Marek Migalski Marek Migalski
3256
BLOG

Wojna czy pokój

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 43

 

Z jednej strony rację mają ci, którzy twierdzą, że układ się domknął i PO oraz PSL mają spokojne cztery lata na domknięcie układu. Na posprzątanie w mediach, na eliminację opozycji, na dobicie lewicy i marginalizację PiS. Że rozbiją klub Palikota i wyciągną z niego kilkunastu posłów, a samego Palikota zniszczą śledztwami prokuratorskimi. Też tak po części uważam i też mam poczucie, że - traktując to czysto politologicznie - czekają nas cztery lata dominacji "systemu Tuska".
Ale zamiast tego pokoju, może być bardzo ciężka wojna, bo możliwy jest zupełnie inny scenariusz - zgoła nie politologiczny, ale polityczny. Od wczoraj bowiem widać, że premier wydał wyrok śmierci na Grzegorza Schetynę. Oddanie funkcji marszałka Sejmu wiernej sobie Ewie Kopacz i wciągnięcie Schetyny do rządu, czyli jako swojego podwładnego, jest w istocie początkiem anihilacji tego drugiego polityka, jako samodzielnego gracza. Teraz Tusk  pozbawia go stanowiska, a potem odrze go z godności i odbierze ludzi w Platformie. Wszyscy bowiem, którzy darzyli szacunkiem "Grzegorza Zniszczę Cię", zaczną go postrzegać jako upokarzanego ministra (na przykład infrastruktury). I to będzie jego koniec.
Wie o tym dotychczasowy marszałek i prawdopodobnie analizuje obecnie, czy może uniknąć losu Olechowskiego, Piskorskiego, Gilowskiej czy Rokity. Jeśli dzisiaj pokornie zgodzi się na dyktat Tuska, oznaczać to będzie jego powolny koniec jako polityka podmiotowego. Jeśli nie podejmie walki, skończy jak jego poprzednicy aspirujący do przewodzenia w PO.
Ale Schetyna ma kilka atutów, których nie mieli jego poprzednicy, którzy poślizgnęli się na skórce od banana i słuch w partii o nich zaginął. Ma poparcie w aparacie, ma wierne sobie struktury, ma oparcie w prezydencie. To wszystko czyni go przeciwnikiem o wiele groźniejszym dla premiera, niż Olechowski z Piskorskim razem wzięci. Jeśli zdecyduje się dziś na walkę, jest w stanie stworzyć własne ugrupowanie i pozostać w polskiej polityce na lata, jako szef relewantnej formacji politycznej.
Jak miałby to zrobić? W najbliższym czasie musiałby doprowadzić do secesji w klubie PO i założyć własny klub. Wystarczy mu 25-30 posłów (choć możliwości Schetyny są o wiele większe). Bez tych kilkudziesięciu posłów złożenie nowego rządu będzie prawie niemożliwe - Tusk musiałby się otworzyć na Palikota lub na Napieralskiego, co wywołałoby kolejne odejścia z klubu PO. A jeśli nie chciałby robić koalicji z SLD lub z Ruchem Palikota, musiałby podjąć rozmowy z nowym klubem. I dać mu kilka ministerstw, kilka urzędów wojewódzkich, kilka agencji rządowych. I przede wszystkim musiałby dać owemu nowemu podmiotowi czas na budowanie swojej marki.
Chyba, że Tusk zagrałby va banque - i rozpisałby nowe wybory. Ale to hazard, to niepewność, to szansa dla Schetyny na to, że nie tylko wprowadzi do Sejmu owych 30 posłów, ale że dodatkowo zdobędzie dotację państwową na prowadzenie politycznej działalności i jeszcze bardziej wzmocni swoją pozycję.
Tak czy inaczej, Schetyna zyskiwałby jako lider nowej formacji (reprezentowanej w Sejmie i liczącej się w grach politycznych). I najważniejsze - wyprzedziłby wieści o swojej śmierci. Wydaje się, że Tusk popełnił błąd idąc na totalną konfrontację z marszałkiem - wygrał wojnę (wybory) i przegra pokój (formowanie nowego rządu). Od dawna w polskiej polityce tak wiele nie zależało od Grzegorza Schetyny - ma szansę powalczyć o swoją podmiotowość w polityce i stanąć na czele nowego ruchu politycznego (i tym samym przejść do historii nie jako budowniczy dróg powiatowych, ale jako lider ważnej formacji). Albo czekać aż premier zawiąże mu pętlę na szyi i kopnie w stołek.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (43)

Inne tematy w dziale Polityka