Dzień podobny do wczorajszego, bowiem mży od bladego świtu, a różnica tkwi jedynie w tym, że jest czwartek, a nie środa. Podobnie zresztą było też przedwczoraj i wcześniej i jeszcze wcześniej i już nie pamiętam jak wygląda mój cień.
Na trotuarze łożył się blask świateł ze sklepowych witryn, tworząc lśniącą powłokę na jego mokrej powierzchni.
Mijając chyba najjaśniejsze miejsce na chodniku, spojrzałem w kierunku wystawy.
Centralnym punktem ekspozycji był manekin odziany w doskonale skrojony, czarny garnitur i biegunowo kontrastującą koszulę o chyba najbielszym odcieniu bieli. Pomostem łączącym obie skrajności barw, był krawat w kolorze wędzonego łososia, a splendoru całej projekcji dodawała nazwa firmy, której logo było znacząco wyeksponowane.
- Ciekawe jakbym wyglądał, gdybym się odpier... w taki garnitur - pomyślałem, zerknąwszy na swoją ortalionową kurtkę, przy kupnie której na metce widniał napis: “wodoodporna”.
Uznałem, że ewentualna zmiana garderoby akurat w tej chwili byłaby, delikatnie mówiąc mało rozsądną.
Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie deszcz tak doskonale komponuje z otoczeniem - pomyślałem na którejś z kolejnych, mijanych ulic, patrząc na oddalające się czerwone światła czarnej taksówki.
Jakaś kobieta odbiła się ode mnie, podczas gdy jej pole widzenia było skutecznie ograniczone dużym parasolem, a jej miły uśmiech przy wypowiadanym “przepraszam”, uznałem za wystarczającą rekompensatę za utratę dopiero co odpalonego papierosa, który cicho syknął przy spotkaniu z mokrym chodnikiem.
- Nic nie szkodzi - odpowiedziałem, szczerząc zęby, patrząc na jej ładną twarz.
Zegary. Po co ich, aż tak wiele? Jeżeli ktoś stwierdził, że “szczęśliwi czasu nie mierzą”, to kto tutaj postanowił obalić tą teorię i czy świadomie?
Może?
Poczynię mały eksperyment, udając się do zegara, który ktoś umieścił na ziemi, a różni się od innych też tym, że wykono go z ...kwiatów i spróbuję patrząc na niego, nie widzieć którą wskazuje godzinę. Nie chcę widzieć. Może się uda. A jak się nie uda? E tam, szczęścia chyba mi to nie odbierze, gdy jednak zauważę, która jest godzina.
Zbliżając się do tej osobliwości, dostrzegłem młodego chłopaka z dziewczyną, którzy na przemian fotografowali siebie, wkomponowując w kadry kwiecisty zegar.
Kiedy młodzian mnie zauważył, ucieszył się i w oczekiwaniu, aż się zbliżę, uśmiechał się do mnie serdecznie.
- Cześć! Mógłbyś zrobić nam zdjęcie na tle tego zegara - spytał.
- Cześc! Czemu nie - odrzekłem, biorąc do reki aparat.
Mało co nie wybuchnąłem śmiechem, kiedy porównałem obiektyw aparatu do wiadra z którego Valentino - alpaka bynajmniej nie z Andów - pije wodę.
- Ale, czy potrafię, bo pada i światło chyba nie jest najlepsze - rzekłem do uśmiechniętych od ucha do ucha młodych ludzi.
- Wystarczy tylko nacisnąć, o tu - odpowiedział chłopak, wskazując na przycisk w aparacie.
- Ok! - odparłem, oddalając sie tyłem, z przystawionym do oka aparatem, próbując uzyskać jak najlepsze ujęcie.
- Gotowe!!!
- Dziękuję bardzo - odpowiada chłopak, wyciągając dłoń do uścisku.
- Nie ma sprawy. Skąd jesteście - pytam.
- Z Japonii. Jesteśmy na wakacjach. Ostatni tydzień spędziliśmy w Irlandii, a teraz jesteśmy tutaj. Jutro jedziemy na Szetlandy.
- Świetnie. Życzę wszystkiego dobrego i pięknych wakacji.
- Dzięki - odpowiedzieli równocześnie.
- Z jakiego miasta w Japonii jesteście - pytam na koniec.
- Oboje jesteśmy z Tokio.
- Jeszcze raz wszystkiego dobrego! - powiedziałem, ruszjąc w swoim kierunku, machając młodym Japończykom na pożegnanie.
Młodość i szczęście - te dwa słowa pojawiły się w myślach po spotkaniu z tak radosnymi ludźmi.
Ciekawe, czy oni dostrzegają mnogość zegarów - pomyślałem - i czy znają maksymę o szczęśliwych i czasie i w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie dostrzegłem na kwiecistym choronometrze, którą ten oznajmiał godzinę.
Czerwona elewacja pubu krzyknęła do mnie - “jesteś”!
Wewnątrz było kilka osób, zajętych mocno sobą.
- Poproszę whisky - powiedziałem, zwracając sie do barmana.
- Jaką, proszę pana - spytał.
- Którą polecisz?
- Ooooohoho!!! - zaintonował i dodał przystawiając szklaneczkę do zielonej butelki - Ta jest świetna proszę pana.
- Podwójną!
- Oczywiście proszę pana!
Zaopatrzony w porcję ambrozji, zająłem miejsce przy jednym z wolnych stolików, stawiając z namaszczeniem szklaneczkę na machoniowym blacie.
Po chwili pojawiła sie miła pani, donosząc mi metalowe naczynie z wodą.
- Pełen kunszt - rzekłem cicho do siebie i zaraz podziękowałem pani grzecznie.
Smak torfu i jakiegoś wodorostu przepełnił usta, a płyn z emfazą powędrował do trzewi, wypełniając je wspaniałym ciepłem.
Pierwszy łyk zawsze jest najlepszy.
Patrząc w jasno - bursztynową zawrtość szklanki, wydedukowałem, że brytyjski pub różni się zasadniczo od innych tym, że jest pubem po prostu.
Zjawisko kulturowe, które wkomponowano w polską rzeczywistość m.in., wygląda tak, jak wyglądałby minaret na Jasnej Górze.
Spojrzałem na stryczek - logo przybytku w którym gościłem i skojarzyłem sobie od razu historię, którą niedawno poznałem, będącą bezpośrednią przyczyną mojej wiyty tutaj i która to historia traktuje o człowieku straconym na szubienicy w 1666 roku, za kazanie wygłoszone w jednym z tutejszych kościołów, które przez idiotów zostało zinterpretowane jako mowa przeciwko ówczesnej władzy, kiedy odczytali oni słowa, że Judasz był synem Szatana i wrogiem Kościoła, jako aluzję pod adresem ówczesnych rządzących.
Egzekucji dokonano vis a vis “Ostatniej kropli”, miejscu publicznych egzekucji zresztą.
Nazwa lokalu jest o tyle uzasadniona, że nieszczęsnicy, których wieszano na placu przed pubem, raczyli się tu ostatnim posiłkiem i ostatnią porcją whisky w swoich zazwyczaj krótkich żywotach.
Hugh Mackail o którym wspomniałem, miał zaledwie 26 lat, kiedy przerwano jego młode życie, a jego czterej towarzysze niedoli, których powieszono wraz z nim, także byli ludźmi młodymi.
“Pomijam wszystkich innych i kieruję swoje słowa do ciebie mój Panie. W tej chwili rozpoczynam obcowanie z Bogiem, które już nigdy niczym nie będzie przerwane.
Żegnaj ojcze i żegnaj matko. Żegnajcie moi krewni i przyjaciele.
Żegnaj świecie ze swoimi rozkoszmi.
Żegnajcie żarcie i picie.
Żegnajcie słońce, księzycu i gwiazdy.
Witaj śmierci.
Witaj życie wieczne!”
Jedni mówią, że młody Mackail wyrzekł te słowa stojąc już na szafocie, a inni twierdzą, że wypowiedział je przed wychyleniem ostatniej w życiu whisky w “Ostatniej kropli”.
Ciekawy jestem, przy którym stoliku siedział - pomyślałem ze smutkiem.
Nieźle poje... jest to wszystko, tym bardziej, że dzisiejsza rzeczywistość, nie jest, aż tak różną od tej, wspólczesnej Mackail’owi.
Ostatnia kropla?
Nie sądzę - pomyślałem podchodząc do baru.
- Poproszę jeszcze raz to samo!
- Oczywiście proszę pana....
Fotografia i garfika pochodzą ze strony fxcuisine.com/


Komentarze
Pokaż komentarze (7)