mona mona
86
BLOG

Rosja - europejski "głupi Jasio?"

mona mona Polityka Obserwuj notkę 1

 

Jedna z moich ulubionych blogerek napisała kiedyś w komentarzu, że popełniłam tekst zbyt zawikłany, że niektórym trzeba „po literkach”. Może i trzeba, może błędem jest założenie, że na tym blogowisku rzadko trafia się prawdziwy idiota. 

Podobny błąd, w wielkiej polityce, popełniają inni.   

 

Jarosław Kaczyński ma zaiste denerwujący sposób wypowiedzi. Wciąż używa skrótów myślowych, zakładając, że wszyscy są – choćby domorosłymi – historykami, lub że większość ludzi zrozumie cytat o „innych demonach". Skutkiem jest sytuacja:

 

Stało się pewnego razu – heeej:

Dziad przemówił do obrazu – heeej,

A obraz mu ani słowa – heeej!

Taka była ich rozmowa – rym, cym, cym, cym.

 

JK jest absolutnie pewny, że wszyscy doskonale wiedzą, co ma na myśli mówiąc, że zapraszanie Putina było niepotrzebne - etc. Zapomina, że polskie społeczeństwo historię, a już zwłaszcza historię Rosji, zna mocno z widzenia, więc w żaden sposób nie pojmie rzeczy dla niego, dla JK, całkiem oczywistych.   

 

W tym miejscu usiłowałam wyguglić, kto z Rosjan - i kiedy – użył opisu cech narodowych, konkretnie różnic dzielących Polaka i Rosjanina. Bez skutku, nie znalazłam, ale niemniej – użyję tego opisu, jako opisu właśnie, bo – jak zapodano wyżej – źródła nie mogę znaleźć ( a ewentualnych wiedzących proszę o informację). Podejrzewam Bakunina, ale niech mnie jednak oświeci ktoś, kto wie.

 

Opis brzmiał następująco: w charakterze Rosjanina jest zasada „ minimum ofiarności, maksimum pokory”, a w charakterze Polaka – całkiem na opak.

Uzasadnienie było mniej- więcej takie: Polak „całą duszą” buduje dom, dobrowolnie poddając się licznym wyrzeczeniom. Jeśli trzeba – ukradnie, itd.

 

 A kiedy przyjdzie na to czas – stanie na progu tego domu z jakąś luparą i zginie, nie bardzo się zastanawiając, czy koniecznie musi.

Rosjanin tego nie zrobi. Ewakuuje się, jeśli pokorna prośba o litość nie przyniesie skutku.

Przyjaciel – mróz zwykł przychodzić z pomocą.

 

Ludziska, czego sie spodziewaliście po Putinie?

Rosja ostatnich czasów ma niemal puste ręce w kwestii tradycji, odniesień do czegoś wielkiego.  

 Zwłaszcza po „unieważnieniu” rewolucji.  Wojnę wygrał, przynajmniej dla Rosjan, Stalin. Wszystko, co piękne i dobre – to wojenne bohaterstwo czasów Wojny Ojczyźnianej.

Więc co miał powiedzieć Putin? Niepotrzebnie człowieka gwałcono w kwestii uczestnictwa w obchodach 1 –go września.

 

Jak mniemam, o to chodziło JK.

 

 Co ważniejsze – Putin głęboko wierzy w to, że wszystko, co się stało, od paktu Ribbentrop – Mołotow, wkroczenia wojsk sowieckich 17 września, aż po Katyń – najzwyczajniej Rosji służyło. I to jest dla niego najważniejsze, ale przecież tego nie powie!

 

Już mniejsza o status Putina. Ważniejsze jest, że to człowiek ruski, od onucy do antenki przesiąknięty odwieczną filozofią strachu przed nieznanym, pogardą dla słabszego, wykorzystaniem kłamliwych argumentów, jeśli tak trzeba. Na ogół trzeba, Rosja ma zwyczaj plątać się w zeznaniach, a „odkręcanie” zwykle powoduje nakręcanie spirali kłamstwa.

To też jest element tradycji, wprawdzie znacznie wcześniejszej, ale kształtującej mentalność zarówno narodu, jak władzy.

 

Jest to echo straszliwej niewoli mongolskiej, zwanej później tatarską, wczesnoazjatycki model świata, którego dawno już nie ma, ale który położył swoja straszną pieczęć na podbitych narodach ruskich.

Ukraina się z tego jakoś otrząsnęła, wchodząc w skład Rzeczpospolitej, kraju o krańcowo różnej mentalności. Zostawiam na boku problem, komu to wyszło, lub nie – na zdrowie.

 

Rosji nie przeszło.

Nie zamierzam bawić się w szczegółowe opisywanie historii Rusi, ale ten podbój ziem ruskich przez Batu- Chana jest czasem hańby, przynajmniej dla Polaka, przyzwyczajonego do swojej historii, do tego umierania na progu zbudowanego z trudem domu.

Ze zdziwieniem konstantuje się, że nikt nie wydał Mongołom walnej bitwy, nie było kandydatów na Henryka Pobożnego, który bitwę przegrał, ale nawałę zatrzymał, ginąc „na progu domu”.

 

Książęta ruscy latali prosić o łaskę, uciekali, mając w pamięci straszliwy los Bułgarów, którzy pierwsi padli ofiarami mongolskiego barbarzyństwa. Robili rzeczy przeróżne – ale walczyli z konieczności, kiedy miasto zdobywano po oblężeniu. Oczywiście z miasta zostawały zgliszcza.

W czytelniku takich dziwnych historii pozostaje nadzieja, że władcy chodziło o los poddanych – ale nadzieja szybko dostaje w łeb – rzecz kończyła się rzezią.

A co potem?

Ano, niewiele. Książęta zostawali władcami, nawet cerkiew została cerkwią. Tyle, że władzę trzeba było osobiście  potwierdzić każdego roku, otrzymując w chanacie „jarłyk”. Nie jechało się po to z pustymi rękami, a potrzebne apanaże zdobywało się, łupiąc poddanych bez cienia litości. Stawką była utrata władzy, na rzecz bardziej cwanego, bardziej bezwzględnego, bardziej kłamliwego księcia. I oczywiście – bardziej hojnego. Niekiedy chodziło o więcej – o życie. Złota Orda nie była systemem ani sprawiedliwym, ani łaskawym.

Niepotrzebne okazały się nawet stałe garnizony tatarskie - władcy ruscy „dawali sobie radę” sami, kontrolowani jedynie przez „baskaków”, lotne oddziały powołane do tej właśnie kontroli miejscowej władzy. 

 

  Jedno jest pewne: ta niewola, 240 lat trwania Złotej Ordy na ziemiach ruskich, to czas straszliwy, tak jak straszliwy był czas podboju Batu- Chana. To one, te czasy ukształtowały te wspomniane charaktery: lizusostwo i bezwzględność tych blisko władzy, bierny imposybilizm ludu.

I przemożną, trwającą przez wieki, podskórną chęć zabezpieczenia się przed takim losem.

To coś podobnego do izraelskiego „nigdy więcej”.

 Do tego właśnie potrzebne jest Rosjanom złudzenie mocarstwowości, które władza mu – póki co – wmawia, ale czyni starania, aby słowo stało się ciałem. Bo Rosjanin na Kremlu – to też Rosjanin. Ma tylko więcej do stracenia.

 

 

 Gadające głowy, nawet te, które wiedzą o co rzecz biega, mają na ogół zbyt ciasne gardła, żeby powiedzieć prawdę: nie ma sposobu, żeby przekonać Rosjanina, zwłaszcza tego z Kremla, że liczy się cokolwiek, poza Rosją i jej interesami, a już zwłaszcza jakieś głupie pojęcia typu „honor”. W tej kwestii każdy zawarty układ jest wart papieru, na którym go napisano, jeśli w międzyczasie sytuacja ulegnie zmianie.

 

 Ale - znamy, znamy...- to nie dotyczy wyłącznie Rosji. Jej dotyczy tylko ta cudowna lekkość kłamstwa, tak samo w stosunkach wewnętrznych, jak międzynarodowych.

 

Bo czasy się zmieniły i to, co kiedyś bezkarnie można było wcisnąć ogłupiałemu narodowi, dziś ten naród może sobie skonfrontować włączając zagraniczną stację, czy odpalając internet.

 

Podstawowym interesem władców Rosji jest jak najdalsze odsunięcie granic od tegoż Kremla Gdyby się dało - to choćby do Canberry. Ale się nie da, ani siłą, ani "sposobem".

 

Natomiast sposobem da się wykombinować choćby rosyjskie namiestnictwo na terytoriach, mogących stanowić strefę zaporową dla Rosji w ogóle, a dla Kremla - w szczególności. Przypuszczam, że ta nadzieja przyświecała rosyjskiemu premierowi, który swoja wizytą – chciał, czy nie – potwierdził fakt, że wojna zaczęła się znacznie wcześniej, niż sądzą Rosjanie, a Rosja utraciła dziewictwo zanim nadszedł pamiętny 22 czerwca.

 

Punkt dla Tuska: postawił się, kiedy już musiał.

Ale co nam z tego przyjdzie? Satysfakcja, że zmusiliśmy faceta do wysłuchania gorzkich żalów? Przecież on to wszystko wiedział, tylko  w i d z i a ł  sprawy w zupełnie innym świetle, co mu raczej nie przejdzie.

 

To jest pytanie, które stawia Jarosław Kaczyński, drodzy nieświadomi.

 

Bo większość gadających głów rozprasza się na dywagacje, że Rosja już tak ma – i tyle. Kuku na muniu, jednym słowem, więc – „ciiii…”

 

   

 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka