MojeWpisy
Miał być Tylko Jeden wpis na tym blogu. Stąd nick. Ale...
2 obserwujących
6 notek
14k odsłon
  223   0

Wybory – mniejsze zło?

Są tacy (jak choćby Rafał Ziemkiewicz), którzy przedstawiają kwestię wyborów jako wybór „mniejszego zła”. Po jednej stronie: kulturowi marksiści i ich pomagierzy (gotowi przy okazji wyprzedać Polskę dla własnej korzyści); po drugiej stronie, może nie najlepsi, ale za to chroniący przed najgorszym. Ale czy rzeczywiście?

Czy wybierając mniejsze zło uda nam się uniknąć zła wielkiego? To jest destrukcji Polski jaką (jeszcze) znamy i zwycięstwa czegoś, co najlepiej opisuje termin: kontrkultura? Niestety, przykłady wielu państw Zachodu (jak choćby Kanady) pokazują coś wręcz przeciwnego. Do zwycięstwa współczesnej kontrkultury potrzeba czasu. Musi być ona dawkowana powoli. Kolejne roczniki trzeba wychowywać według coraz bardziej progresywnych wzorców. W przeciwnym razie szok wywołany gwałtownym atakiem na normalność, mógłby spowodować szeroki i gwałtowny sprzeciw. Nieodmiennie narzuca się tu przykład z „gotowaną żabą”. Jeśli wrzucić ją do gorącej wody – ucieknie. Jeśli umieścić w letniej i powoli podgrzewać – można łatwo ugotować.

Myślę, że to właśnie długoletnie rządy partii „konserwatywnych” – z nazwy i frazeologii – które jednocześnie ‘po cichu’, koniunkturalnie ustępowały wojującemu postępowi w kolejnych dziedzinach, umożliwiły przekształcenie społeczeństw Zachodu w to, co obecnie widzimy. Ludzie byli uspokajani i ‘usypiani’: „Reprezentujemy wartości konserwatywne! Nie pozwolimy szerzyć się tym progresywnym ideologiom!... Ale wiecie, aby wygrać wybory (po to, aby bronić wartości konserwatywnych rzecz jasna!) musimy, po prostu MUSIMY ustępować tu i tam.” Krok po kroku. Tak mniej więcej wyglądało to w wielu krajach.

Czy z identyczną sytuacją mamy obecnie do czynienia w Polsce? Na ile PiS jest partią w istocie konserwatywną, a na ile jest to wyborcza taktyka, polityczna konieczność? Ta sama konieczność, która kazała NZS-owcowi Schetynie wziąć na listy starych PZPR-owców w wyborach do europarlamentu. Czy było to marzenie Schetyny? Plan i cel realizowane przez lata? Nie. Po prostu: chłodna kalkulacja i wynikająca z niej ‘polityczna konieczność’.

Przyjrzyjmy się więc PiS-owi, a właściwie Jarosławowi Kaczyńskiemu – bo to on ma decydujący głos od samego początku PiS. Jakie są jego przekonania? Co naprawdę mu „w duszy gra”? Przyznaję. Trochę czasu mi zajęło dostrzeżenie niezwykłej trafności spostrzeżenia Pana Ziemkiewicza, że Jarosław Kaczyński jest w gruncie rzeczy UD-ekiem. Ideowo i mentalnie jest członkiem Unii Demokratycznej. Tyle, że przy stoliku Geremka, Kuronia, Michnika i Mazowieckiego zabrakło dla niego miejsca. Stworzył więc Porozumienie Centrum. To wtedy jeszcze mógł wybierać to, do czego mu najbliżej. Później, to realia polityki coraz bardziej i bardziej wyznaczały mu miejsce na scenie (politycznej). Aż wreszcie został niekwestionowanym przywódcą „prawicy”.

Ile jest więc w PiS i JK konserwatyzmu? W sferze werbalnej: mnóstwo. W realnych posunięciach? Wielu konserwatywnych autorów opisało i opisuje działania PiS w kwestii: aborcji, konwencji stambulskiej, ustawowego zakazu dla ideologii gender, zakazu dla seksedukatorów, ucięcia grantów i innego finansowania dla ideologów kontrkultury, itd., itp. Szkoda słów. Postępowanie PiS w pełni oddaje tu popularne powiedzenie o gonieniu króliczka – tak, aby go przypadkiem nie złapać.

Jarosław Kaczyński nie chce postawić tamy postępowym ideologiom. Są mu one potrzebne, by wciąż szantażować swych wyborców ich obecnością. Im silniejsze będą – tym lepiej. Większa siła perswazji.

Z wielu różnych działań JK, najbardziej wymowny jest jego stosunek do Marszu Niepodległości. Oficjalnie nie bierze w nim udziału ze względu na możliwe zadymy, i to, by nie być kojarzonym z Narodowcami, ONR, itd. Wolne żarty. Tak, jakby dla jego wrogów z TVN i Wyborczej miało to jakiekolwiek znaczenie. Dla nich, i dla wielu zagranicznych mediów, i tak jest „patronem Narodowców”, „skrajnej prawicy”, itp. A zadymy i rozróby są „skutkiem polityki PiS”, bo „zachęca i daje przyzwolenie”, etc.

A mimo to, JK konsekwentnie odmawia udziału w ponad stutysięcznej manifestacji patriotów. Nie zważając na wyborcze koszta takiego postępowania. Dlaczego? Właśnie.

Czy więc PiS rzeczywiście jest „jedyną nadzieją”, „zaporą” chroniącą nas przed triumfem kontrkultury i tego wszystkiego, co niesie ona ze sobą? Czy raczej prowadzi nas drogą przetartą przez wiele podobnych mu „konserwatywnych” partii Zachodu? Drogą, która kończy się tym, co widzimy w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, etc.

Tak wielkie sukcesy postępu nie byłyby możliwe, gdyby nie „konserwatywna” partia, która pomoże przeprowadzić społeczeństwo przez najtrudniejszy dla ideologów okres – gdy jeszcze są zbyt słabi, a ich idee nazbyt rewolucyjne. Partia usypiająca czujność, stwarzająca pozory walki z naszym kontrkulturowym wrogiem. Po cichu zaś, przyzwalająca by chore idee rozprzestrzeniały się w szkołach, uniwersytetach, teatrach. Kolejnych kilkanaście roczników – i budzimy się w innej rzeczywistości. I nie ma znaczenia, czy jest to zamierzone i planowane, czy też nie. Liczą się skutki.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka