83
BLOG
Bardzo mi się podobał obraz świata demoludów, nakreślony przez FYM-a. Fajnie napisane. Ale nie do końca prawdziwe.To wszystko wygladało trochę inaczej. Być może - z innej perspektywy każdy widzi sprawy na własny sposób. Ten, którego ograbiono z majątku i w dodatku - najczęściej zupełnie bezprawnie - kazano mu się wynieść z okolicy, która była jego Haimatem (chyba nie ma polskiego odpowiednika, może "mała Ojczyzna" ), widzi te czasy jako pasmo nieszczęścia. Ale to było już wcześniej: pierwsza reforma została przeprowadzona w II Rzeczpospolitej, wprawdzie za odszkodowaniem - ale i tak zrujnowało to wiele majątków, niszcząc lub zaburzając ich strukturę. Przykład: po co komu gorzelnia, jeśli nagle nie starcza mu ziemi, aby ją obsłużyć własnym surowcem? A tak się zdarzało. Oczywiście nie wyganiano ludzi z ich domów, nawet jeśli nazywały się pałacami. Ale była też druga strona medalu, uosabiana przez Bronka z serialu "Dom". Oczywiście postać jest celowo przerysowana, jednak mieści w sobie losy wielu takich "emigrantów", którzy w końcu się jakoś przystosowali. A ich dzieci były już "z miasta" - i uniwerek nie był dla nich czymś do ogladania jedynie z zewnątrz. Możliwe, że to właśnie oni są "wykształciuchami" ( samo kucie do egzaminu nie powoduje rozwoju aspektów humanistycznych, nie zapewnia wiedzy ogólnej), jednak ta warstwa społeczna, mimo prób kolektywizacji i wszystkimi rolniczymi nieszczęściami tego czasu - awansowała w sposób skokowy. Juz kilkakrotnie wspominałam, że zdarzyło mi się spotkać starych, przedwojennych robotników, którzy byli naprawdę szczęśliwi, że już nie stoją przed zamknietą bramą zakładu, że codziennie ją przekraczają.I jeszcze mogą jechac na wczasy, o czym marzyć nie mogli przed wojną - nawet jeśli czasem tę bramę przed nimi otwierano. Nie mówiąc już o przychodni zakładowej. Nie ma sensu udawać, że wszyscy szli na pochody pod knutem bezpieki.Ci z akapitu powyżej - szli chętnie. Do czasu nawet świat "ze Związkiem Radzieckim na czele" był strawny dla cześci społeczeństw tych demoludów, które doznały niemieckiej okupacji. Wszystko było lepsze, niż tamto. Kraj wstawał z martwych,a "ruskie "pognały Niemców.Takie były fakty w najprostszym wydaniu, a jakie inne fakty zna człowiek prosty, któremu "kołchoźnik" (radio, raczej głośnik) dudni przymusowo , opowiadając mu o szczęściu, które go spotyka każdego dnia? A młodzież? Młodzież była dziwna: część ludzi "z lasu" (już nie targujmy się, z którego) chodziła do podstawówki z zupełnymi dzieciakami - bo w ich życiorysie zdarzyła się wojna.Nie mogli mieć takiego samego odbioru rzeczywistości. Dzieciaki zupełnie dobrze znosiły te pochody i popisy przed trybuną, ale we wszystkich lasach walczono o nieco inną Polskę. Takiej się nie spodziewano również w Batalionach Chłopskich.Czyli jedna szkolna klasa miała zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość.Godzili się w parkach i na placach publicznych - po pochodzie, kiedy grały orkiestry i tańczyło się na bruku. Wiecie, co to jest "aktywista terenowy"? Podobno -skrzyżowanie idioty( leninowskiego "użytecznego idioty") z rowerem. Na którym to rowerze aktywista udawał się w teren, głęboko wierząc, że ma świętą rację namawiając chłopów, poki nie złapali za widły, żeby tworzyli spóldzielnie produkcyjne, o d d a j ą c ziemię, która dopiero dostali - do wspólnego użytkowania. Bo wtedy umęczony chłop nie będzie latał w skwarze po polu z kosą, wtedy przyjdą traktory oraz inne fikuśne maszyny ( a na nich - dziewczyny! Klasa!), chłop włoży ręce w kieszenie - a w polu będzie rosło. Oni w to wierzyli! Tyle, że traktory nie przyszły. W każdym razie nic nie chciało się zrobić samo, za to wymagania organu zwanego "państwem" - rosły. Sprawy i poglądy ewoluowały, ale nikt nie lubi się przyznawac do błędu, a nadzieja jest ostatnią, która umiera. Ludzie długo żyli tą nadzieją - kiedyś odbuduje się wszystko, skończą się "trudności obiektywne", będzie lepiej. Moja babcia, panna z dobrego, szlacheckiego domu - była właśnie takiego zdania.No cóż, jej nikt niczego jej nie odebrał po tej wojnie - to bolszewicy zmusili jej rodzinę do ucieczki z majątku, który ostatecznie został po "tamtej" stronie.W każdym razie powinna śmiertelnie nienawidzieć komuny. Do dziś jestem zdziwiona jej podejściem do tematu, ale zwykła mówić o swoistej sprawiedliwości dziejowej - nie chodząc oczywiscie na pochody. Może to wrodzony altruizm, a może osoba, która długo żyła, która przeżyła dwie straszne wojny, tracąc w nich wszystko - ma własny, nierozumiały dla innych punkt widzenia, ponieważ - np - doznała także losu zwykłego człowieka o nieuprzywilejowanej pozycji.Ale coś z niej zostało we mnie. Nie nadaję się do "wyścigu szczurów", a świat staram się oglądać ze wszystkich stron. No i - dlatego rajcuje mnie hasło o "Polsce solidarnej", choć niekoniecznie tej "solidarności" potrzebuję osobiście. J e s t e m jednak solidarna, nie trzeba mnie do tego namawiać, choć z pewnością nie na sposób Róży Luxemburg. Tak więc sprawy nigdy nie są tak proste, jak się wydaje. A bezpieka była czymś naprawdę strasznym, czymś na miarę gestapo. I tak wiekszość z nas nie wie o niej wszystkiego. To nie powinno się nikomu przydarzyć, nie powinno się nawet przyśnić. Tyle że niektórym jednak się przydarzyło, za to inni - zaledwie o niej słyszeli. Ale nigdy nie słyszłam o represjach bezpieki w sprawie uczestnictwa w pochodach.Po prostu - nie chodziłam i już.Absolutnie naprawdę.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)