Mają rację ci, którzy zauważają, że Polacy mają przedziwny stosunek do Euro 2012 - jakby miał się dokonać nowy chrzest Polski, jakby Krzyżacy naciągali pod Grunwald, jakby Sowieci ruszali o świcie ku naszym granicom. Fakt, na Zachodzie tego typu impreza po prostu się dokonuje - i nie ma specjalnych konsekwencji politycznych czy społecznych. Ot, parę straconych milionów, problem z wykorzystaniem stadionów, jakieś kłopoty lub radości z nowopowstałych budynków. Ale u nas jest inaczej - u nas to temat poważnej debaty politycznej, z zaangażowaniem wszystkich sił politycznych, premiera, prezydenta, ministrów i europosłów.
Po części jest to spowodowane nasza mentalnością, której rysem charakterystycznym jest uzależnienie od opinii innych. Najważniejsze dla nas jest to, jak nas ocenią nasi partnerzy (zwłaszcza -co jasne - zachodni), co o nas powiedzą, co pomyślą. Jesteśmy jak ów nieszczęsny mąż, który przyłapawszy swą żonę na niewierności, martwi się tylko, co o nim sobie pomyśli jej kochanek, bo bieliznę miała niemodną i meble w sypialni były stare.
Ale jest też i powód inny naszego rozedrgania - to polityka. To ona wdarła się w naszą debatę i w nasze emocje. Może i bez niej bylibyśmy teraz wciąż niezdrowo podnieceni tym, co sobie o nas zachodni kibole pomyślą (jakby były jakieś dowody, że oni w ogóle myślą), ale zawirowania wokół bojkotu ukraińskiej części mistrzostw, niestety, podkręciły atmosferę. Przy tej okazji skompromitowali się prawie wszyscy - PO nie potrafiąc utrzymać dyscypliny w swoich szeregach i biernie patrząc na to, co wyprawiają jej ludzie w Brukseli; PiS żądając - w pierwszym oświadczeniu Prezesa - przeniesienia ukraińskich meczów do innego kraju UE; ziobryści - robiąc z siebie wariatów na oczach zdumionych europosłów podczas wczorajszej sesji.
A ja mam bardzo złe przeczucie - że w czasie Euro stanie się coś złego. Jakaś katastrofa kolejowa, jakaś poważna kraksa na niedokończonej autostradzie, jakieś inne nieszczęście. I że to - oby się tak nie stało - poważnie wpłynie na polską politykę. Boję się, że ten nasz typowo polski rozgardiasz źle się skończy i poważnie wpłynie na sytuację polityczną w kraju. Jako polityk opozycji może i powinienem się cieszyć na taką perspektywę osłabienia obozu rządzącego, ale nie potrafię uprawiać polityki w stylu "im gorzej, tym lepiej". Dlatego będę trzymał kciuki za naszych braci Ukraińców, będę także trzymał kciuki za to, żeby i u nas wszystko wyszło jak najlepiej. Co mieliśmy nabroić, już nabroiliśmy - zawaliliśmy z budową infrastruktury, wypięliśmy się na naszych partnerów, wydurniliśmy się w Parlamencie Europejskim. I chwatit, i już wystarczy. Niech reszta pójdzie lepiej, niż na to zasługujemy. W końcu, nie tylko w sporcie obowiązuje zasada, że szczęście sprzyja lepszym.


Komentarze
Pokaż komentarze (40)