Już jako komentator polityczny zauważałem nieznośną manierę polskiego komentatorstwa politycznego polegającą na tym, że coś czy kogoś ocenia się ze wszystkich punktów widzenie, lecz nie z punktu widzenia skuteczności politycznej. Polityk „X” jest rozliczany z tego, czy mówi ładnie czy wulgarnie, czy jest irytujący czy nie, czy zachowuje się z honorem czy zdradza na każdym kroku. Stosuje się wobec niego kryteria estetyczne, psychologiczne a nawet etyczne – pomijając jednak kryterium polityczne. Czy dobrze, żeby jakiś polityk był dobrze wychowany, grzeczny, ładne ubrany i zachowywał się zgodnie z dziesięciorgiem przykazań? No jasne, że dobrze, ale ma to mało wspólnego z tym, czy jest dobrym czy złym politykiem.
Jednak w polskiej debacie publicznej rzadko można spotkać publicystykę i komentarze stosujące do oceniania polityków właśnie kryterium analizy politycznej. Nie pyta się o przyczyny jakichś działań, o ich skutki i przebieg. Wciąż wprowadza się do dyskusji kryteria pozapolityczne, czy też obokpolityczne. Zabawy jest przy tym co niemiara, bowiem ocenić czyjś język, maniery czy moralność można z czapy. Ocenić natomiast kalkulacje, skuteczność, konsekwencje, zakulisowe działania, przeprowadzone procesy i wreszcie efekty – o, to już wyższa szkoła jazdy, nie każdemu dostępna.
Z tego powodu miałem po roku 2005 łatkę „pisologa” – bo nie zajmowałem się tym, czy Jarosław Kaczyński jest sympatyczny, czy ma czyste buty i czy kłamie, ale oceniałem jego skuteczność w zdobywaniu władzy, tworzeniu koalicji czy wprowadzaniu rudymentów programu. Większość moich kolegów po fachu biadoliła w tamtym czasie nad brutalizacją języka i chamstwem Leppera. Dzisiaj z jeszcze większa mocą widzę, jak pozapolityczny jest język polskiego komentatorstwa (jak jest pełen emocji, zbędnych ozdobników i irrelewantnych uwag).
Przecież od tych, których zadaniem jest oceniać polityków, należy wymagać oceny nas polityków jako polityków właśnie, a nie jako ludzi. Ostatni przykład – Waldemar Pawlak na balu w Wiedniu. Ileż to jest uśmieszków i krytycznych komentarzy, że szef ludowców był na jednej imprezie z Rubby, że nie tańczył itp. A przecież Pawlak to najcięższa liga polskiej polityki – od lat utrzymuje swoją partię w sejmie, zapewnia jej udział we władzy także na poziomie sejmików wojewódzkich, nie pozwala się spacyfikować ani PiS, ani PO. Ale to nie jest sexy i trendy – to jakieś politologiczne nudziarstwa. Więc lepiej podjąć temat balu w operze.
Piszę to nie po to, żeby bronić szefa partii współtworzącej rząd, wobec którego jestem w opozycji, ale po to, by pokazać, jak dygresyjne jest polskie komentatorstwo polityczne. Gdyby było poważne, to nigdy Palikot nie stanowiłby dla niego pożywki (polityk nieważki, przegrywający wszystkie swoje bitwy – od konfliktu z Joanną Muchą, przez Grzegorza Schetynę, po obecną walkę o wejście do Sejmu). Podobnie byłoby z Niesiołowskim (nie przeprowadził żadnej ustawy, nic nie wygrał, jest plujką), Kutzem, czy Hofmanem.
A opis PJN? No właśnie – komentuje się nas przez pryzmat tego, czy ktoś kogoś mniej czy bardziej lubi, czy zdradziliśmy czy zostaliśmy zdradzeni, czy jesteśmy fajni i skromni czy raczej wkurzający. Mało kto sobie zadaje pytania jak bardzo może się nam udać przeorać polską scenę polityczną, co będzie oznaczać nasze wejście so Sejmu i udział w rządzie, jakie to pociągnie ze sobą konsekwencje dla państwa i dla systemu partyjnego. Można i należy zadawać sobie pytania o to, czy nam się uda, ale warto też widzieć w tym procesie naszego boju o dokopanie PiS i PO coś więcej, niż kolejny odcinek polskiego melodramatu o tym, że ktoś kogoś lubi, a ktoś kimś pogardza. To mało ważne. Ważne jest to, co się obecnie dzieje w polskim społeczeństwie i jak na to „dzianie się” wpływa obecność PJN jako alternatywy dla PO i PiS. Gołym okiem widać, że ziemia się trzęsie, że za chwilę nastąpi erupcja politycznych wulkanów, że jesteśmy w przededniu największych od dekady ruchów tektonicznych. Jako politolog chętnie bym to opisał, ale nie mogę, bo sam podgrzewam, w ramach swoich ograniczonych możliwości, temperaturę pod skorupą. Ale najbardziej mnie bawi, jak sejsmolodzy zapewniają okoliczną ludność, że czeka ich najspokojniejszy rok w historii ich miasteczka, podczas gdy lawa zaczyna się już wylewać. Aż mnie korci zobaczyć, kto pierwszy zobaczy, co naprawdę się dzieje. Kataryna jedynie czuje, za co i tak jej chwała, że ziemia się trzęsie, ale nie za bardzo wie, w którym miejscu wybuchnie spod ziemi gorąca lawa.
A komentatorzy? Debatują o kolorach pelargonii w domach na kraterze.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)