Nie ma nic przyjemniejszego, niż letnie popołudnie w Wiślicy.
To nie jest miasteczko, choć formalnie jest. To większa wioska z Ryneczkiem, do którego przykega XIV-wieczna Kolegiata ufundowana przez Kazimierza Wielkiego, znana nam wszystkim ze szkolnego podręcznika do historii.
Ale ja nie o Kolegiacie, lecz o letnim popołudniu.
Przed wjazdem do Wiślicy zahaczmy o przylegające do niej od strony Pińczowa Koniecmosty. Tam każdy wskaże nam rzeźnika, który wyrabia najlepszą wędlinę w tej części Polski. Kupujemy u niego dwa grube plastry salcesonu (tego samego dnia wyrobionego) i dopiero wtedy jedziemy na wiślicki Rynek.
Kupujemy dwie bułki, rozkrawamy je, do nich wkładamy salceson, siadamy na ławeczce w mini parku i jemy. Jemy i obserwujemy leniwe życie tego miasteczka.
A dzieje się tam NIC. Nic lub w porywach niewiele. Czasem przejdzie obok nas pies (tam psy chodzą, nie biegają), wjedzie na ryneczek pusty pekaes, stanie, wejdzie do niego jedna osoba i dalej stoi, czekając na godzinę odjazdu. Ktoś podejdzie do babci sprzedającej pod murem Kolegiaty jajka prosto od kury ale nie kupuje, tylko chwilkę z nią porozmawia i odchodzi. Co pewien czas z baru "U Gieny" wyjdzie zmęczony mężczyzna i wolnym krokiem zniknie w jakiejś uliczce. Poza tym, nic.
Hipnoza, czas stoi w miejscu
A my, dalej siedzimy sobie w cieniu, salceson już zjedzony, mrużymy oczy i o niczym nie myślimy, jesteśmy jak ta rzucająca cień stara kolegiacka dzwonnica, z potężnymi dzwonami, które nie biją, bo po co ?
Totalny, absulotny marazm.
Nie ma nic przyjemniejszego, niż letnie popołudnie w Wiślicy.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)