Ostatnio rzadko miałam czas na Salon 24, pisanie i komentowanie. To zaniedbanie było spowodowane praktykami, które właśnie odbyłam w liceum. Mam teraz garść ciekawych obserwacji i dobrych wspomnień, trochę krzepiących prognoz na przyszłość... po kolei.
Liceum w moim miasteczku, duży, ładny gmach (nie taki prostopadłościan, jak typowe szkoły), do którego jeszcze całkiem niedawno szłam blada jak ściana na maturę z polskiego wieszcząc sobie co najwyżej tróję na szynach (dostałam szóstkę). Liceum zbudowane z cegieł po niemieckiej kirsze, którą po wojnie rozebrano (trochę szkoda, bo widziałam tę kirchę na starych fotografiach, piękny budynek). Klasa języka polskiego, zielone ściany, pomarańczowe meble, zielone biurko, przy nim moja polonistka, jak zawsze otoczona tłumem petentów ("Pani mi źle punkty policzyła!", "Na kiedy napisać felieton do gazetki?"). Miły gwar i ja wiem, że też kiedyś chcę być centrum tego zamieszania i dostawać za to małą pensję. Czy to jest wywyższanie się, jeśli ja tak sobie myślę o sobie - mam chyba powołanie do bycia nauczycielem? (obiecuję, że to ostatnie nadęte zdanie w tej notce: nauczyciel, ksiądz, pielęgniarka, lekarz - to zawody, które się powinno uprawiać tylko z powołania).
Jeszcze się okaże, czy ja z tym powołaniem przypadkiem nie przesadzam, bo na pewno idealizuję i ten zawód, i swoje umiejętności.
Tak się złożyło, że miałam lekcje o "Ferdydurke" i "Konradzie Wallenrodzie". Zauważyłam, że polubiłam romantyzm. Mówiłam o Mickiewiczu tak, jakbym naprawdę uwielbiała tego poetę. "Konrada..." doceniłam dopiero kilka lat po liceum, kiedy to się nienawidziło zbiorowo i solidarnie romantyzmu. A potem przyszedł czas na zachwyt nad "Panem Tadeuszem", teraz zaś nad "Konradem...". Z "Ferdydurke" szło mi dużo gorzej, a myślałam, że będzie odwrotnie.
Fajne było to, że na początku lekcji uczniowie narzekali, że nic nie zrozumieli z tego durnego Konrada i że bez sensu, a na końcu udało się sprowokować dyskusję o słuszności postępowania Wallenroda.
A tak naprawdę to najfajniejsze jest samo mówienie, przekazywanie tego, co się wie, pomaganie w odnalezieniu czegoś ciekawego w Mickiewiczu. Zauważyłam, że sama dla siebie może bym się tak nim nie zauroczyła i nie doceniła. Ale chyba najlepsze jest to, że można się wygadać do woli, a ja lubię dużo gadać. I na końcu usłyszeć, że ma się predyspozycje. Teraz muszę pamiętać, że to są tylko predyspozycje i to o niczym jeszcze nie świadczy, fajnie sobie przyjść na dwa tygodnie i pobawić się w nauczyciela, a tak cały rok pracować, sprawdzać, poprawiać, mówić... na pewno nie jest tak sielankowo.
Już tłumaczę, o co chodzi z tymi liliadami. Moja polonistka ma też lekcje z WOK-u i zrobiła uczniom klasówkę, na której było pytanie o gatunki, które uprawiał Chopin. Jeden z uczniów napisał "liliady". Nie wiadomo za bardzo, co to jest, polonistka powiedziała mi, że ma hipotezę: może to połączenie słów "ballada" i tytułu jednej z ballad Mickiewicza "Lilie". Gdyby to był celowy neologizm, to byłby naprawdę bardzo udany.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)