Od kilku tygodni środowisko teatralne w Polsce obserwuje z rosnącym napięciem spektakl pt. „Odwoływanie dyrektora Mieszkowskiego”. Wydaje się, że sprawa ta będzie pierwszym poważnym sprawdzianem i jednocześnie nie lada zagwozdką dla ministra Zdrojewskiego.
Krzysztof Mieszkowski, dziennikarz i krytyk teatralny, został nominowany na dyrektora prestiżowego Teatru Polskiego we Wrocławiu decyzją ministra Ujazdowskiego we wrześniu 2006 roku. Nominacja ta od samego początku wywołała kontrowersje oraz protesty tych licznych, którzy uważają, że Mieszkowski nie ma żadnych merytorycznych kompetencji nie tylko do kierowania tak ważną sceną, jak wrocławski Polski, ale nawet do prowadzenia teatralnego kółka dziecięcego. Faktem jednak jest, że ten znany w środowisku krytyk, szef kwartalnika „Notatnik Teatralny”, twórca magazynu teatralnego w telewizyjnej Dwójce, „dostał szansę” wykazania się na dyrektorskim stolcu.
Jak się wykazał ? Zdaniem wielu (także moim) miernie, czyli niczym nie zaskoczył. Owszem, Polski pod kierownictwem Mieszkowskiego zmienił się, jednak zdryfował w kierunku „świetlicowości” kosztem po prostu dobrego teatru. Aliści ten post nie o tym, jeno o „odwoływaniu”.
Po wyborach parlamentarnych, rozeszła się po wrocławskim Rynku wieść, że dni Mieszkowskiego jako dyrektora są policzone. Najsampierw na te pogłoski zareagowali najbliżsi współpracownicy dyrektora, smarując list – a jakże – „protestacyjny” przeciwko pogłoskom (sic!) o odwołaniu ich pryncypała i podpisując się pod nim znamiennie, jako „ludzie teatru”.
Pogłoski oczywiście się potwierdziły - pod koniec listopada wicemarszałek dolnośląski poinformował, że kontrole w największym wrocławskim teatrze wykazały 1,4 mln zł strat, w związku z tym urząd marszałkowski chce pozbawić Krzysztofa Mieszkowskiego funkcji dyrektora naczelnego i artystycznego natychmiast, by nowy sezon przygotowywał już ktoś inny.
Wobec takiego dictum władzy, na następne „listy protestacyjne” nie trzeba było czekać długo. Wystosowali je do ministra kultury kolejno: zespół Teatru Polskiego, studenci wydziału aktorskiego PWST, sam Teatr Polski, tzw. „ludzie kultury” oraz dyrektorzy teatrów (niektórych). Wszyscy są oburzeni, dają odpór krytyce i proszą ministra o nieodwoływanie Mieszkowskiego. Szybka, solidnie zorganizowana akcja towarzystwa (nazywanego w Polsce także korporacją).
No i cóż na to wszystko minister Zdrojewski ? Ano, na razie nie wiadomo. Przypomnę – teatr przyniósł 1,4 mln zł. straty, poziom artystyczny spektakli powszechnie uznawany jest za co najmniej kontrowersyjny, a jest to moim zdaniem ocena delikatna. Przykładowo: kontrolerzy urzędu marszałkowskiego kwestionują zakup rekwizytów przez Teatr Polski we Wrocławiu, m.in.: slipów za 70 zł, stanika za prawie 80 zł, butów za 229 zł, a także szminki za 100 zł i papierosów za 123 zł. Zarzuty dotyczą poprzedniej premiery wrocławskiego teatru - "Zaśnij teraz w ogniu" Przemysława Wojcieszka, do której rekwizyty w sumie kosztowały ponad 47 tys. zł. (!).
Czy minister ugnie się pod naciskiem teatralnej korporacji i nie zdymisjonuje Mieszkowskiego, wbrew jednoznacznym, świadczącym o nieudolności dyrektora faktom ?
To będzie ważna decyzja ministra, nie tylko dlatego, że jego pierwsza, ale także pokazująca, czy pozamerytoryczne, środowiskowe naciski mogą zabić pryncypia prawne i moralne, którymi chce – ponoć - kierować się obecny rząd ?


Komentarze
Pokaż komentarze (20)