Debatę ogladałam, w sprawie wygranej - jestem tego zdania, co wszyscy, nawet, jeśli z partyjnego obowiązku muszą być zdania wręcz przeciwnego. Acha, wszyscy - poza sondażowniami. Normalka.
Ale mam plotę do nadania, więc spieszę nadać.
Jak niektórym wiadomo, jestem człowiekiem borowym, leśnym - znaczy. Kiedyś konieczne mi były kontakty społeczne, ale człowiek może przywyknąć do wszystkiego - i dziś ludzi widuję rzadko, niemal wyłącznie wtedy, kiedy to mnie się zażyczy.
Nie jestem na bieżąco z tym, co "wylata ptakiem, a wraca wołem".
Z niejakim zaskoczeniem ogladałam więc gajowego Bronka, który "bożył się", że nie będzie... prywatyzował lasów. Nigdzie takiego zamiaru nie wyczytałam, nikt facetowi tego nie zarzucał, a w ogóle to co ma prezydent do prywatyzacji?
Ale gajowy zwykle gada tzw. "bele co" ( jak mówią moi nominalni sąsiedzi), szkoda było czasu na rozważania.
No i dziś właśnie mi się zażyczyło do ludzi. Żeby dotrzeć do tych konkretnych, do których właśnie mam zamiar, muszę przejechać przez dwie wsie z hakiem, a w każdej jest sklepik. Na widok sklepiku - zawsze otwiera się klapka "soli w domu mało" - albo jakoś tak. Na widok następnego zresztą też. Myślę, że to atawizm, odwieczna skłonność do zachowań plemiennych, w każdym razie wysiadam i wymyślam, co by w tym sklepiku...
I tak się dowiedziałam, czemu Waldi Pawlak przerżnął wybory, a także - dlaczego gajowy tyle gadał o tych lasach. Sklepiki są miejscową agorą, pogadanie w nich - to święty, sąsiedzki obowiązek, nie licząc już "odsłuchania" dyskusji obywateli politykujących przy piwnych stolikach, którzy wcale nie muszą byc pijani na...powiedzmy - twarz.
Wszystkiego można ( i trzeba) się tam dowiedzieć.
Wieś huczy od plotek, że Komorowski sprywatyzuje te lasy, żeby swoim kumplom - "hrabiom i dziedzicom" umożliwić odzyskanie zniszczonych na ogół majątków.
Oto próbka:
- Bo to tera dziady, panie...Na co on tu wróci, na tyn pałac, co szkoła w niem była, zanim postawili nową? Toć tam jednygo całygo okna ni ma! Jedna ruina, panie!
- Ale jak mu oddadzom las, to go sprzedo i bedzie mioł piniondze na remont.
- Ale tam...oddadzom... - wyraża wyraźną watpliwość jeden z interlokutorów.
- Oddadzom, oddadzom! Państwowy może nie, ale twój to mogom.
- A może lepi twój - zaperza się drugi pan - bo tyż ziemie dostaliśta z reformy!
Z dalszej dyskusji dowiedziałam się, że o to właśnie chodzi - o ziemię z reformy, na której w mojej parafii - i daleko, daleko wokół - rosną lasy, które kazano ludziom zasadzić, jako że ziemia tu kiepska.
Z tymi lasami była wieczna udręka: trzeba je było jako - tako pielęgnować, coś przecinać, utrzymywać dukty w stanie przejezdnym - "ale żeby wyciąć jednom drzewine - człowiek chodził się użyrać całymy dniamy".
No i teraz te lasy urosły, między sosnami pojawiły się dąbki - samosiejki, świerki, brzozy, czeremchy dorównujące drzewom...To już jest "prawdziwy", dorosły las, dojrzały pieniądz.
Ludzie nie są głupi na tyle, żeby wierzyć w odbieranie ziemi rolnej, którą ojcowie dostali z powojennej reformy. Wciąż mają trochę kaca moralnego, ale pomysł z wyrzuceniem ziemiaństwa z okolic zamieszkania był trafiony - nie trzeba było patrzeć w oczy dawnym właścicielom. Zresztą - kto by nie brał, jeśli takie jest prawo? Jeśli za opór nowa władza stosowała represje?
Niektórzy zresztą słyszeli, że przedwojenna Rzeczpospolita też przeprowadzała reformę rolną, choć nie do końca taką samą - ale zawsze.
Zresztą na samą myśl o takim zwariowanym projekcie odbierania ziemi rolnej, stojące jeszcze w stodołach kosy same stają sztorcem. Więc ziemia i nowe domy, stojące na "nowych" nadziałach - są bezpieczne od zakusów. Nikt nie wierzy, że tu sie coś mogłoby zmienić.
Ale las?
Las był - póki co - niechcianą udręką, jednak był, istniał, pochłonął kupę roboty, choć pożytku z niego nie było wiele. A teraz mieliby zabrać?
Jednak w okolicy jest dużo dworów i dworków, w zupełnie niezłym stanie, doskonale mogących służyć "starym panom" jako domy mieszkalne. Ocalały budynki gospodarcze, byłoby więc o co zaczepić ręce, gdyby tylko było tochę pieniążków na dobry początek. Spadkobiercy czasem zaglądają, więc ludzie mają świadomość, że jednak są.
Kto puścił tę plotę? Bóg raczy wiedzieć.
Nie mogę "rzucić kamieniem" - sama snułam takie rozważania na temat odzyskiwania lasów, kiedy przysiadaliśmy na przyszłej przyzbie z majstrem budującym mój dom. On mi opowiadał o ciężkim losie dawnej dziedziczki, dożywającej swoich dni na dawnej "resztówce", ale szczęśliwej, że nie musiała odejść z domu, w którym się urodziła.
To była jedna z tych spraw, w których odebrano ziemię z naruszeniem prawa, pozwolono więc jakoś samotnej właścicielce mieszkać - choć dom został jednak "znacjonalizowany". W dworku była szkoła, a pani w niej uczyła. I takim sposobem "ostała się" jako żywy relikt przeszłości.Jednak ludzie się starzeją, z nauczycielskiej emerytury wyżyć trudno,
Zapisała się w pamięci ludzkiej dobrze, ale na wsi ludzie nie są szczególnie sentymentalni. Poza tym - pani nie była z tych, którym można dać jałmużnę.
Już nie wiem, które z nas - majster, czy ja - wpadliśmy na ten pomysł, "żeby może oddać kawałek lasu"...Tak zwyczajnie, za zasługi, bo zabrali jej ten las bezprawnie, choć i tak był to mały las, a wielkiemu państwu wiele z niego nie przyszło.
- Som bym kupił, a kobita by miała za co żyć do śmierci - rozmarzył się majster.
Ale pani już nie było do procesów o niegdysiejsze śniegi. Za to my rozważalismy dalej: zabiorą kiedyś te lasy, czy nie?
-Bo ziemi ludzie onym nie oddadzą, niechby ino zacżeli co godać - to wojna. Ale las, to mogom. Bo wczoraj były dziedzice z L.Czegoś szukajom, ale przecie nie przyjdom na golizne, na samą chałupe...
Czasy były dziwne - i nie zapewniłam majstra, że rzecz jest nieprawdopodobna. Głowę daję, że ta myśl w nim tkwiła - "ziemi nie zabiorą, ale las?..."
No i trafił się kandydat na prezydenta, dziedzic z sygnetem hrabiowskim, który - wypisz, wymaluj - "pasował na takiego", który może zabrać lasy. Gadał mętnie i głupio, wszystkich chciał uszczęśliwiać - a najbardziej tych, którzy "dają gwarancje dobrego wychowania dzieci". Znaczy - kogo?
I poooszło. W lud.
A co ma do tego Pawlak?
Ano, ma. Za bardzo się zrobił "warszawski", jeśli nie docierają do niego sprawy, które nękają ludzi.
A nie docierają, bo Pawlak jest z bezleśnej okolicy. Nawet jeśli bywa czasem w swoim Modelu - pies z kulawą nogą nie interesuje się tam lasem. Ziemia rolnicza, w innym klimacie wydałaby trzy plony, nikomu zalesiać nie kazali.
Natomiast główne biuro poselskie ma już w takiej parafii, gdzie zapodana wyżej sprawa ma istotne znaczenie.
Nie bywa w biurze? No, to ma problem.
.


Komentarze
Pokaż komentarze