, by ją opuścić, to znaczy, że musiał nad tym deliberować już na przełomie 1992 i 1993 roku ( czyli kilkanaście miesięcy przed powstaniem UW!). Metternicha mamy za premiera!!!
Po czwarte, po tym, co napisałem przed chwilą nie muszę chyba dodawać, że mamy do czynienia z umysłem wybitnym, ponadczasowym, rodzącym się raz na sto, dwieście lat. Dlatego warto również wsłuchać się nie tylko w to, co mówi o bieżącej polityce, nie tylko obserwować jak radzi sobie z realnym sprawowaniem władzy. Warto także pochylić się i nad tym, co ów mąż sądzi o polityce jako takiej. I tego dostarcza ostatni fragment zaprezentowanego cytatu. Tusk rzecze, iż istotą polityki, jest to, że (uwaga!!!) wybiera się jednych, by (uwaga!!) nie wygrali inni. Niech w diabły idą Arystotelesy, Hobbesy, Schmitty! Wiwat polski premier! Wiwat nowy mistrz! Wiwat Polska, że ma takiego człowieka! Szczęśliwym narodem jesteśmy, że ktoś taki godzi się w swoim geniuszu poświęcać swój cenny czas, w którym mógłby pisać traktaty polityczne i metapolityczne, na zniżanie się do naszej nędznej egzystencji. Jesteśmy jednak mesjaszem narodów! Wielkie niech będą Losowi za to dzięki.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)