Marek Migalski Marek Migalski
1711
BLOG

Obserwatorzy pelargonii w domach na kraterze

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 49

 

Już jako komentator polityczny zauważałem nieznośną manierę polskiego komentatorstwa politycznego polegającą na tym, że coś czy kogoś ocenia się ze wszystkich punktów widzenie, lecz nie z punktu widzenia skuteczności politycznej. Polityk „X” jest rozliczany z tego, czy mówi ładnie czy wulgarnie, czy jest irytujący czy nie, czy zachowuje się z honorem czy zdradza na każdym kroku. Stosuje się wobec niego kryteria estetyczne, psychologiczne a nawet etyczne  – pomijając jednak  kryterium polityczne. Czy dobrze, żeby jakiś polityk był dobrze wychowany, grzeczny, ładne ubrany i zachowywał się zgodnie z dziesięciorgiem przykazań? No jasne, że dobrze, ale ma to mało wspólnego z tym, czy jest dobrym czy złym politykiem.
Jednak w polskiej debacie publicznej rzadko można spotkać publicystykę i komentarze stosujące do oceniania polityków właśnie kryterium analizy politycznej. Nie pyta się o przyczyny jakichś działań, o ich skutki i przebieg. Wciąż wprowadza się do dyskusji kryteria pozapolityczne, czy też obokpolityczne. Zabawy jest przy tym co niemiara, bowiem ocenić czyjś język, maniery czy moralność można z czapy. Ocenić natomiast kalkulacje, skuteczność, konsekwencje, zakulisowe działania, przeprowadzone procesy i wreszcie efekty – o, to już wyższa szkoła jazdy, nie każdemu dostępna.
Z tego powodu miałem po roku 2005 łatkę „pisologa” – bo nie zajmowałem się tym, czy Jarosław Kaczyński jest sympatyczny, czy ma czyste buty i czy kłamie, ale oceniałem jego skuteczność w zdobywaniu władzy, tworzeniu koalicji czy wprowadzaniu rudymentów programu. Większość moich kolegów po fachu biadoliła w tamtym czasie nad brutalizacją języka i chamstwem Leppera. Dzisiaj z jeszcze większa mocą widzę, jak pozapolityczny jest język polskiego komentatorstwa (jak jest pełen emocji, zbędnych ozdobników i irrelewantnych uwag).
Przecież od tych, których zadaniem jest oceniać polityków, należy wymagać oceny nas polityków jako polityków właśnie, a nie jako ludzi. Ostatni przykład – Waldemar Pawlak na balu w Wiedniu. Ileż to jest uśmieszków i krytycznych komentarzy, że szef ludowców był na jednej imprezie z Rubby, że nie tańczył itp. A przecież Pawlak to najcięższa liga polskiej polityki – od lat utrzymuje swoją partię w sejmie, zapewnia jej udział we władzy także na poziomie sejmików wojewódzkich, nie pozwala się spacyfikować ani PiS, ani PO. Ale to nie jest sexy i trendy – to jakieś politologiczne nudziarstwa. Więc lepiej podjąć temat balu w operze.
Piszę to nie po to, żeby bronić szefa partii współtworzącej rząd, wobec którego jestem w opozycji, ale po to, by pokazać, jak dygresyjne jest polskie komentatorstwo polityczne.  Gdyby było poważne, to nigdy Palikot nie stanowiłby dla niego pożywki (polityk nieważki, przegrywający wszystkie swoje bitwy – od konfliktu z Joanną Muchą, przez Grzegorza Schetynę, po obecną walkę o wejście do Sejmu). Podobnie byłoby z Niesiołowskim (nie przeprowadził żadnej ustawy, nic nie wygrał, jest plujką), Kutzem, czy Hofmanem.  
A opis PJN? No właśnie – komentuje się nas przez pryzmat tego, czy ktoś kogoś mniej czy bardziej lubi, czy zdradziliśmy czy zostaliśmy zdradzeni, czy jesteśmy fajni i skromni czy raczej wkurzający. Mało kto sobie zadaje pytania jak bardzo może się nam udać przeorać polską scenę polityczną, co będzie oznaczać nasze wejście so Sejmu i udział w rządzie, jakie to pociągnie ze sobą konsekwencje dla państwa i dla systemu partyjnego. Można i należy zadawać sobie pytania o to, czy nam się uda, ale warto też widzieć w tym procesie naszego boju o dokopanie PiS i PO coś więcej, niż kolejny odcinek polskiego melodramatu o tym, że ktoś kogoś lubi, a ktoś kimś pogardza. To mało ważne. Ważne jest to, co się obecnie dzieje w polskim społeczeństwie i jak na to „dzianie się” wpływa obecność PJN jako alternatywy dla PO i PiS. Gołym okiem widać, że ziemia się trzęsie, że za chwilę nastąpi erupcja politycznych wulkanów, że jesteśmy w przededniu największych od dekady ruchów tektonicznych. Jako politolog chętnie bym to opisał, ale nie mogę, bo sam podgrzewam, w ramach swoich ograniczonych możliwości, temperaturę pod skorupą. Ale najbardziej mnie bawi, jak sejsmolodzy zapewniają okoliczną ludność, że czeka ich najspokojniejszy rok w historii ich miasteczka, podczas gdy lawa zaczyna się już wylewać. Aż mnie korci zobaczyć, kto pierwszy zobaczy, co naprawdę się dzieje. Kataryna jedynie czuje, za co i tak jej chwała, że ziemia się trzęsie, ale nie za bardzo wie, w którym miejscu wybuchnie spod ziemi gorąca lawa.
A komentatorzy? Debatują o kolorach pelargonii w domach na kraterze.  

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (49)

Inne tematy w dziale Polityka