Środa rano: wyraźnie zdumiony Ziemkiewicz ogłasza: Platformie nie spada - mimo wszystko.
Otwieram "Dziennik" - prof. Śpiewak ma to samo zmartwienie, twierdząc, że to właśnie przepowiadał od dawna - ale genezy zjawiska nie rozumie. Dziwią sią dziennikarze wszystkich możliwych stacji, choć nie wszyscy się martwią. Jednym słowem "Platforma może wszystko".Bezkarnie. I nikt nie wie, dlaczego.
A ja wiem.
Wiem to od kilkunastu dni.Z najlepszego źródła, od zupełnie przeciętnego człowieka - wyborcy PO.
Proszę państwa - blogerstwa, jak mało wiemy o prawdziwym świecie "milionów Polaków"...
Najkrócej mówiąc - zamknięto mnie w pewnym odosobnieniu ( od razu zaznaczam - nie tam, gdzie myślicie!), gdzie trafił mi się niezwykle ciekawy rozmówca. Rozmowa trwała non -stop dni kilka, ale zaczęła się razem z czasem afer, co było wygodnym przyczynkiem do finalnego zapytania wprost. Bo zwykle indagowani przysięgli wyborcy Paltformy odpowiadają: " a u Was Murzynów biją", albo plotą rzeczy, których po prostu n i e m o ż n a uznać za prawdziwy argument.
.
I oto w tym specjalnym miejscu spotkałam człowieka, dawnego sąsiada "ogród w ogród", z którym ze względu właśnie na to sąsiedztwo na małej, zaprzyjaźnionej uliczce - znamy się do dna i naprawdę sobie wierzymy. Nasze drogi rozeszły się bardzo dawno, nasze losy ułożyły się zupełnie inaczej, ale coś, co można określić jako szczenięcą "wiarę i miłość" - to coś pozostało.
Mnie poniosło w świat, on został na tamtej uliczce, żyjąc - powiedzmy - "w niższej klasie średniej", a wiedzie mu się dużo gorzej, niż wiodło się naszym rodzicom.Samo życie.
Niemniej - człowiek jest jakoś oczytany, zadbany, mimo trudności życiowych ambitny - i taka jest też jego rodzina, którą zdążyłam poznać.Ogółem - porządny człowiek, z porządnej rodziny.Jeden z "milionów Polaków".
Z absolutną pewnością mogę powiedzieć, że nigdy nie zamarzy mu się rola beneficjenta opieki społecznej, choć trudności w tej rodzinie nie brak. Wszyscy tam rozpaczliwie walczą o jakiś poziom życia, ale - na moje szczęście - nie latają po blogowiskach ( o co przezornie, a podstępnie spytałam!). Dlatego mogę historię opisać - ostatecznie wielu ludzi spotyka się w różnych "delegacjach", szpitalach, etc. Za nic w świecie nie chciałabym mu zrobić przykrości, ale...mam nadzieję, że nie będzie do tego okazji.
Bo jednak uzyskaną wiedzą bardzo pragnę się podzielić.
Zaczęło się od jakiegoś polityka PiS ujrzanego na ekranie - i oto usłyszałam: '"jak ja nienawidzę tego PiS-u!"
Zamurowało mnie, ale towarzystwo było zbyt liczne, aby zaczynać dyskusję polityczną, a niewiele o sobie jeszcze wiedzieliśmy.Wiedziałam tylko, że nie zdarzyło sie u niego nic szczególnie dramatycznego, nic co mogłoby spowodować taką eksplozję nienawiści. Rodzina, w której mój sasiad się wychował, beznamiętnie acz cokolwiek niechętnie traktowała nawet PZPR - ani ich to grzało, ani ziębiło: nie mieli "parcia na stołki", zawsze chcieli spokojnie i w miarę dostanio żyć.
A tu nagle porządny człowiek co chwila łapie za "obuw miękki" i zamierza się nim na telewizor ogłaszający aferę za aferą, niemal zjada gazetę, w której napisali coś paskudnego "na Platformę" - istna feeria uczuć!
Oczywiście diabi mnie kusili - aż w końcu spokojnym wieczorkiem zasiedliśmy przy herbatce z papieroskiem, w miejscu, gdzie personel uprzejmie na takie excesy przymykał oko - i poleciało.Jednego dnia, nastepnego...z udziałem kibiców - i w cztery oczy.
Wreszcie spokojnie mogłam spytać: "dlaczego?"
Usłyszałam coś, czego niby mogłam się spodziewać, ale nie u tego człowieka!
Usłyszałam opowieść o "zaszczuwaniu ludzi", nie mówiąc już o "nieustających pisowskich awanturach". A później dołączyli inni amatorzy dymka, z których część kiwała głowami, a ci, którzy nie kiwali - szybko znaleźli sobie inne miejsce.
"Zaszczuwanie"...Co przez to rozumieć?
Oto okazuje się, że część ludzi została nie tylko w dawnych miejscach - ale w dawnych czasach. Nie zmieniło się aż tak wiele od czasów komuny, kiedy normą było "załatwianie". A to, co się zmieniło, uległo zmianie na gorsze.
Tłumacząc na polski: kiedy za komuny biedny człowiek m u s i a ł coś wynieść z zakładu, bo najzwyczajniej nie mógł kupić w sklepie, traktował to jak normalkę: 'trzeba, to trzeba". Z równą beztroską traktowali rzecz inni, co jest takim banałem, że nie warto do sprawy wracać. "Państwowe" należało do wszystkich, nawet straż zakładowa przymykała oko - inaczej nie dało się żyć.
Teraz rzeczy mają właściciela, w sklepach jest wszystko - ale nie ma na to "wszystko" pieniędzy. A w dodatku przyzwoitych gryzie sumienie: to jest jednak kradzież.I właściwie trzeba by iść z tym do spowiedzi... Ludzie starają się więc korzystać z różnych okazji: kupują znacznie tańszy towar, wywieziony na przykład przez kierowców, których trudniej sprawdzić. Kombinują tak, aby zatrzymać dla siebie okazyjne prezenty, przeznaczone dla klienta, a należne mu z okazji zakupu określonej ilości towaru( tak przynajmniej zrozumiałam ten nowy proceder).Robią wiele rzeczy, które robili zawsze, ale strach jest znacznie większy, podparty świadomością, że - jak by to nie nazwać - biorą udział w okradaniu konkretnego pracodawcy, który ostatecznie daje im możliwości utrzymania rodziny.Hasła o "kapitalistycznych krwiopijcach" tak dawno odeszły do lamusa, że chyba nikt ich już nie pamięta, za to wszechobecna jest świadomość, że za bramą czekają chętni na każde stanowisko pracy, które jednak dostało się im, tym wybranym, zatrudnionym.
Więc porządni ludzie mają jednak absmak!
Oni tego nie chcą robić! Także z tego powodu, że przyzwolenie na ten proceder jest - i nie zarazem go nie ma, co już zależy od otoczenia. Nie wszyscy muszą brać w nim udział, nie wszyscy mają potrzebę, niektórzy chcieliby, ale boją się konsekwencji. "Robi się, co się musi" ( to cytat), ale strach jest wszechobecny.
Do całej sytuacji dochodzi jeszcze element moralny - dla przyzwoitych ludzi to jest bez wątpienia uczestnictwo w łamaniu prawa, narażaniu się na jasne konsekwencje: od wstydu, przez utratę pracy - aż do odpowiedzialności karnej.
Wstyd dotyczy także spraw sumienia! Ile razy można unikać sakramentów w środowisku, gdzie wszyscy nas znają? A jak iść do tej spowiedzi, jak powiedzieć, co należy, księdzu, który człowieka zna równie dobrze, jak sąsiedzi?
Tylko, że przysłowiowe buty dzieciom trzeba kupić!
A co ma do tego polityka?
Nad Polską unosi się złowrogi duch PiS-u, który "oderwał się od zwykłego człowieka, od jego trosk i potrzeb".W dodatku Kaczory popisują się swoją religijnością, konsumowaną bez skrupułów. Im starcza na życie - mają dobrze, nie muszą ani się bać, ani wstydzić się własnego proboszcza.
Ten "wstrętny PiS" jawi się ludziom jak w zabawnym rysunku z czasów komuny, na którym czołg gonił babcię - "spekulantkę" usiłującą sprzedać kilka batoników: "Oni mówią, w koło Macieju, o rozliczaniu. Oni nie mają żadnego serca dla ludzi! Ich Polska - to kraj nie dla zwykłego człowieka!"
Prawdziwym Ojcem Narodu okazał się dobrotliwy, proszący o zaufanie ( a to działa w obie strony!) Donald Tusk, który nie krzyczy o rozliczaniu, natomiast wyrzuca tych, którzy "przypieprzają się" za bardzo.
Telewizor z daleka gadał o aferach, więc spytałam, czy mu - a raczej im, bo namiętnemu monologowi wciąż przysłuchiwało się kilku kibiców - podoba Tuskolandia w tym wydaniu. Ale zgodnie orzekli, że władza kradła zawsze.Nic nowego.
A co z oszukanymi stoczniowcami, którzy wierzyli, że będą mieli pracę? Przecież człowiek świadomy zagrożenia jakoś się stara, jakoś działa, nie traci czasu na daremne czekanie...Ludzie podumali chwilę, po czym wyszło im, że każdy powinien martwić się o siebie.I poszli przełączyć telewizor na "Szkło kontaktowe".
Kiedy kibice się rozeszli, spytałam wprost:
- Słuchaj, sprowadzając rzecz do poziomu bruku: mnie wygląda to na nadzieję wymiany wzajemnych przysług: głosując na Platformę daliście z góry sankcję na "kręcenie lodów", bo przecież znaliście już historię z taśmami Sawickiej? A w zamian oczekiwaliście przyzwolenia, przymknięcia oka - w razie czego?
- Trzeba jakoś żyć. Nie można żyć w nieustannym strachu - brzmiała odpowiedź.
"Porzućcie wszelką nadzieję, ci - którzy tu wchodzicie" - może napisać sobie PiS nad głównym wejściem.
Człowiek, z którym przegadałam te kilka dni, jest absolutnie przeciętnym Polakiem, pracobiorcą, ojcem rodziny. W dodatku wie, co znaczy hasło "Bóg, honor, Ojczyzna". Osobiście pożyczałam mu niegdyś Trylogię ( zresztą kilkakrotnie!), którą był zachłyśnięty, a "z braku laku", w ciężkich czasach, kiedy książki się zdobywało z trudem - podkarmiałam go przesiąkniętą smrodkiem dydaktycznym Rodziewiczówną. Jego przodkowie walczyli u Piłsudskiego o wolną Polskę, kolejni byli w AK. Nie muszę go tej Polski uczyć, wie ile krwi zostało za nią przelanej. Świetnie rozróżnia dobro od zła.
I ma - jak ma.
Cyniczne, bezczelne twarze są dla niego piękne - deklamują o miłości i zaufaniu, które jest mu potrzebne. Wścieka się na przewrotnych dziennikarzy, którzy "zmieniają front".
Jeśli Platforma nie zawali się pod ciężarem własnych grzechów, będzie na nią głosował zawsze.Bo ma nadzieję, że ona jest od "rozumienia i wybaczania", od rozgrzeszania zwykłych ludzi, wyrosłych "na podwórku" ( choć sam wychował się w wielkim ogrodzie). Tym bardziej, im więcej przekrętów sama ma na sumieniu.
Oczywiście jest mi przykro. Ale - gdyby nawet było to w mojej mocy - co mogłabym doradzić Prezydentowi? To pokolenie jest stracone, na skutek zwykłej, powszechnej biedy, która ludziom każe wybierać między zasadami, a kupnem butów.
A jak dotrzeć do następnego? Jak je przekonać, że buty - butami, ale Polska jest wartością najwyższą - i szkoda jej na rządy aferałów?
Nie wiem. Może jakaś akcja "Kotwica"...


Komentarze
Pokaż komentarze (196)