Marek Migalski Marek Migalski
954
BLOG

Arłukowicz, czyli o przeskakiwaniu ze statku na statek.

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 26

Gdyby Bartosz Arłukowicz nie poszedł na służbę do Platformy, dziś byłby liderem SLD, jego partia miałaby powyżej 15% poparcia społecznego, a on sam szykowałby się na funkcję premiera w przyszłym rządzie.

Na początku przyznam, że znam Bartka i go lubię. Ale jego los powinien być przestrogą dla wszystkich tych, którym brak cierpliwości i na gwałt chcą zrobić szybką i łatwą karierę. Dzisiaj zbierają się nad nim czarne chmury i prawdopodobnie będzie jednym z pierwszych ministrów, których Donald Tusk rzuci na żer złaknionym krwi mediom. Walczy jeszcze o życie, odwołuje szefa NFZ, robi jakieś ustawki w tabloidach, jeździ do rannych w wypadkach, ale tak naprawdę jest politycznie martwy. Zresztą – uśmiercił się sam, przechodząc na jesieni zeszłego roku do obozu PO.

Gdyby tego nie zrobił, dziś byłby zapewne szefem nie tylko klubu SLD, ale jego jedyną nadzieją na odrodzenie. Nadzieją w pełni uzasadnioną – człowiek młody, nie zgrany politycznie, świetnie czujący media, ofiara Grzegorza Napieralskiego. Wszystko to predysponowałoby go do funkcji lidera obozu lewicy i gdyby Leszek Miller chciał z nim powalczyć, poniósłby spektakularną klęskę. Również Palikot, na jego tle, wypadałby blado, bo ma wszystkie wady Bartka, ale ani jednej z jego zalet. Sojusz byłby prawdopodobnie na dobrej drodze do przejmowania rozczarowanych wyborców Platformy i do zbliżania się do pułapu 20% w sondażach poparcia społecznego.

Ale Bartek wybrał inaczej – przeskoczył do obozu zwycięzców i został tam skutecznie ośmieszony, obciążony grzechami swej poprzedniczki, a jeszcze wcześniej - wykorzystany w kampanii wyborczej. Gdyby poczekał pół roku, gdyby nie było mu tak śpieszno do służbowego samochodu i stanowiska w rządzie, gdyby trochę pomęczył się z SLD-owskimi działaczami… Ale nie, on wolał łatwy i szybki lot do góry.

Jednak, jak w wesołym miasteczku, po nagłym wystrzeleniu w górę, nastąpił oczekiwany i naturalny upadek. Arłukowicz nie zbudował swojej pozycji wewnątrz PO, nie starał się nawet o znalezienie sobie partyjnych stronników. Wisiał na sile premiera i jego woli. I właśnie z tej woli, z jego kaprysu lub rachuby politycznej, już za chwilę, już za momencik… przestanie się kręcić. Bo będzie jak przysłowiowy murzyn, który po zrobieniu swojej roboty, może odejść. Co miał, już spełnił – osłabił swoich kolegów z SLD w kampanii wyborczej, wziął na siebie – jak kotek w jednym z opowiadań Mrożka – winy swego pana (pani) na siebie. Więc przestał być potrzebny. Sam zgasił swoje światło, które w nim było i czasami jasno i ciekawie się jarzyło.

I choć lubię osobiście Bartka, to muszę powiedzieć, że politycznie mi go nie żal i że to, co go czeka, jest w pełni zasłużone. Bo taki już jest, i powinien być, los tych, którzy nie potrafią czekać, którzy nie mają cierpliwości, którzy chcą szybkiego i łatwego sukcesu, którzy nie budują swojej siły, ale korzystają z siły innych. To w sumie pouczający przykład dla tych wszystkich, którzy chcieliby w przyszłości skorzystać z jego drogi (i drogi kilu innych posłów i posłanek obecnej kadencji, których kariera polityczna skończy się najpóźniej w 2015 roku). Nie warto chodzić drogami na skróty, nie warto iść na służbę do obecnych mocarzy. Warto w spokoju i w uporze budować własne łodzie. A przeskakiwać z okrętu na okręt tylko w jednym celu – abordażu, którego efektem jest wycięcie w pień załogi wrogiego statku.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (26)

Inne tematy w dziale Polityka