Rzadko wtrącam się w sprawy, którymi zajmują się wszyscy. To na ogól jest nudne, ale tym razem było tak fajnie, że nie mogę sie powstrzymać.
Dwaj panowie się wściekli i załatwili swoje sprawy tomahawkiem.
Najpierw - Kamiński, który postanowił utrudnić nieco robotę usłużnym telematołkom i wytłumaczyć, jak działa się na jego poletku.
Niby to jest jasne, ale tak naprawdę - nikt do końca nie wie, bo nikt, nawet ci, którzy nie mają w głowie wyłącznie sieczki, też raczej nie mądrzyli się "w ciemno" - w końcu służby maja przepisy wewnętrzne, a w codziennej młócce p.t. "czy pan przeprosi?" - gubi się istota wielu spraw, w których inteligentny dziennikarz powinien użyć szarych komórek.
Ale - nie ma kiedy, zawsze gdzieś czeka pan Wiadro, co jest zajęciem znacznie ciekawszym od dociekań.
W tym miejscu informuję "wynalazcę" pana Wiadro: nie jego akurat mam na myśli. Mój "autograf" figuruje pod typowaniem na "najuczciwszego dziennikarza". Ale mniejsza o to.
Najpierw był wywiad udzielony przez niejakiego Cuchnowskiego ( chyba?) - niejakiej Adamek, która to Adamek zapragnęła dowiedzieć się, co też powie Kamiński. Cuchnowski odpowiednio poinformował niejaką Adamek, która dzięki temu, już na konferencji prawie( chociaż niezupełnie) wiedziała, o czym mowa.
.Nie mogli tego załatwić poza kamerą? Guziczek do obsługi Adamek musi być włączany publicznie?
Czytałam w międzyczasie FYM-a; ma rację, że na tę konferencję wysłano starannie odmóżdżonych "dziennikarzy". Ludzie, gdzie ich chlebodawcy wyszukują...
Kamiński poinformował odmóżdżonych jak następuje:
CBA z natury rzeczy jest od tego, żeby zapuszczało żurawia w sprawy, gdzie jest możliwość przekrętu. Nie potrzebuje do tego specjalnych premierowskich apeli, ani poezji w nazewnictwie, vide - "tarcza antykorupcyjna". Ale ma, co ma, dysponuje czym dysponuje.
Do extra - roboty nie trzeba poezji, tylko jasnego zlecenia na piśmie, a pewnie też - exstra środków. Wybieganie przed orkiestrę bez powyższego może skończyć się smutno: nadgorliwość jest podobno gorsza od faszyzmu - i wcale nie musi być policzona na dobro nadgorliwca.
Mała anegdotka, z moich śląskich czasów - no, po prostu muszę ją opowiedzieć!
W pewnej kopalni ( dla znawców tematu - w PRG, dla laików - PRG jest firmą odrębną) objawił się nowy nadsztygar ( to bardzo ważny gość, capo di tutti capi), który z miejsca zraził sobie wszystkich: sztygarów prał po pyskach ich własnymi kajecikami ( autentyczne!), hajerów w przodkach denerwował głupotami - isto waryjot.
Górnicy z moich czasów nie byli bynajmniej jako te jagniątka prowodzone na rzeź. "Nie ma wykonu - góra zostaje bez premii" - głosiło złośliwe hasło, ale...stosowało się je rzadko. W końcu już sam zjazd na dół może kosztować głowę. Jak się zjeżdża - to grzech i wstyd nie zarobić, tylko po to, żeby nie zarobiła również "góra"
.
Ale jak trzeba - to trzeba. Wściekli ludzie urządzili sobie "włoski strajk". W tej robocie zjawiskiem notorycznym jest, że czegoś brakuje.Wystarczyło usiąść i czekać - dostarczenie może potrwać całą szychtę, zawala się robotę następnej zmianie, itd.
Przypadkiem, czy nie - zjawił się ten paskudny "capo".
- O co chodzi?
- Drzewa ni ma.
- Na kopalni drzewa nie ma?!!! - zdziwił się szef.
Rzecz była sprytna: drzewo było, ale...trochę daleko. Należało do innej, nielubianej, "nieużytej" firmy, dostali więc jasną sankcję na zrobienie jej na złość. No i - na przełazikowanie szychty - zgodnie z zamiarem. Dwie fajne pieczenie przy jednym ogniu!
A po wyjeździe dostali zaproszenie "na dywanik".
- Czymuście nic nie zrobili? - zapytał nadsztygar.Chłopy zbaraniały, przecież sam im kazał...
- Ja wam k a z a ł e m iść po drzewo? - najbezczelniej zdziwił się szef. - Idźcie do dom, dobrzy ludzie. Kapsa (kieszeń) bydziecie mieli troche lżejszo.
"Mioł prawie", czyli rację. Nie kazał.
Odtąd, choć dalej go nie lubili, szanowali faceta za sam spryt: rozegrał rzecz pięknie.
Tak więc nadgorliwość zawsze może być uznana za nadużycie - i podejrzewam premiera, że po to właśnie Kamińskiego zostawił - w aurze szaleństwa "podejrzeń naciskowych" wobec wszystkiego, co pachniało PiS-em. Miał nadzieję, że szef CBA zostanie niecnie, a przestępczo wykorzystany przez Jarosława Kaczyńskiego, po czym zrobi się fajerwerki.
Inaczej - na jaka cholerę Tuskowi był Kamiński? Nie miał ładniejszego kandydata? Jakiś zarzucik można było postawić równie dobrze na samym początku, na podstawie zarzuciku - odebrać różne uprawnienia. I po zawodach. Przecież to właśnie przerabiamy!
Czyżby Olo Kwaśniewski na to nie wpadł? Dziwne, bo osobiście przypisuję mu niepospolitą inteligencję i czasem żałuję, że nie sposób go mieć po stronie, którą uważam za swoją. A durch gadał, że Tusk powinien wyrzucić, a pod CBA podłożyć
Bardzo Dużą Bombę.
W każdym razie panowie się sklinczowali, a sędziego ringowego nie widać.
Rząd nie dysponuje dokumentem, który - poza poezją - zawierałby zlecenie Kamińskiemu działań nadzwyczajnych.CBA zrobiło mniej - więcej swoje, ale nie namierzyło amatora na stocznie. W dostrzegalnych okolicach pałętał się tylko doskonale znany wszelkim służbom Al Assir ( żeby nie było - leciał samolotem z Drabą, wiem, wiem!), o czym rząd został poinformowany.
I nic.
Wszyscy święci wszelkimi sposobami usiłowali sprzedać stocznie - nikomu, niemal całując tę pustkę w rękę i moszcząc drogę płatkami róż.
Tak - zupełnie bezinteresownie.
Pozostaje pytanie: co premier robił w Nicei? Z kim w końcu gadał - i o czym?
Kamiński premiera grzecznie poinformował również - co mu był wcześniej obiecał, jak twierdzi - na premierowska prośbę - że w jego najbliższym otoczeniu...itd, a nie widząc określonych skutków - poinformował resztę uprawnionych osób.W międzyczasie premier poinformował własną "resztę uprawnionych osób".
Po czym przeciekło, do aferałów "hazardowych" też.
I nie ma nic, poza pustymi słowami.
Telematołki będą teraz korzystać z Karpiniuka - on im to wszystko wytłumaczy, jako facet znany z trzech "0" - "ozumny, ozmowny, oztropny".
Bo ani Halicki, ani ten nowy macher od propagandy, chyba mu - Olszewski, na dzisiejszym wystąpieniu estradowym nie znaleźli innego komentarza, poza normalnym - "Kamiński kłamie jako ten pies".
Bardzo było zabawnie.
A wieczorem premier urządził kęsim wszystkim aferałom. Żółte tablice zapodały koniec hazardowi wszelakiemu olbrzymimi bukwami. Hazard - do kasyn!
Te malutkie, pod spodem tych wielkich, skromnie poinformowały: automaty znikną... za 5 lat.
No...bo ja wiem...Może już wtedy będzie rządził Grzechu z Rychem...Lemingi mają się wciąż jako - tako.
Musiałam skoczyć po paliwo.Na "mojej" stacji, gdzie domy nieliczne a rozrywek nie ma - stoi sobie automat, na świeżym lufcie, pod wiatką i pięknie miga światełkami.Służy jako jedna z nielicznych atrakcji.
Pomyślałam, że on, nieszczęsny, nie przeżyje tych pięciu lat, nie spotka go szczęście ciepłego, przytulnego lokalu...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)