4 obserwujących
14 notek
20k odsłon
  2563   0

Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej - co to takiego

 


„Przez trud, boleść, upokorzenie, krew i świętość Kościoła      

idźmy ku jednemu z największych tryumfów Chrystusa”.

(Sł. Boży August Hlond)

_______
 
       Jak wykazują statystyki, większość Polaków, tak w kraju, jak i za granicą, uważa się za ludzi wierzących. Wśród nich, katolicy stanowią najbardziej liczne wyznanie.
Jednak, gdyby ktoś pokusił się o dokładne ustalenie, jaki odsetek katolików
polskich, którzy zostali ochrzczeni i formalnie są członkami Kościoła, nie
respektuje jego nauki, a wiele zasad katechizmu wręcz odrzuca, przekonalibyśmy
się szybko, że katolicyzm Polaków - często też ich kapłanów - znajduje się w
stanie rozpaczliwej zapaści.
       Coraz bardziej, na obraz katolika rzutuje styl życia katolickich księży, będący
obecnie przedmiotem licznych komentarzy i zainteresowania na całym świecie. Tym
bardziej, jest też widoczne zaniepokojenie Watykanu z powodu nierespektowania
przez księży katolickich reguły życia w ubóstwie i czystości celibatu, a także
na skutek różnych skandali, które nie przynoszą chwały Kościołowi katolickiemu
w opinii publicznej. Z problemem tym próbowała uporać się m. in. encyklika
papieska „Veritatis Splendor” („Blask Prawdy”), ogłoszona 6 sierpnia 1993 roku
przez Jana Pawła II.
       Niestety, wciąż żadna encyklika nie dotyka tematu, który nas, Polaków, szczególnie by interesował - jest nim dwuznaczna rola misjonarzy przysyłanych z Polski na Zachód, ich praca wśród emigrantów polskich oraz ich jednoczesna współpraca z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa w latach, które dziś z wolna przechodzą w otchłań historii.
        Potrzebę rzetelnego, uświęconego apostolstwa kapłańskiego, a szczególnie posługi kapłańskiej, dla rozsianej po całym świecie emigracji polskiej, dostrzegał i
gorąco propagował kardynał, późniejszy prymas Polski (1926-1948), August Hlond
(1881-1948).
Po odzyskaniu niepodległości, w 1918 roku, wspólną troską Episkopatu Polski i władz państwowych stało się zapewnienie wszechstronnej opieki, w tym i duszpasterskiej, Polakom mieszkającym poza krajem. Ze strony kościelnej, po kilku próbach rozwiązania tego problemu, które skończyły się niepomyślnie, zdecydowano się na założenie specjalnego zakonu. W rok po rozmowach z papieżem Piusem XI, w dniu 12 maja 1931 roku, kard. Hlond skierował w tej sprawie pismo do watykańskiej Kongregacji do Spraw Zakonnych. Po otrzymaniu zezwolenia, przystąpił do organizacji dzieła. Na wykonawcę powołał ks. Ignacego Posadzego (1898-1983), kapłana archidiecezji poznańsko-gnieźnieńskiej, dobrze zorientowanego w problemach polskiej emigracji. Z pomocą, w tworzeniu zrębów nowego zgromadzenia, pospieszyła hr. Aniela Potulicka, ofiarowując na jego siedzibę swój pałac, wraz z 25 hektarowym parkiem, w Potulicach koło Nakła. 22 sierpnia 1932 roku, ks. Ignacy Posadzy otrzymał od kard. Hlonda błogosławieństwo na rozpoczęcie swojego życiowego dzieła, a nazajutrz, wraz z trzema kandydatami na braci zakonnych, wyjechał do Potulic. 1 września 1932 roku 37 kandydatów rozpoczęło rekolekcje.

       Nazwę nowemu zgromadzeniu nadał osobiście papież Pius XI: „Societas Christi pro Emigrantibus” (Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźców).
Zgromadzenie
oparte zostało na krótkich, jasno sprecyzowanych zasadach, które ułożył sam
założyciel, prymas Hlond: „Zasadniczym celem Towarzystwa Chrystusowego dla
Wychodźców jest uświęcenie jego członków przez usilne pielęgnowanie życia
nadprzyrodzonego, przez wierne zachowywanie ślubów, przez praktykę cnót,
zwłaszcza zakonnych oraz przez niepodzielne oddanie się na służbę Bożą w duchu
Towarzystwa” („Ustawy Tow. Chrystusowego dla Uchodźców”, Potulice 1934, Rozdz.
I.1, s. 1).
        Natomiast, zewnętrznym zadaniem Towarzystwa, ma być „apostolstwo na rzecz rodaków poza granicami państwa, a więc przede wszystkim działalność duszpasterska i religijna wśród nich, a w miarę potrzeby i możności, także społeczna i kulturalna opieka nad nimi”. Na podejmowanie innych zadań zgodę musi wyrazić
Papież. 
         Prymas August Hlond uczył szczególnego wyczulenia na „dobro tułaczy i ich potrzeby”. Chciał ich otoczyć wszechstronną opieką. To samo dotyczy funkcji Kościoła w każdej społeczności ludzkiej. Jednak, właśnie wśród wychodźstwa jest chyba największa potrzeba modlitwy i spotęgowana różnymi, wygnańczymi przejściami potrzeba oparcia w Bogu. Ludzie garną się do kościołów misyjnych, choć coraz częściej zdarza się, że zastają drzwi zamknięte.
        Gdy dziś telefonujemy do głównej siedziby i seminarium Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu, słyszymy zawsze w słuchawce: „Seminarium Zagraniczne, słucham!”. Nikt nie mówi tam „Seminarium Towarzystwa Chrystusowego”, bo magiczne słowo „zagraniczne” brzmi bardziej efektownie. A snobizm na zagranicę był zawsze w tym zakonie aż nadto żywy.
 
       Pierwszy rocznik chrystusowców otrzymał święcenia kapłańskie w czerwcu 1939 roku. Wybuch II wojny światowej, okupacja, rządy komunistyczne w Polsce, w sposób zasadniczy skorygowały istniejące wcześniej plany włączenia się młodego zgromadzenia w życie Kościoła. Z chwilą wybuchu wojny, przełożony seminarium polecił wszystkim kandydatom i aspirantom udać się do rodzinnych domów, a nowicjat braci został ewakuowany i podobnie, jak klerycki, miał być kontynuowany w
Łucku. Do tego miasta dotarł zaledwie jeden nowicjusz. Wszyscy inni zostali
rozproszeni przez wojnę. W praktyce, oznaczało to zupełną likwidację zakonu.
        Fakt, że w przedwojennej Polsce, na przestrzeni kilku lat, uformowało się zgromadzenie o specyficznym, nigdy dotąd nie podejmowanym celu, jest niewątpliwie dowodem, że jego powstanie wypływało z potrzeby chwili. Pomimo kryzysu lat 30-tych, zgromadzenie rozwijało się w sposób prężny. Po upływie 7-iu lat istnienia, kiedy już wydawało się, że księża chrystusowcy będą mogli, w krótkim czasie, włączyć się w pracę wśród wychodźstwa polskiego, przyszedł kataklizm II wojny światowej. I to, czego nie dokonała niemiecka przemoc, rzucone zostało po
wojnie na pożarcie promoskiewskiej ekipie rządowej w Warszawie. Likwidacja
młodego zakonu była faktem. Tym bardziej, że wspólnota przestała istnieć -
odcięta od swojej bazy materialnej, pozbawiona budynków, zaplecza administracyjnego, archiwum, zakonników i kleryków. Okazało się jednak, że
władze komunistyczne miały własne plany w stosunku do tego zakonu.
 
       Powrót księży z wojennej zawieruchy i organizowanie na nowo duszpasterstw zakonnych było w powojennej Polsce ściśle regulowane decyzjami władz pozakościelnych. I tutaj właśnie, zupełnie nieoczekiwanie, paradoks rzeczywistości sowieckiej w naszym kraju stworzył cieplarniane warunki dla rozwoju zakonu chrystusowców. Został on sztucznie przywrócony do życia przez władze, które szukały możliwości zręcznego inwigilowania Polaków za granicą i siania wśród nich zamętu.
       Powołując się wciąż na czcigodny patronat prymasa Hlonda, teraz - jako jedyny zakon w Polsce - chrystusowcy mieli kształcić misjonarzy dla Polaków za granicą oraz obsadzać misje polskie poza granicami Polski, co jednocześnie stwarzało idealne warunki do penetracji środowisk emigracyjnych. Taka gratka nie zdarza się dwa razy.    
        Tow. Chrystusowe zostało więc w „cudowny sposób” reaktywowane i otoczone troskliwą opieką władz komunistycznych. Oczywiście, otrzymało ono wyłączność na
zakładanie nowych, polskich placówek misyjnych w świecie nie za darmo, lecz w
zamian za błagonadiożną postawę księży wobec reżimowych służb bezpieczeństwa.
Postawa ta była nad wyraz czołobitna i jako taka zapisała się w dziejach emigracji polskiej w sposób jednoznaczny.   
      Znaczące jest, że po wojnie, prymas August Hlond nigdy nie włączył się do reaktywowania zakonu chrytusowców. Nie był to już, bowiem, jego zakon, nastawiony na „dobro tułaczy i ich potrzeby”, lecz finansowanaprzez komunę agenda szpiegowska.
      
        Po 1945 roku, jedynie Towarzystwo Chrystusowe, zakon, składający się z synów z ubogich rodzin, odpowiednio przeszkolonych przez Urząd Bezpieczeństwa, mógł tak licznie wysyłać swych księży na Zachód oraz swobodnie podróżować tam i z powrotem. Wszystko, oczywiście, w zamian za lojalność władzom prosowieckim. Żaden inny zakon, o znacznie większych tradycjach i dłuższym doświadczeniu w posłudze misyjnej, nie mógł dostąpić tego zaszczytu - ani franciszkanie, ani
dominikanie, ani salezjanie, ani karmelici bosi, ani zmartwychwstańcy, ani
marianie, ani nawet jezuici, którzy przecież „rządzą światem”. Dlaczego nie
oni, a właśnie chrystusowcy?
        Odpowiedź jest prosta. Powojenny narybek zakonu Tow. Chrystusowego rekrutowany był głównie z zapadłych wsi i miasteczek na wschodzie Polski, w znacznej większości z okolic Tarnowa. Byli to ludzie wychowani w PRL, tzw. Polsce Ludowej. Wszyscy zgodnie i chóralnie służyli zawsze władzy komunistycznej, od której teraz dostali reżimowe paszporty. Nie otrzymali ich jednak za darmo. Wraz z
paszportami, otrzymali oni określone zadania do wykonania „na misjach”.
Chodziło, mianowicie, o penetrację przynależnych im parafii i skupisk emigracji
polskiej. Ważnym punktem było także wywoływanie niezgody i różnego rodzaju
fermentu, a przede wszystkim wypompowywanie pieniędzy, uciułanych przez ludzi
na cele parafialne. Do tego dołączone było składanie donosów na własnych
parafian, jak też systematyczne ich uzupełnianie. Przesyłano je do tajnego
systemu informacji, dotyczącego Polaków poza Polską. 
       Tylko oni - chrystusowcy - zgodzili się zbierać informacje dla reżimowego Urzędu
Bezpieczeństwa i pisać raporty na swoich parafian do Bezpieki. We wszystkich
polskich placówkach konsularnych kompletowano kartoteki personalne, włączając
je do specjalnego systemu pod kryptonimem „System Polonia”. Kartoteki te zakładano działaczom organizacji niepodległościowych, kombatantom II wojny światowej, uchodźcom politycznym, nauczycielom języka polskiego, dziennikarzom, naukowcom oraz wszystkim tym, którzy nie ukrywali swoich negatywnych przekonań co do Polski Ludowej i Sowietów.
      „System Polonia“ był zaledwie jedną z wielu metod inwigilowania polskiego wychodźstwa, niemniej, zakładane w ramach tego systemu kartoteki osobowe stały się swego rodzaju listami subskrypcyjnymi SB i stanowiły realne zagrożenie dla aktywnych członków polonijnej społeczności i ich rodzin, również w kraju.  
       W zawierusze zmian układu politycznego w Polsce, po 1989 roku, olbrzymia dokumentacja „Systemu Polonia” znikła bez śladu.Swego czasu, pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych sugerowali, że archiwum „Systemu Polonia” przewieziono do warszawskiego MSZ, nigdy jednak oficjalnego potwierdzenia nie było. Natomiast, wszystko wskazuje na to, że w czasie przełomu ustrojowego w kraju, całe archiwum wywieziono do... Moskwy.
 
       Liczne przywileje, udzielane chrystusowcom przez komunistyczny rząd polski, budziły zawsze nieufność i rozdrażnienie wśród reszty polskiego kleru. Żadne inne
wspólnoty zakonne nie miały takiej łatwości w wyjazdach z kraju ani podobnej
swobody w obsadzaniu parafii misyjnych. Wszystkich bulwersowało luksusowe
wyposażenie i rozmach architektoniczny głównej siedziby zakonu chrystusowców, w
Poznaniu, jak też wyszukane wyżywienie seminarzystów, których inni klerycy, np.
ze znajdującego się w pobliżu poznańskiego seminarium arcybiskupiego, nigdy nie
mieli okazji doświadczyć. Seminarzystów z Tow. Chrystusowego inni klerycy
poznańscy nazywali „braciszkami, którzy obrzucają się pomarańczami”. Bowiem, i
tego wówczas specjału nie brak było w zakonnej kuchni, podczas gdy inni na ogół
nie oglądali go na oczy.
        Jest całkiem oczywiste, że po wojnie do seminarium Tow. Chrystusowego rekrutowano kandydatów z biednych rodzin chłopskich, dla których przynależność do
„seminarium zagranicznego” było niesłychanym awansem społecznym. Takimi też
najłatwiej było manipulować i zmusić do lojalności wobec władz prosowieckich.
     Kardynał Hlond w grobie się przewraca, widząc, jakimi drogami poszło jego dzieło. A samozwańczy „kontynuatorzy” kardynalskiego zamysłu żyli sobie w komunistycznej Polsce, jak przysłowiowe pączki w maśle organizując przerzuty coraz to nowych „misjonarzy” na Zachód.
        Jak wspmniano wyżej, po wojnie wszystkie zakony były przez komunistów bezpardonowo wywłaszczane i likwidowane, natomiast Towarzystwo Chrystusowe odradzało się w sowieckiej Polsce, jak Feniks z popiołów. Gorzkie i wielce zastanawiające jest, że Watykan nigdy nie reagował na liczne, alarmujące sygnały, które niezbicie dowodziły, że emigranci polscy byli infiltrowani przez misjonarzy zakonu chrystusowców na rzecz reżimu komunistycznego w większym odsetku i ze znacznie większym, szkodliwym skutkiem niż przed tzw. cywilnych szpicli. Najwyższy czas, aby zadać sobie pytanie dlaczego tak się dzieje i dziś jeszcze, kiedy komuna została w Polsce pokonana, choć nie wszyscy w to uwierzyli.
        Etos świętości osoby kapłana jest bardzo zakorzeniony w polskiej świadomości. Nigdy nie dopuści ona do siebie myśli, iż polski ksiądz może sprzeniewierzyć się tak
bardzo najwyższym kanonom wiary chrześcijańskiej. Dlatego też, cała emigracja
polska dała się nabrać na „pracę misyjną” zakonu Towarzystwa Chrystusowego, gdy
w samej Połsce o zgromadzeniu tym nie mówiło się wiele. Raczej wyciszano jego
istnienie. Za to, w środowiskach naiwnej emigracji lansowano go szumnie i
dumnie. Nikt nie zadawał pytań, czemu zakon powołany do życia w 1932 roku został zatwierdzony przez Watykan dopiero w roku 1964 (Paweł VI), i to częściowo na skutek zabiegów władz świeckich, komunistycznych. Ważne było tylko to, że emigranci będą mieli księży. 
       Ten precyzyjnie zaplanowany majstersztyk - godny uwiecznienia w szpiegowskim serialu filmowym - zaczął pękać, tu i ówdzie, dopiero w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku, kiedy to napływ emigracji solidarnościowej otworzył oczy
niektórym, zasiedziałym już poza Polską, pobożnym weteranom wojennym, jak też
wyjeżdżającym do Ameryki na saksy prostym „góralom”. Okazało się, że emigracja
polska padła ofiarą sprytnie zastawionej pułapki.
 
       Naiwność ludzka nie zna granic. Tym bardziej, na obczyźnie, w warunkach ekstremalnego wyobcowania, nieustannych sytuacji stresowych, emigranci garną się „ciaśniej ku sobie”, także do księży, do których zaufanie większość wynosi z domu rodzinnego - „ksiądz, to osoba święta”, której zwierzamy się (nie tylko w konfesjonale) z najbardziej intymnych tajemnic. Potrzebują tego wszyscy - wierzący i
niewierzący, dusze potulne i rogate, małżeństwa „na wiaderku” i słomiani wdowcy, którzy wyrwali się za granicę na zarobek, „na kilka miesięcy”, a przytrzasnęło ich na całe życie. Jeśli sprytnie ich podejść, zagrać na patriotycznych uczuciach - powiedzą o sobie wszystko. Tym bardziej, osobie duchownej. Pytanie tylko, czy jest to prawdziwa osoba duchowna, czy agent Bezpieki w sutannie, specjalnie wyszkolony do „posługi wśród wychodźstwa”.
        W wielu wypowiedziach, jakie pojawiały się na emigracji, religia katolicka pojmowana jest jako religia społeczna, patriotyczna. Parafia polska - tak w kraju, jak na emigracji - jest wspólnotą religijną, ale i społeczną także. W ramach tych
wspólnot, szczególnie na emigracji, przełamują się wszystkie problemy społeczne, polityczne, ideologiczne. Ksiądz, który pragnie wypełnić swoje pasterskie powołanie, nie może uciec przed uczestnictwem w życiu wspólnoty, nie może uchylać się od odpowiedzialności za tę wspólnotę.
        I tak, nabożeństwo czy akademia w sali parafialnej z okazji święta 3 Maja, czy
nabożeństwo za żołnierzy AK lub ofiary w Katyniu - to nie jest polityka, jak wykrzykują jeszcze dziś księża chrystusowcy szkoleni przez partię. To jest istotny fragment życia zwyczajnej parafii emigracyjnej.
        Tymczasem, to nie emigranci uprawiają w swoich parafiach politykę. Politykę uprawia ksiądz-chrystusowiec, który kiedyś ze strachu o swój reżimowy paszport, a dziś z przyzwyczajenia, odmawia udziału w patriotycznych nabożeństwach.
        W polskim systemie wychowawczym, religia katolicka i cześć dla osoby duchownej odgrywały zawsze niezmiernie ważną rolę. Przez wieki przywykliśmy, my Polacy, identyfikować katolicyzm z patriotyzmem. Pamiętajmy, że fundament pod
patriotyzm wielu emigrantów kładli księża, którzy byli bezkompromisowymi
Polakami. Nie było wśród nich chrystusowców - to pewne. Towarzystwo Chrystusowe
rozwinęło się dopiero po II wojnie światowej; finansowane i hołubione przez
komunę. Tak perfidnej metody wysyłania i sadowienia szpicli w sutannach nie
miał chyba żaden inny kraj, poza jedną Polską.
      
       Tragiczne doświadczenia stanu wojennego (1981-1984) , czyli bezpadonowej wojny kundelka Moskwy, gen. Jaruzelskiego, z polskim narodem, Tow. Chrystusowe zapisało w swych kronikach złotymi zgłoskami uległej postawy wobec komuny. Jak zgodna była współpraca księży chrystusowców na misjach, np. w USA, z reżimem warszawskim w tym tragicznym czasie, mówią o tym wydarzenia w parafiach polskich, prowadzonych przez nich na ziemi amerykańskiej. Głośnym echem odbiły się w prasie emigracyjnej lat 80-tych protesty Polaków, którym księża chrystusowcy
zabraniali śpiewać „Boże coś Polskę” lub odmawiali odprawienia mszy świętej za
pomordowanych w Katyniu czy za żołnierzy AK. Żadne inne parafie, prowadzone
przez innych księży (jezuitów, franciszkanów, salezjanów, oblatów Niepokalanej)
nie stwarzały takich trudności, jedynie chrystusowcy.
       M. in., bardzo szeroko dyskutowany był zatarg parafian z kościoła w San Francisco z jego ówczesnym proboszczem, ks. Stanisławem Drzałem, chrystusowcem, którego zakaz śpiewania w kościele „Boże coś Polskę” oparł się o ówczesnego Generalnego Przełożonego Tow. Chrystusowego w Poznaniu, księdza dr. Edwarda Szymanka. Ksiądz Szymanek oświadczył wówczas otwarcie, że „w tej sprawie istnieją pewne naciski ze strony rządu polskiego i jeśli księża chrystusowcy nie będą się do nich stosowali, to nie będą mogli wyjeżdżać za granicę” (sic!).
       Można powiedzieć, że w tym momencie rzeczy zostały nazwane po imieniu.
       To, że wyjeżdżający za granicę chrystusowcy ulegali naciskom służb bezpieczeństwa, nie było nigdy żadną tajemnicą. Sami „misjonarze”, chwalili się na imprezkach w kołach zaufanych totumfackich, że im to „paszporty wręczano na Belwederze”.
       Wiedział o tym kler w Polsce, który ignorował istnienie tego zakonu i zawsze lekceważąco wyrażał się o tym zgromadzeniu. Wiedzieli o tym polscy biskupi, którzy za wszelką cenę starali się blokować obsadzanie parafii dla emigrantów przez
chrystusowców i, w miarę możliwości, zawierali własne umowy z biskupami za
granicą, by móc posłać tam własnych księży diecezjalnych. Czynił tak m.in.
biskup Nosol z Opola, opiekując się od lat historyczną, polską parafią w Pannie
Marii, w Teksasie.     
       W 1984 roku, emigranci polscy zapytywali na łamach „Gwiazdy Polarnej”, jak to jest możliwe, że księża chrystusowcy tak łatwo poddają się Bezpiece. Łatwowierne i naiwne owieczki dopuścić nie mogły do siebie myśli, że ich księża mogli być agentami komunistycznej służby bezpieczeństwa, aktywnie wypełniającymi swe zadania na rzecz Sowietów.
        Ktoś trafnie zapytał w liście na łamach emigracyjnej gazety: „No dobrze, ale to są przecież księża. Czy oni nie mają sumienia?”.
        Dla wielu, było nie do pomyślenia, że osoba duchowna może szpiclować własnych parafian. To był konflikt sumienia, z którym wielu z nas nie dałoby sobie rady. Tego rodzaju rozdzwięku, pomiędzy Bogiem a Szatanem, nie każdy człowiek potrafiłby wziąć na swoje barki. A jednak...
   
        Pobożna z natury emigracja polska, tzw. „Polonia”, nigdy nie grzeszyła zbytnią
inteligencją. Szczególnie ta amerykańska. Wstydzono się bardzo zatargów ze
swymi proboszczami i tuszowano je we własnym zakresie. A wygrać spór z
chrystusowcem nie jest wcale łatwo, gdyż są oni między sobą znakomicie
zorganizowani i zawsze mają wokół siebie silną obstawę w postaci osobiście
zmontowanego „aktywu parafialnego”, rekrutującego się z parafialnych
chłopków-roztropków. Zwykle więc, kończyło się na tym, że zdezorientowani i
sfrustrowani wierni popadali w konflikt duchowy z Kościołem i odchodzili z
parafii, nie dochodząc swych praw. Nie było, zresztą, gdzie tego dochodzić.
centrala chrystusowców w Poznaniu nie reagowała wcale, a jeśli, to tylko
podsycała konflikty. Na placu boju zostawał tryumfujący i odszczekujący się z
ambony ksiądz i jego najbliższa świta.
        Drobne przypadki wyprowadzenia chrystusowca siłą z kościoła zdarzyły się tylko w Los Angeles i w Dallas, gdzie gniew parafian przerodził się w furię. W obu
przypadkach chodziło o zbyt swobodne pożycie z niewiastami. W Houston z kolei,
dobrodziej, ks. Edward Traczyk, sprawił sobie wilczura, aby go bronil przed
własnymi, rozwścieczonymi parafianami i dopiero trzeba było interwencji
amerykańskiego biskupa, by sprawa została rozwiązana po myśli wiernych -
proboszcz został usunięty z misji przez biskupa diecezjalnego. Okazało się, że
jednak jest w końcu instancja, do której można się odwołać, by ukrócić
sobiepaństwo misjonarza-komunisty.
        Smutną sprawą pozostaje, że potężna w latach 1945-1989 polska nie podawała pomocnej dłoni swoim prenumeratorom-emigrantom, dzięki którym przecież istniała. Wiele konfliktów, jakie wydostały się ze wspólnot polskich do szerszej wiadomości, sygnalizowano często drobnym druczkiem na końcowych stronach w formie listów „to my takich księży nie chcemy” - co nie odnosiło większego skutku. Bezkarność nasyłanych od dziesięcioleci przez sowiecką Polskę takich właśnie, a nie innych księży - „pasterzy wygnańczych dusz” - była i jest wciąż jeszcze, bezprecedensowa.  
 
       W listach, nadsyłanych do redakcji polskich pism, już po obaleniu komunizmu w Polsce - mowa o połowie lat 90. - znajdujemy szokujące fakty. Jeden z czytelników pisał z Arizony: „Mogę przysłać cały zestaw zdjęć z kasyna gry w Arizonie, gdzie
właśnie pijany ksiądz Dąbrowski, nasz proboszcz-chrystusowiec, przegrywa
parafialne pieniądze w ruletkę!”.    
        Liczne listy od Polaków, zamieszkałych w Phoenix, były publikowane na łamach „Gwiazdy Polarnej”, która zamieściła fragmenty tej korespondencji pod koniec sierpnia 1995 r.:
       „Miejscem spotkań Polaków zemieszkałych w Phoenix, jest kościół św. Teresy, gdzie co tydzień mamy możliwość wysłuchania jedynej mszy świętej w języku ojczystym - pisał pan Zdzisław Kubica - w 1993 roku, pracę w parafii objął ksiądz Klemens Pepel ze zgromadzenia Oblatów Maryi. Żarliwością swoich kazań, dobrym
przykładem osobistym, zapalił w naszych sercach wspaniałą iskrę nadziei: budowy
własnego kościoła. Powtórzę za polskim radiem w Phoenix, że to Opatrzność Boska
zesłała nam tak wspaniałego duszpasterza, a nad arizońską doliną słońce zaczęło
jaśniej świecić dla Polaków. Aby zgromadzić pieniądze na budowę, organizowaliśmy różne imprezy, składając pieniądze na specjalnie otwarte konto w banku. Kościół zaczęły także zasilać donacje pieniężne parafian i naszych przyjaciół z Chicago i innych miast. Każdy z nas, w miarę sił i możliwości, dokładał cegiełkę na ten wspaniały cel. Liczba zapisanych rodzin wzrosła do 203 (przedtem było znacznie mniej), składka niedzielna z trzystu dolarów do ponad tysiąca. Zarządzanie społecznym funduszem było jawne, ważniejsze decyzje podejmowano wspólnie na zebraniach wszystkich parafian. W imieniu wspólnoty działała rada parafialna. Ksiądz Pepel za swoją pracę nie brał zapłaty, a jedynie pokrywaliśmy koszta jego utrzymania w kwocie 450 dolarów miesięcznie. W ten sposób, w krótkim czasie, zebraliśmy 128 tys. dolarów!
       W końcu ub. roku [1994], odwiedził nas przełożony zakonu chrystusowców w USA, ks. Tadeusz Winnicki. Na zebraniu parafian, przedstawił zamiar budowy kościoła i... ośrodka dla emerytowanych księży i zakonnic! Każdy z nas oczekiwał, że jako człowiek uczciwy, i ksiądz, przedstawi parafianom warunki współpracy, podziału kosztów budowy kościoła i utrzymania tego ośrodka, którego sfinansowanie było ponad siły tak małej polskiej wspólnoty. Niestety, więcej spotkań nie było. W zamian,
ks. Winnicki - bez żadnych uzgodnień, osadził u nas swojego przedstawiciela, ks.
Klemensa Dąbrowskiego, wyznaczając mu bardzo wysoką pensję miesięczną,
oczywiście, z naszych funduszy.
        Pierwszą czynnością nowego księdza było odebranie radzie parafialnej całej, zebranej kwoty na budowę naszego kościoła i, drogą szantażu, przelanie tych pieniędzy na swoje konto. Równocześnie, skończyła się jawność gospodarowania pieniędzmi. Zaczęły się niedomówienia, kłamstwa, atmosfera konspiracyjności, gdzie np. rada parafialna nie ma prawa przekazywać wiernym, co się dzieje na zebraniach itd.
        Wszystkie parlamentarne próby odzyskania pieniędzy spełzają na niczym, a ksiądz nie ma ochoty rozmawiać z parafianami. Zamiast dobrych kazań, mamy teraz bełkot - aby składać pieniądze, deklarować na piśmie chęć współpracy, zaciągać w banku prywatne pożyczki po 10 tysięcy dolarów od każdej rodziny i oddawać je
proboszczowi. W chwili obecnej [1994], stan parafii spadł do 65 rodzin, zaś składka niedzielna wynosi 670 dolarów. Chętnych do wspópracy z zakonem chrystusowców jest jedenaście osób, co stanowi 5 procent zapisanych parafian. Jest to niepodważalne referendum absolutnego braku zaufania do chrystusowców,
którzy są reprezenrantami Kościoła o bardzo niskim morale, zaś etyka katolicka
jest im nieznana.
       Gdy najednym z ostatnich zebrań parafialnych wypłynęła znów sprawa zwrotu zagarniętych pieniędzy, ks. Dąbrowski wyraził się dosłownie : „Ch... dostaniecie, a nie pieniądze!”. (...) Prosty rachunek dowodzi, że przy miesięcznym koszcie
utrzymania księdza i opłat za korzystanie z pomieszczeń kościoła św. Teresy, w
łącznej kwocie dwóch tysięcy czterystu dolarów, jak też ciągłym odchodzeniu z
naszej wspólnoty wiernych do amerykańskich parafii, drzwi kościoła św. Teresy
zostaną wkrótce dla Polaków zamknięte. Jest to kwestia tygodni. Marzenie
posiadania własnego miejsca na modlitwę w języku polskim, rozpada się w gruzy,
a dzieje się to przy aktywnym udziale osoby duchownej, która do tej katastrofy
z rozmysłem nas prowadzi”. 
      List innego członka tej parafii, pana Michała Starskiego, potwierdza wszystkie wyżej wymienione fakty, zawierając znamienną refleksję, którą warto przypomnieć:
       „(...) Problem współpracy w polonijnych duszpasterstwach narasta. Zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się chrystusowcy. Nie potrzeba powoływać się nawet na prasę, żeby samemu przekonać się, jak nonszalancko zachowuje się przełożony amerykańskiej prowincji Tow. Chrystusowego, ks. Tadeusz Winnicki - nie próbuje on spotykać się z przedstawicielami wspólnoty, ani tym bardziej, z całą parafią, żeby
wyjaśnić bardzo ważne dla wspólnoty sprawy, jak np. zasady działalności zakonu
i niezbędnej opieki ze strony apostolatu nad wiernymi. Odmawia spotkań z
komitetem budowy. Budowa kościoła nadal czeka odpowiedzi na list wysłany do ks.
Winnickiego jeszcze w listopadzie ub. roku [1994]”.
       „Taka jest zasada działalności chrystusowców - pisze dalej pan Michał Starski - którzy powołani przed wojną do służby wychodźstwu polskiemu, dziś uważają, że parafian należy lekceważyć: powinni oni dawać pieniądze i o nic nie pytać. Na przykład, parafianie dowiadują się po kilku miesiącach, że ls. Dąbrowski wysyła do
centrali zakonu 1 356 dolarów miesięcznie. Dlaczego nikt nas o tym nigdy nie
poinformował? Dlaczego nie można iść prostą drogą, bez krętactwa? Czy jest to
odpowiednia metoda budowania wspólnoty, opartej na wzajemnym zaufaniu? Proszę
zrobić eksperyment i spróbować porozumieć się z ks. Winnickim telefonicznie -
życzę powodzenia!”.
 
        Kościół katolicki był zawsze obrońcą prawa naturalnego, na mocy którego każdej, odrębnej grupie społeczno-religijnej winno przysługiwać prawo domagania się własnego duszpasterstwa. Spowiednik, który donosi na swoich wiernych lub okrada ich z pieniędzy, nie zasługuje nie tylko na miano księdza, ale też zwykłego chrześcijanina.
        Wydaje się daleko posuniętym absurdem, aby do naszych wspólnot wciąż przyjeżdżali postkomunistyczni księża, by rozbijać emigrację, bojkotować nasze patriotyczne wystąpienia oraz wykrzywiać prawdę historyczną o bolszewickim zaborze Polski lub otwarcie pracować na rzecz nieistniejącego już reżimu (!).
        Katolicka hierarchia w kraju nie powinna koncentrować się tylko na finansowym drenowaniu emigracji, jednocześnie udając, że o niczym nie wie i zajmować stanowisko neutralne. Emigracja ma moralne prawo domagać się opieki ze strony episkopatu Polski, jak również prosić o przysyłanie do polskich wspólnot takich księży, którzy są Polakami, a nauka przez nich głoszona nie jest sprzeczna z nauką
Kościoła.
        To są fakty, z którymi polski Kościół katolicki musi się liczyć.
 
        Niemniej bulwersujące wydarzenia działy się na Florydzie. Prawo kościelne stanu Floryda nie zezwala na zakładanie osobnych parafii etnicznych, a jedynie na msze św., obcojęzyczne, w obrębie amerykańskich parafii. Przez długi czas chrystusowcy próbowali obejść to prawo, stawiając kurię biskupią przed faktem dokonanym - organizowali Polaków, z których wyciskali duże sumy pieniędzy na „nowe kościoły”, których Polacy nigdy nie mogli mieć na własność. Faktem jest, że w
miejscowości Hallandale uzbierano 200 tys. dolarów, które można by przeznaczyć
na bardziej pożyteczny cel niż na nowy kościół dla amerykańskiego biskupa.
Ponadto, nigdy nie było nie wiadomo, co dzieje się z uzbieranymi pieniędzmi.
Oto fragmenty listów do prasy polskiej, które nadchodzić zaczęły z Florydy:
       „Nie mamy polskiego kościoła, ale kościół amerykański, w którym odprawiana jest niedzielna msza św. po polsku jest bardzo ładny. Polski ksiądz jest innego
zdania. On szuka wraz z księdzem prowincjałem kościoła, ale chyba tylko dla siebie,
bo wierni z tej transakcji są zupełnie wyłączeni. Chcą, żeby wierni dawali pieniądze i o nic nie pytali. Kupują kościół za nasze pieniądze, które zbieraliśmy przez dziewięć lat. Uzbieraliśmy 175 tys. plus procenty, to obecnie jest tego około 200 tys. Od chwili odejścia księdza Zdzisława Nawrockiego, ani jeden cent nie został wpłacony na konto bankowe przez trzy lata, mimo że akcja zbierania pieniędzy wciąż trwa. Ks. Krzysztof Ośka, który był tutaj przez jeden rok, powiedział przy odejściu, że nie odłożył nic, bo nie było z czego. Po roku został przeniesiony do Waszyngtonu na... dalsze studia. Na jego miejsce przyszedł ks. Kazimierz Jasiński, który nie tracąc czasu, od razu zabrał się „do prania”. W styczniu 1994 roku, podał sprawozdanie finansowe za poprzedni rok, w którym figurowało, że wydano 34 tys. Na co? Tylko jeden Bóg wie i ks. Jasiński z księdzem prowincjałem. W rym roku żadnego sprawozdania nie było. Od czerwca, tzw. druga zbiórka przeznaczona jest na budowę polskiego Centrum Pastoralnego. We wszystkich kościołach są podawane składki - tylko nie w naszym, bo ks. Jasiński uważa, że to ludzi nic nie obchodzi na co on wydaje pieniądze. Rozmowy z ks. prowincjałem Winnickim w tym kierunku nie dają żadnych rezultatów. Wiadomo, ręka rękę myje. Wiemy. że ks. Jasiński był przedtem w Atlancie i tam, podobnie się zachowywał. Poskłócał ludzi i zamknął apostolat. Dziwimy się, że w Poznaniu nie zwraca się uwagi na to, kogo się wysyła za granicę. Przecież do księdza powinno się mieć zaufanie - a my go nie mamy” -
pisała pani Ewa Lis z Hallandale.
        Fragmenty powyższego listu opublikowała „Gwiazda Polarna”. Ciekawe jest, jak zachowali się chrystusowcy. Dowiadujemy się tego z innego listu, opublikowanego, tym razem, w „Dzienniku Chicagowskim” i jego nowojorskiej mutacji z dnia 30 czerwca 1995 roku. List napisała pani Magdalenia Marzec z Hollywood na Florydzie. Pani Marzec była organistką w parafii, w Hallandale:
         „Po opublikowaniu listu Ewy Lis w Gwieździe Polarnej, zjawił się u nas ksiądzprowincjał T. Winnicki, który podczas mszy św. nawiązał do listu p. Ewy Lis. Z wysokiej ambony powiedział, że list ten zawiera same kłamstwa i oszczerstwa i jest wyrazem podłości ludzkiej. Listu nie odczytano jednak, aby wszyscy obecni mogli zapoznać się z jego treścią, a jedynie go interpretowano. Nasz proboszcz natomiast, w dzień Święta Wielkanocnego, u stóp ołtarza, rzucał gromy typu „wstrętna Gwiazda Polarna!”, wytykając przy tym palcem na parafian - „mącicieli w apostolacie”. (...) Wizyta księdza prowincjała nie wyjaśniła niczego. Jego monolog u stóp ołtarza
sprowadził się do tego, że parafianie są niewdzięcznikami w stosunku do apostolatu. Spłaszczono wszystkie problemy. Faktem jest, że nigdy nie powiedziano nam, na co wydano 34 tys. dolarów, zebrane w 1993 r., nie ma też informacji w sprawie zbiórki na nowy kościół. Nie była podana do wiadomości parafian żadna informacja finansowa za rok 1994. A problemy są i nabrzmiewają od długiego czasu. List p. Lis utożsamiono natomiast z wystąpieniem przeciwko wierze katolickiej. Nic dodać, nic ująć. (...) Przez pięć lat byłam organistką w naszej parafii, a także organizatorką wielu imprez kościelnych i patriotycznych. Być może, swoją pracę kontynuowałabym, gdyby nie dyktatorstwo ks. Jasińskiego i jego, niezrozumiała dla mnie, niechęć do narodowych tradycji i jednoczących wspólnotę działań”.
       W tym samym tonie i tych samych spraw dotyczyła ponad setka innych listów z Florydy. Zachowała się cała dokumentacja konfliktu z ks. Jasińskim, m. in. pisemna
rezygnacja p. Marzec z funkcji organistki oraz ironiczna odpowiedź listowna ks.
Jasińskiego. Całość warta jest osobnej publikacji.
       Bliższe informacje, zbierane w parafiach prowadzonych przez chrystusowców, za każdym razem wykazywały, że listy do gazet nie zawsze mówią o wszystkich sprawach, jakie się tam działy. O tym, że ksiądz nie rozlicza się z bieżących dochodów i ukrywa przez parafianami pieniądze, przez nich samych zgromadzone, już wiemy. Jest to jedna z metod zaogniania nastrojów, szeroko stosowana przez
chrystusowców w każdej parafii. M. in. w Houston, w Teksasie, jednym z powodów
waśni było zakupienie przez proboszcza (w tajemnicy przed parafianami) miejsca
pod kościół za sumę 400 tys. dolarów, podczas, gdy faktyczna wartość całej
posesji, wraz ze znajdującymi się na niej zabudowaniami, została wyceniona na
320 tys. Co się stało z prawie setką tysięcy dolarów, nikt nigdy się nie dowiedział. Można jedynie snuć domysły.
      Parafianie z Florydy skarżyli się, że ks. Jasiński nie uznaje żadnych rocznic patriotycznych, jak Powstanie Warszawskie, Święto Niepodległości itp. Weterani II wojny światowej byli rozgoryczeni i oburzeni, że ksiądz nie chciał odprawić mszy św. w rocznicę odzyskania niepodległości, tj. 11 listopada, bo jak się wyraził, „to jest polityczna sprawa, a poza tym, to on nigdy w wojsku nie był i to go nie interesuje” (!). 
      
          Działająca od lat, w Hallandale, grupa weteranów, kombatantów Armii
Krajowej, zorganizowała w sali parafialnej imprezę z okazji 50-tej rocznicy
wybuchu Powstania Warszawskiego, z której dochód miał zostać przesłany do
Polski jako pomoc dla byłych żołnierzy AK. Ksiądz nie brał w imprezie żadnego
udziału i nie pojawił się ani razu, dając do zrozumienia, że uroczystość tę
całkowicie ignoruje. Nie zawahał się jednak zażądać 50-ciu procent wpływu ze
sprzedaży biletów wstępu na w/w spotkanie. Po opłaceniu kosztów wynajęcia sali
parafialnej, mszy św., połowy wpływu dla księdza, itp., dochód na pomoc dla
AK-owców w kraju wniósł niecałe 4 dolary (słownie: cztery dolary!). Była to
ostatnia impreza organizowana przy kościele przez tutejszych weteranów. Ksiądz
Jasiński osiągnął swój cel - spotkania Polaków z okazji polskich rocznic
patriotycznych już się przy kościele nie odbywają. Publicznie zostały przez
niego zabronione wszelkie akcje charytatywne na rzecz kraju, a za rozdawanie
zawiadomień o spotkaniach na terenie przykościelnym straszy ludzi policją (!).
Imprezy, organizowane przez własnych parafian rozpędza i likwiduje, natomiast w
pełni akceptuje dochodową działalność agencji wysyłkowej z innego okręgu na
parkingu przy kościele. To także jedna z metod skłócania Polaków, którą znamy
nie tylko na Florydzie.
       Polacy z Florydy nie mogą zapomnieć jednej z imprez, które ograbił ks. Jasiński - była to zabawa na rzecz pomocy dzieciom z domu dziecka w Polsce. Pomińmy komplikacje w doprowadzeniu całej imprezy do skutku, gdy poprzedni ksiądz najpierw zgodził się na termin i umieścił ją w parafialnym terminarzu, a potem jego następca, ks. Jasiński, na tydzień przed zabawą, sprzeciwił się całemu projektowi. Nie zapomniał jednak, odebrać swojej połowy z dochodu, w wysokości 480 dolarów,
tak, że po opłaceniu kosztów zabawy, dla dzieci w Polsce zostało tylko 600 dolarów. Dobre i to, bo ksiądz Jasiński mógł zabrać wszystko, jak to uczynił kombatantom. 
       Można śmiało powiedzieć, że pod rządami ks. Jasińskiego w Hallandale nigdy nie brakowało przykrych niespodzianek. Podczas uroczystości Bożego Ciała, ks. Jasiński korzystając z dużej frekwencji przybyłych osób, zupełnie niezorientowanych w konflikcie, gdyż nie uczestniczących na co dzień w życiu parafii, zarządził akcję zbierania podpisów. „Koszyczkowy” i totumfacki księdza, niejaki pan Górski, zbierał
podpisy od wszystkich na kartce, bez pisma przewodniego, a jedynie na ustne
wyjaśnienie: „bo obrażono księdza”. Pomijając fakt, że jest to niezgodne z prawem amerykańskim, podpisy te mogły być wykorzystane niezgodnie z intencjami osób, które je złożyły in blanco, nie wiedząc, co podpisują. Znając przewrotność ks. Jasińskiego, podpisy te mogły ukazać się pod listem „od parafian z Florydy” w polskiej prasie albo podłączone do aktu kupna-sprzedaży czegokolwiek. Inne niespodzianki były tylko kwestią czasu.
      
         Ta kompromitująca ze wszech miar sytuacja, staje się jasna, gdy wiemy coś o rodowodzie zakonu Tow. Chrystusowego. Dla nie orientujących się w tych wszystkich zawiłościach - uczciwych i pobożnych wiernych - jest to zawsze szok. Czują się oni oszukani, sponiewierani i wystrychnięci na dudka. A o to właśnie chodzi. Po to Polacy przyjmują chrystusowców do swego grona, aby nie było wśród nich spokoju. Ks. Jasiński, zwany przez innych „czołgiem Jezusa” zaprezentował z miejsca w Hallandale takie metody, jak w parafii Niepokalanego poczęcia w Atlancie, w stanie Georgia, gdzie na skutek jego działalności z 250-ciu parafian we wspólnocie zostało
tylko dziesięć osób i cały apostolat trzeba było zamknąć, pozbawiając tym samym Polaków możliwości uczestniczenia w polskiej mszy św.
        Ks. Kazimierz Jasiński pojawił się w Hallandale we wrześniu 1993 roku. Przedtem, jeden rok był tam ks. Krzysztof Ośka, a w okresie od września 1983 do września 1992 był ks. Zdzisław Nawrocki, który zebrał pieniądze na kupno Centrum
Pastoralnego i nie doczekawszy jubileuszu 10-lecia apostolatu florydzkiego oraz
20-lecia swego kapłaństwa, zbiegających się w tym czasie, do których parafianie
już się przygotowywali, został niespodziewanie przeniesiony do Baltimore, w stanie Maryland, a po roku do Passaic, w stanie New Jersey. Z przerzucaniami tymi
ze stanu do stanu wiąże sią cała seria zagadkowych wydarzeń oraz potknięć
pastoralnych, które mają swoją określoną definicję oraz funkcję w Prawie
Kanonicznym - nie było przepisanego prawem kościelnym przekazania
duszpasterstwa na mszy św., nie przekazano oficjalnie dokumentacji parafialnej,
żadnego rozliczenia finansowego. Gdy zapytać, co się stało, czemu ks. Nawrocki
został z parafii zabrany, słyszy się odpowiedź: „ksiądz Nawrocki nie jest dobrym kumplem prowincjała Winnickiego, który popiera tylko swoich kumpli z tego samego roku seminaryjnego”. Amerykańscy księża katoliccy dodają jeszcze jedno - mianowicie to, że ks. Nawrocki sprzeciwiał się seansom uzdrowicielskim,
jakie na Florydzie urządzał w kościołach ks. prowincjał Tadeusz Winnicki.
       Tzw. „healing service” w wykonaniu ks. Winnickiego zdobył sobie na Florydzie dużą popularność. Tym bardziej, że sam „uzdrowiciel” był księdzem katolickim i nie
tylko przewracał ludzi „pod wpływem Ducha Świętego”, lecz w pewnym momencie sam popadał w drgawki, wywracał oczami i padał na ziemię na oczach publiczności.
Jego popularność zataczała coraz szersze kręgi, kompromitując Kościół katolicki, którego Magisterium ściśle określa w jakich warunkach, kiedy i kto może zwoływać modły z prośbami o uzdrowienie. Istnieje bogata literatura na ten temat i wyraźne zalecenia Kościoła, które ks. Winnicki lekce sobie ważył. Nie wydaje się, by zajmując dość wysoką pozycję wśród kleru, nie wiedział o tym, co czyni.  
       W tym czasie, ksiądz prowincjał Winnicki został, w trybie błyskawicznym, odwołany do Poznania, do głównej siedziby zakonu. Szybko okazało się, że został tam „przykładnie ukarany” wyborem... na szefa całego zakonu (!). Na stanowisku tym
trwał przez dwie kadencje (1995-2007).    
        Niezwykle bulwersującyy jest fakt, że tak licząca się osoba w hierarchii zakonnej, od której zależy wiele spraw personalnych i pastoralnych, zamiast zająć się uporządkowaniem drażliwych sytuacji w parafiach prowadzonych przez podległych mu księży-bolszewików, szuka winnych wśród parafian, unika otwartej dyskusji, od ołtarza pokazuje paluchem na „wichrzycieli” krzycząc „to jest gnój!”.
Dziwne, że gnojem tym zawsze byli ludzie, którzy domagali się uporządkowania
spraw wspólnoty, a nie ci, którzy ten gnój na ludzi dookoła „w imieniu Boga”
rozrzucali, czyniąc tak wielkie spustoszenie w duszach ludzkich.
        Strategia potyczek chrystusowców z parafianami ma specyficzny posmak partyjnej metody dyskutowania - co przejawia się w wywracaniu tematu na lewą stronę. Panowie ci, z pewnością, byli specjalnie szkoleni do prowadzenia takich dyskusji. Wynika z nich, że to nie autentyczni mąciciele są winni, lecz ci, którzy pragną przywrócenia zdrowej atmosfery we wspólnotach kierowanych i sytematycznie degradowanych przez ten zakon. I tak, to nie złodzieje są winni, lecz
obrabowani z parafialnych pieniędzy. To nie ks. Dąbrowski, czy ks. Jasiński,
powinni być napiętnowani za złodziejstwo, lecz ich parafianie, których oni okradli.
        Dlaczego emigracja polska wciąż pozwala na tę komedię? Dlaczego pozwala się okradać i skłócać księżom-komunistom?
        Prawdę powiedziawszy, jest w tym wiele winy nas samych. Bowiem, wszystkie kłopoty naszej emigracji z zakonem chrystusowców można sprowadzić do tego, że w swej bezdennej naiwności, nie umiemy odróżnić prawdziwego kapłana od księdza przebierańca. Gdy przychodzi otrzeźwienie, na ogół jest już za późno.
 
       Nie brak w Ameryce polskich księży i zakonów, który nie są wykształceni przez stary system prosowiecki. Dlaczego nikt nie zwraca się do nich o przysłanie księdza? Warto o to zapytać wreszcie polski episkopat. Pytano o to ówczesnego duszpasterza
emigracji polskiej, osiadłego na stałe w Watykanie po trudnych latach służby w
hitlerowskim Wehrmachcie (z którego uciekł w ostatnich dniach wojny, gdy upadek
Hitlera był już pewny), dziś emerytowanego arcybiskupa Szczepana Wesołego,
który przez cały okres swego pasterzowania emigrantom - w latach 1980-2003 -
uchylał się od wszelkiej odpowiedzialności za to, co działo się w świecie z Polakami pod jego „opieką”. Nie robił nic, gdy emigranci z rozbijanych parafii błagali
o interwencję. Taki wesołek.
       Z kolei, katolickim księżom amerykańskim, którzy zetknęli się z chrystusowcami, jak też emigrantom polskim, wcale nie było do śmiechu, gdy patrzyli na to, jak ks.
Winnicki, dolawszy oliwy do ognia Polakom, pędził zaraz do Amerykanów na swoje
seanse „uzdrowicielskie”, gdzie walił Murzynkami z łoskotem w podłogę, a na końcu sam wpadał w epileptyczne drgawki, w satanistycznym opętaniu, niczym wędrowny kaznodzieja z taniego westernu, któremu motłoch rzuca miedziaki do kapelusza po każdym występie. 
                                                                     
                                               
       Mimo, że w kwietniu 1984 roku stwierdzono dobitnie na łamach prasy emigracyjnej, że „rola księży z tego Towarzystwa, jako kapłanów misyjnych, jest skończona”, chrystusowcy nadal działają wśród emigrantów, nadal zakładają nowe „misje” i nadal czują się świetnie. Nic nie uległo zmianie za III Rzeczypospolitej. Rozbudowuje się tylko pałace w Poznaniu i za granicą.
        Nie ma już mowy, aby jak przed laty, generał zakonu z Poznania, ks. Szymanek, wizytując nowe parafie w USA, obrażał polskich emigrantów słowami od ołtarza, że „na emigrację wyjechała sama szumowina” - co zdarzyło się 22 lutego 1984 roku w nowo otwartej misji w Houston, w Teksasie. Na to jego osławieni następcy - jak np. Tadeusz Winnicki czy Bogusław Nadolski byli zbyt ostrożni, choć
destrukcyjną działalność podległych im księży, na niwie skłócania i rozbijania
parafii, czynnie popierali i otaczali parasolem bezkarności. Owoce tej postawy,
szczególnie w Stanach Zjednoczonych, są porażające i warte osobnego, szerszego
opracowania.
         W maju 2014 roku, na łamach „Gwiazdy Polarnej” ukazały się kolejne listy w
niekończącym się konflikcie z misjonarzami-chrystusowcami. Tym razem, bohaterem
jest ks. Jerzy Frydrych z misji pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbe w San Diego, w Kalifornii. Autorzy listów w sposób dość chaotyczny próbują oddać istotę sytuacji, która tam zaistniala. Nie przychodzi im to łatwo. Widać bezradność. Ponadto, samocenzura, widoczna w listach, dowodzi, że autorzy najwyraźniej obawiają się zemsty misjonarza i wykluczenia poza nawias wspólnoty z etykietką „wichrzyciela” walczącego z religią katolicką.
       Fragmenty obszernego listu pana Jana Jaroszyńskiego z San Diego:
       „(...) Jak żyję ponad 63 lata, jak przemierzyłem wiele dróg po świecie, tak spotkałem wielu dobrych i wyjątkowych księży, ale takiego „wyjątkowego”, jak ksiądz Jerzy [Frydrych] nigdy w życiu nie miałem okazji. Ksiądz ten zniszczył wiele dobra
wśród tutejszej Polonii, skłócił wielu parafian, których dziś już nie ma w tym
kościele. Ksiądz Jerzy żyje tylko dobrem doczesnym i co niedziela ściąga
„zielony” haracz. Gdy mu ktoś podpadnie lub nie pasuje, szybko wychodzi na
zewnątrz kościoła i cierpliwie czeka, aż dana osoba skończy różaniec, aby jej
powiedzieć, żeby więcej tu nie przychodziła. Tak się pozbywa parafian jemu
niewygodnych albo przynoszących małe korzyści. Tak samo, tutejszy biskup
[diecezjalny] już ma zasłonięte księdzem Jerzym oczy, bo dla niego [biskupa] też jest dojną krową.
        Tutejsi parafianie zostali skłóceni przez te 10 lat i rozdzieleni. Ksiądz Jerzy
doskonale dobrał sobie mafię, która kieruje tutejszym interesem kościoła. Jak
tu jestem od 30 lat, nie było w historii parafii takiego materialisty. Wręcz przeciwnie, księża byli dobrzy, kochali ludzi i Kościół, i kościół nasz funkcjonował, jak Pan Jezus ustanowił. Dziś ksiądz Jerzy zrobił z kościoła jarmark - ludzie nie idą już prawdziwie na mszę, ale aby coś kupić, co biznesmeni sprowadzają z Los Angeles albo - jak mają okazję - z Chicago (głównie kiełbasy czy inne produkty polskiego pochodzenia). To go trzyma, a reszta, to garnuszek kawy ze Starbucksa, bo przy niej można temu i owemu obrobić tyłek. (...) Zadzwoniłem i napisałem do jego przełożonego, o.
Bandurskiego [obecny prowincjał zakonu] i zapytałem, czy jest jakaś nadzieja, że w końcu stąd, z San Diego, ks. Jerzego zabiorą. Na to usłyszałem konkretną, delikatną i służbową zarazem odpowiedź, że ks. Jerzy jest tu już na stałe i tu jest jego miejsce. Prosiłem, aby mu znaleźć nowy kąt i dać szansę na nawrócenie, ale o. Bandurski odpowiedział mi, że ks. Jerzego każdy ma dość i nikt go nie chce. Na tym się skończyła nasza rozmowa. (...) Moim zdaniem, on nie zasługuje na to, aby nazywano go księdzem. (...) Cóż, czas pokaże, jaki los czeka tego poganina, manipulatora od robienia pieniędzy. W ostatnich latach nasprowadzał figur. (...) Taka jedna figura kosztuje 6 tys. dolarów. Może on myśli, że skoro funduje cielce, to zostanie tu niepokonany? Ale kij ma dwa końce, trzeba tylko cierpliwie czekać...”.
      Sęk w tym, że w tym przypadku przeczekiwanie niewiele daje. Czas pracuje zawsze na korzyść chrystusowców - zaciera w ludzkiej pamięci ich ubowski rodowód, do parafii przychodzą nowi emigranci, dla których ciemne czasy komuny w Polsce są
absolutną abstrakcją, a wszelkie patriotyczne uczucia zupełnie obce. Nie wiedzą, co to AK, Katyń, czwarty rozbiór Polski, Powstanie Warszawskie. Jeśli słyszeli o wojnie Jaruzelskiego z polskim narodem, to rację za stan wojenny przyznają Jaruzelskiemu. Dla nich też liczy się tylko pieniądz. Po to tu przyjeżdżają. Wśród nich, chrystusowiec będzie się czuł, jak ryba w wodzie. Prawdziwe pokrewieństwo dusz.
      Drugi list z San Diego podaje więcej szczegółów:
      „(...) Niegdyś, pełna zapału polska grupa etniczna wypałniała ten niewielki kościółek po brzegi. (...) Młodzież była wszędzie, aktywna i pełna entuzjazmu dla
polskości oraz samej misji. Rola tej placówki nie ograniczała się tylko do roli
kościoła, ale była bardzo aktywnym centrum kulturalnym i społecznym. Zorganizowana była polska szkoła, istniała polska biblioteka oraz sklepik.
Każda narodowa rocznica obchodzona była bardzo uroczyście, zapraszano
interesujących ludzi kultury, działaczy społecznych czy polityków. Misja prowadziła dobrze zorganizowaną działalność charytatywną, wspomagając, działające w przygranicznej części Meksyku, bardzo biedne, prowadzone przez polskich księży, misje. (...) W tym właśnie okresie „renesansu” naszej misji, powstał też pomysł organizacji corocznego, polskiego festiwalu, szerzącego wiedzę wśród lokalnej społeczności o kulturze, tradycji oraz, oczywiście, polskich smakach.
        Rok 2005 przyniósł ze sobą zmiany. Nowy, przysłany przez braci chrystusowców, ks. Jerzy Frydrych (...) miesiąc po miesiącu umacniał swoją kontrolę nad parafią. (...) Zainteresowanych szczegółami odsyłam na stronę internetową www.naszamisja.org, (...) Działalność jego [ks. Frydrycha] odbiega od litery misji oraz założeń Towarzystwa Chrystusowego, jednoznacznie określającego swoją rolę nie tylko jako prowadzącego pracę duszpasterską, ale też mającego jednocześnie na uwadze obronę zdrowego ducha patriotycznego, życia społecznego i kultury polskiej w przydzielonych im parafiach polskich. (...) Jego działania doprowadziły do likwidacji biblioteki, sklepiku, działalności charytatywnej, minimalizacji Polskiej Szkoły oraz innych organizacji społecznych z jednoczesnym ograniczeniem do absolutnego minimum roli doradczej rad - parafialnej oraz finansowej.
      Skutkiem tej działalności było to, że wielu parafian zaczęło odchodzić od misji, przechodząc do innych, amerykańskich parafii. W dalszej konsekwencji wiąże się to z bardzo słabą frekwencją na mszach (sobota średnio 15-20 osób, niedziela 9:00 - 10-20 osób, niedziela 11:00 - ok. 50-70). Konsekwencją tego faktu jest niska, $ 450-$
600, kwota zbierana na tacę (przypomnę, że koszt tygodniowego utrzymania
kościoła wynosi $ 1 270).
       Wszelkie propozycje oraz próby naprawienia tej sytuacji były odrzucane przez proboszcza, w związku z tym, sytuacja w polskiej misji w San Diego pogarsza się z roku na rok. (...) Niektórzy twierdzą, że ks. Frydrych dokonał renowacji kościoła,
salki parafialnej czy wybudował plebanię na terenie parafii. To prawda, lecz cóż nam po odnowionym budynku, gdy jest on pusty? Przypomina to piękną pisankę z psującym się jajkiem w środku.
       (...) Z przykrością muszę przekazać, że wielokrotne prośby przesyłane zarówno do księży Generalnego Przełożonego oraz tutejszego Prowincjała, błagające o pomoc, nie odniosły żadnego skutku, poza głęboką obrazą ks. Frydrycha na interweniujących. Listy do ks. Prowincjała kierowane były przez niego do
ks. Frydrycha w celu ich rozpatrzenia”...
          
     Jak widać, przez długie lata nic się nie zmieniło. Nic też nie wskazuje, że cokolwiek się zmieni. Parafie się rozpadają, wierni protestują i ślą listy, a karawana chrystusowców idzie dalej. Aktualnie (dane z 2011), zgromadzenie liczy 458 członków, w tym 393 kapłanów, 20 braci zakonnych, 37 kleryków i 8 nowicjuszy, realizując swoją misję w 6 prowincjach zagranicznych oraz w części obejmującej Polskę oraz tzw. Delegaturę Wschodnią; razem w 20 krajach (Polska, Brazylia, USA, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Francja, Hiszpania, Niemcy, Holandia, Włochy, Węgry, Wielka Brytania, RPA, Irlandia Płn., Islandia, Ukraina, Białoruś, Kazachstan i Rumunia).
      W Polsce, w posiadaniu zakonu znajdują się:Dom Główny Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu,dom rekolekcyjny wCzęstochowie,dom nowicjacki wMórkowie koło Leszna oraz domy zakonne w Łomiankach, Puszczykowie, Ziębicach.
Ich polskie ośrodki duszpasterskie, to: parafie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej
(18), parafie archidiecezji wrocławskiej (1), parafie archidiecezji gdańskiej (1), parafie diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej (1), parafie diecezji bydgoskiej (1) oraz parafia św.
Jadwigi Królowej Wawelskiej
w Poznaniu. Księża Towarzystwa Chrystusowego pełnią również funkcje kapelanów, w 4 domach zakonnych, należących do innych zakonów, znajdujących się na terenie archidiecezji poznańskiej.
       W Stanach Zjednoczonych, chrystusowcy osiedli najpierw w Sterling Heights
(stan Michigan), skąd ostatnio przenieśli się do Lombard, w stanie Illinois. Posiadają oni tutaj 5 wikariatów pomocniczych - w Baltimore (stan Maryland), Chicago (Illinois), Joliet (Illinos)), Las Vegas (Nevada) i Palantine (Illinois). Wszystkich parafii mają w USA 27.
       W dobie internetu reklamują się obficie jako zakon, którego celem „jest uwielbienie Boga i uświęcenie się poprzez naśladowanie Jezusa Chrystusa. W szczególny sposób Chrystusowcy włączają się w apostolstwo Kościoła powszechnego poprzez pracę na rzecz Polaków mieszkających poza granicami kraju. Poza posługą duszpasterską, księża służą Polonii opieką kulturową i społeczną”. Piękne.
       W innym miejscu czytamy, że Towarzystwo Chrystusowe, to „nowoczesny
apostolat emigracyjny”, który bierze pod uwagę całą złożoność procesów
związanych z opuszczeniem rodzinnego środowiska, wymaga czynnego zaangażowania świeckich i duchownych, którzy winni wspomagać się wzajemnie, tworząc Wspólnotę Apostolstwa Ludzi w Drodze. Celem Wspólnoty Apostolstwa Ludzi w Drodze jest służba Polonii poprzez systematyczne pogłębianie osobistej wiary, ewangelizację, propagowanie polskich zwyczajów religijnych, narodowych i mowy ojczystej, bez wykluczania kogokolwiek ze względu na pochodzenie czy język. Wspólnota Apostolstwa Ludzi w Drodze obejmuje wiernych różnych stanów: kapłanów, osoby zakonne i wiernych świeckich.
       Siłę dla swej trudnej posługi misyjnej znajdują chrystusowcy przede wszystkim „wEucharystii - źródle, szczycie życia i działalności Kościoła; adoracji Najświętszego
Sakramentu - miejsca osobistego spotkania z Chrystusem; sakramencie pojednania
i pokuty - nieustannym odnawianiu jedności z Bogiem; głębokim nabożeństwie do Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz synowskiej czci i miłości do Matki Bożej, Królowej Polski”.
       Jak się okazało w praktyce, „naśladujący Chrystusa” chrystusowcy nie bardzo biorą sobie do serca chwalebne zasady misyjne, którymi reklamują swój zakon na internecie. Dla nich „Apostolstwo Ludzi w Drodze”, to przede wszystkim czysty biznes. Celem tego biznesu jest nagrabienie jak największej ilości pieniędzy i wywiezienie ich do zamorskiej ojczyzny. Akcje misyjne tego zakonu, to jedynie wyprawy kolonialne po złoto. Nie mogą zrozumieć tego „ludzie w drodze”, emigranci
wyglądający wsparcia duchowego, czasem jedynie zwykłej rozmowy...
 
       Coraz częściej, inni księża polscy pozwalają sobie na cierpką uwagę, że chrystusowcy dlatego mogli okrzepnąć i egzystować w systemie totalitarnym, ponieważ przez cały czas współpracowali z reżimem, zaś ich główna działalność na wychodźstwie miała zawsze na celu inwigilowanie i rozbijanie wspólnot polskich. Są na to liczne przykłady i dokumenty, choć naprawdę aż trudno w to uwierzyć. Potwierdzeniem tego może być jednak coraz większy brak zaufania do chrystusowców wśród emigracji, jak również niewesoła sytuacja w pustoszejącym centrum Towarzystwa w Poznaniu. Czyżby ten spadek popularności zakonu był skutkiem obcięcia rządowych dotacji za wieloletnią, wierną służbę?...  
       Dziś Tow. Chrystusowe znajduje się w paradoksalnej sytuacji. Skończyły się reżimowe dotacje, „System Polonia” został zdeponowany w Moskwie, w konsulatach nie bardzo wiadomo z kim się rozmawia, a stare nawyki zbierania informacji i skłócanie środowisk emigranckich tak weszły niektórym misjonarzom w krew, że do dzisiaj nie mogą przestawić się na inną rzeczywistość polityczną. Prości, słabo wykształceni i nieobyci chłopscy synowie, z kompleksem niższości w stosunku do poziomu intelektualnego powojennej emigracji patriotycznej, a potem solidarnościowej, górujących nad nimi intelektem i wykształceniem, nie bardzo potrafią odnaleźć się w tym wszystkim.
        Z kolei, emigranci polscy trzeciego milenium, to ludzie świadomi swego położenia na obczyźnie, nie dający sobą manipulować czy wykorzystywać w niewłaściwym kierunku swoich przekonań. Trudniej jest wyciągnąć od nich pieniądze czy napuścić jednych na drugich. Są też bardziej odporni na stare schematy
wyzwalania w ludziach dzikich nastrojów, w którym celuje Tow. Chrystusowe.
Klerowi nie ufają i nie zależy im na budowie nowych kościołów. Nie potrzebują też pomocy księdza, by ułożyć sobie życie w nowym kraju. Czasy emigrowania
niepiśmiennego chłopstwa ze Śląska dawno już minęły. Dziś emigrant ma znacznie
lepsze wykształcenie i lepiej mówi obcymi językami niż jego ksiądz, pełniący kiedyś rolę przewodnika tych, którzy ruszali w świat podpisując się trzema krzyżykami. Nie ma też dawnej Bezpieki, Polska wybija się na wolność, tylko chrystusowcy są wciąż ci sami. Po prostu, ktoś zapomniał „przeprogramować” te sieroty po Stalinie.
      
        Kompromitujące sytuacje, na jakie narażona jest polska emigracja ze strony zakonu, współpracującego nie tak dawno z Bezpieką bolszewicką, prowadzą
do niepotrzebnego zamieszania, bolesnych rozczarowań i wielu ludzkich tragedii.
Okradanie wiernych, faworyzowanie prymitywnych zauszników i donosicieli,
arogancja połączona z bezprecedensowym chamstwem w traktowaniu ludzi - to
wszystko nie wróży chrystusowcom tego, że utrzymają się dłużej wśród emigracji.
Emigracja bowiem, obudziła się już z letargu.
 
 
 
 
Mirosława Kruszewska
 
 
Zainteresowanym podaję dla przypomnienia:
 
1/. Obecnym przełożonym generalnym chrystusowców jest ks. Ryszard
Głowacki
(od 2013). Przed nim funkcję tę pełnił ks. Tomasz Sielicki (2007-2013),
przejąwszy ster od ks. Tadeusza Winnickiego (1995-2007).
Adres: Tow. Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, ul. Panny Marii 4, 60-962 Poznań, tel. Polska 48-61-64-72-1000
Można także pisać przez internet klikając na link: http://serwis.chrystusowcy.pl/strona/kontakt/13

 2/. Prowincjałem chrystusowców na USA jest ks.Paweł Bandurski. Adres:
Society of Christ, 786 West Sunset Ave., Lombard, IL 60148
tel. 630-424-0401; fax 630 424 0409 ; SChprov@aol.com
lub provincial@tchr.us 

Jego zastępcą jestks.AndrzejTotzke.Adres:Holy Rosary Church,408 S. Chester St., Baltimore, MD 21231
tel. 410-732-3960; fax 410-675 4917; atotzke@gmail.com

 
3/. Od roku 2011 funkcję delegata do spraw Duszpasterstwa
Emigracji Polskiej, po biskupie Szczepanie Wesołym, objął biskup Wiesław
Lachowicz (ur. 1962). Jest on ponadto przewodniczącym Komisji d/s Polonii i
Polaków za Granicą oraz członkiem Komisji d/s Duchowieństwa. Rezyduje w
Watykanie.


 
 


 
 
 
 
 
 



 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale