
Nie pamiętam, kto podarował mi kalejdoskop?
Kiedy pierwszy raz przystawiłem tubę do oka naiwną ręką dziecka, uwierzyłem w świat, który w niej zobaczyłem.
Pokochałem barwy i obrazy zmieniające się za każdym razem, kiedy tylko tego zapragnąłem.
Starałem się zapamiętywać powstające figury, jednak nigdy nie chciały się one powtarzać.
Chwile były jedynymi w swoim barwnym rodzaju.
Od tamtej pory moje kolorowe marzenia, miały mnie nigdy już nie opuścić.
Niebawem za sprawą siostry Władysławy - mojej pierwszej katechetki - poznałem najlepszego i jak się potem miało okazać jedynego przyjaciela. Pogadanki o wspaniałym Chrystusie pamiętam po dziś dzień, a kolejny obrazek, który dostawałem na koniec katechezy, z namaszczeniem chowałem do zeszytu, aby w domu oddać się uczcie kolorowania go, a nauczyciela miałem wytrawnego, gdyż był nim mój kalejdoskop.
Pamiętam doskonale gruby tom z baśniami Andersena i swoją pierwszą miłość jaką zapałałem do Małej Syrenki.
Jakże bardzo chciałem pomóc Dziewczynce z Zapałkami.
Pamiętam także, że wkładałem rękę do piecowego popielnika, aby wyciągnąć zeń ołowiane serduszko - pozostałość po dzielnym żołnierzyku zakochanym w swojej pięknej tancerce.
Rzewne łzy kapały mi z oczu, kiedy się okazało, że Nemeczek umarł na próżno.
A kiedy mama mnie spytała, dlaczego płaczę, pokręciłem tylko głową, starając się, nie wybuchnąć szlochem, próbując jej powiedzieć, że i tak nie zrozumie męskiej przyjaźni, która łączyła mnie z moim bohaterem.
Niedługo potem z Tomkiem Wilmowskim zwiedziłem cały świat, poznając florę i faunę wszystkich kontynentów.
Szelmy Sawyer i Finn, także pokazały mi swój świat obfitujący w przygody na każdym kroku.
To od nich się dowiedziałem, że można kogoś ukarać, tarzając go najpierw w smole, a potem w pierzu.
Sienkiewicz uczył patriotyzmu i pozwolił poznać wspaniałych ludzi.
Dopiero potem Joyce podpowiedział mi jak - już w tym dorosłym świecie - można odnaleźć siebie.
Norwid, Mickiewicz i Baudelaire mówili mi, czym jest poezja.
Gdy dzisiaj biorę do ręki - już mniej naiwnej - swój kalejdoskop, to patrząc weń, nie dostrzegam żadnych kolorów ani figur.
Nie przynosi skutku nerwowe potrząsanie nim, ani też przecieranie obiektywu czystą szmatką.
Czerń w tubie kalejdoskopu pogłębia się jeszcze bardziej poprzez zjawiska akustyczne dobiegające z zewnątrz.
Kiedy patrzę na szklany ekran telewizora, kiedy wychodzę z kina, kiedy staram się zapoznać z najnowszymi wydarzeniami na świecie, słyszę cały czas ten sam głos - kwik świni.
Niezależnie od tego, czy mówi do mnie spiker, czy też ładna panienka w jakiejś reklamie, bądź polityk z sejmowej ambony, to ja i tak słyszę jedynie świński kwik.
Nie wiem tylko, czy jest to naśladownictwo, czy jest to naturalny dźwięk.
Wszystkie wcześniejsze doznania zamieniły się w czarną przestrzeń, wybiegającą daleko poza mój niegdyś wspaniały, żywy kalejdoskop.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)