*
6 grudnia 1993, godz. 5.00
Leżymy jeszcze spokojnie w łóżkach, ja i siostra. Ale spać nie możemy, intryguje nas zawartość butów, które dzień wcześnie postawiłyśmy koło swoich łóżek. Zaczyna powoli się rozjaśniać dopiero w okolicach godziny 6.00, a my jeszcze nie mamy odwagi sięgnąć po prezenty od Mikołaja. Wyciągamy ręce i, nie patrząc, próbujemy zgadnąć, co to jest. Robi się już całkiem jasno.
- Dobra, patrzymy? - Patrzymy.
Jak zwykle, są to jakieś drobiazgi, plus czekolada, albo inne słodycze. Zauważam, że Mikołaj zabrał też prezent, który schowałam dla niego za łóżkiem: ludzika z plasteliny i koślawie wyszywaną serwetkę.
**
24/25 grudnia, noc
Przyjazd do Białowieży, do dziadków. Jadąc samochodem robimy z siostrą doroczny konkurs liczenia choinek, każda przy swoim oknie w samochodzie. Liczymy głośno. Ale i tak siostra zawsze wygrywa, bo gdy przejeżdzamy przez Hajnówkę, mijamy blokowiska po prawej stronie, a ona siedzi po prawej. W dodatku mama jej pomaga liczyć. Ale i tak później liczy się tylko widok choinki w oknie dziadków, całej w anielskich włosach. Dziadek co roku opowiada, że włosy anielskie są starsze niż ciocia Ewa, lampki mają ze dwadzieścia pięć lat, ale działają. Przyglądam się starym ozdobom choinkowym, są ładniejsze niż u nas w domu, chociaż trochę podniszczone. Podczas Wigilii babcia, jak co roku, mówi, żeby wszystkich potraw po trochę spróbować, a dziadek mówi, żeby policzyć, czy jest tyle potraw, co trzeba. Liczymy. Czasem dla potrzeb statystycznych dodajemy kompot.
W nocy nie możemy zasnąć, bo wiemy, że to jest Noc, podczas której przychodzi Święty Mikołaj. O drugiej w nocy przychodzi dziadek z latarką i mówi, że tak hałasujemy, że on za ścianą wszystko słyszy. Nad ranem nie wytrzymujemy, idziemy po paczki, szeleszcząc, chichocząc i potykając się - przy okazji budzimy wszystkich w domu, ale nikomu to nie przeszkadza. Znowu tak samo, jak wcześniej, nie patrząc zaglądamy do paczek i wyjmujemy po kolei to, co tam jest. Szukam na choince i obok niej jakiegoś małego śladu świadczącego o tym, że Mikołaj rzeczywiście tu był. Może został włos z brody na choince? Idę do kuchni, patrzę na piec i na komin, i pytam się Babci, jak Mikołaj tędy przelazł, skoro jest gruby? Babcia odpowiada, że on ma swoje sposoby.
***
Rok później
Sprzątając w domu znajduję w jakimś kącie mój prezent dla Mikołaja, tylko plastelinowy ludzik trochę się pogniótł. Nie mówię nic mamie, ale mam jak najgorsze przeczucia. Podejrzeniami dzielę się z siostrą. W końcu zbieramy się na odwagę i stawiamy sprawę jasno, osaczając mamę przy zmywaniu naczyń:
- Mamo, to kto w końcu daje prezenty, Mikołaj czy wy?
Mama odpowiada niestety "My...". Mówi to takim tonem, jakby przyznawała się do jakiegoś ciężkiego przestępstwa. Kilka lat później mówi nam, że czuła się tak, jakby się nam kończyło dzieciństwo. Może i coś w tym jest, bo...
****
...jeszcze kilka lat później...
... stare lampki u dziadków popsuły się do reszty, prawdziwe choinki zamienili na sztuczną, bo tak wygodniej, i sprzątać nie trzeba po takiej, igieł nie gubi, nawet nie trzeba jej rozbierać, tylko wstawić na strych z całym rynsztunkiem. Ale zauważam, że Święta wcale nie stały się gorsze. Może dlatego, że wtedy już nie prezenty były takie ważne i wyczekiwane, ale na przykład przyjazd ulubionego wujka z Radomia?
*****
Życzę wszystkim Blogującym Wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, wszystkiego, co najlepsze i najważniejsze.
* Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe



Komentarze
Pokaż komentarze (12)