mona mona
103
BLOG

Wałęsa - moja miłość.

mona mona Polityka Obserwuj notkę 49
Jestem impresjonistką - świat odbieram poprzez wrażenia. Jednak moja kolejną cechą negatywną jest nieposkromiona ciekawość, która pędzi mnie do ustawicznego sprawdzania tych - w końcu ulotnych - wrażeń. W tej sprawie nie ma i chyba nie będzie twardych dowodów, bez względu na to, czy teczka Wałęsy jest w Moskwie, czy w Langley.Czy w ogóle - gdzieś jest. Zakochałam się w Wałęsie poczas jego paryskiej wizyty, kiedy to wyjeżdżał jako obywatel Wałęsa, któremu z łaski dano paszport, ale wracał już jako OBYWATEL Wałęsa, uroczyście, aczkolwiek dyskretnie odprowadzany przez polskiego ambasadora, po wielkim sukcesie w każdym znaczeniu tego słowa. Wciąż to pamiętam. Napiszę o tym, bo nigdy nie słyszłam powtórki tej audycji. Nawet nie jestem pewna, czy relacjonowało to już radio polskie, czy jeszcze "Wolna Europa". Młodsi chyba niewiele wiedzą, jak to bywało, jak było n.p. w tym Paryżu, więc jedni z całą pewnością zastanawiają się, co nas napadło, dlaczego powierzyliśmy losy kraju temu śmiesznemu człowiekowi, a inni wierzą bezkrytycznie w głos mediów własnej opcji, choć "dzisiejszy" Wałęsa musi jednak budzić niejakie podejrzenia na temat stanu rozumu naszego pokolenia. W tamtych czasach Wałęsa nie był pieszczochem mediów. Znaliśmy oczywiście obrazki ze stoczni, szanowaliśmy nieustępliwość, odwagę, bezkompromisowość Wałęsy, a już najbardziej byliśmy dumni z Nobla - na pohybel, na przekór komunie. Dla mnie jednak osobisty stosunek do tego człowieka zaczął się własnie od Paryża. Wałęsa mnie zachwycił.Opowiadał między innymi, dlaczego nosi w klapie słynny znaczek, pod hasłem: - "A niech się śmieją" Popłynęła opowieść o tym, jak młody robotnik, tzw. "polski katolik", czyli od okazji do okazji, rozpaczliwie uciekając SB-cji - wpadł na pomysł, żeby schronić się w kościele, który goniący szczęśliwie ominęli. I jak doznał wtedy uczucia tak wielkiej ulgi, tak wielkiego spokoju, że nagle uwierzył, iż istnieje siła, która m o ż e człowieka ochronić.Po czym ktoś wracający z Częstochowy przypiął mu ten znaczek, już zresztą w czasie strajku - i tak zostało.Doznał tego wspaniałego uczucia opieki, choć żaden szczególny cud się nie zdarzył, czuje wdzięczność za tamto niespodziewne ocalenie- i jest mu wszystko jedno, co ludzie gadają. Wałęsa mówił - dorzecznie i dowcipnie - o wielu sprawach: - "Jestem całkiem normalny, dziewczyny mi się podobają... - tylko żonę mam ostrą", ale zakończył twardym stwierdzeniem, że nie ma ceny, za którą byłby do kupienia: właśnie z racji żelaznej pewności, że zostanie rozliczony "po drugiej stronie", że "tam" nie zostałby mu wybaczony żaden przekręt.Czuł się wyraźnie dłużnikiem niebios, głęboko w to wierzył. Tak to mniej - więcej brzmiało. I było piękne, spontaniczne, nie robiło bynajmniej wrażenia, że ktoś Wałęsie reżyserował odpowiedzi na pytania dziennikarzy, co zresztą nie było możliwe - zbiegła sie tam cała dziennikarska "międzynarodówka", mająca nieprzewidywalne pomysły. Nie mieliśmy na podorędziu nikogo, kto potrafiłby tak mówić, jak Wałęsa w Paryżu.A chodziło przecież o porwanie tłumów! Wierzyliśmy wtedy w patriotyczny zapał Michnika, w mądrość Geremka, w uczciwość "Solidarności", jednak my, ludzie "z głębokiego interioru" nie stykaliśmy się osobiście z tymi postaciami. A ten nowy stary - nowy związek jakoś inaczej się już kojarzył. Właściwie nie bardzo było wiadomo - dlaczego.Coś było inaczej, coś dziwnego wisiało w powietrzu. Ale Wałęsa znów był na jego czele, to było znane, niosło powiew nadziei, związanej z czasem pierwszej "Solidarności". Właśnie dlatego, że wierzylismy jeszcze w mądrość doradców,nie mieliśmy wątpliwości typu: - "jak prosty robotnik poradzi sobie z rządzeniem państwem", które w dodatku ma przejść niesamowitą transormację ustrojową, które ma zaczynać nowy rozdział historii. Bardziej nas wzruszała niż śmieszyła nieporadność językowa Wałęsy. Dla nas była piękniejsza od znanych już, nadętych przemówień, świadczyła o szczerości wypowiedzi, o tym, że jakoś radzi sobie sam. W końcu instynkt polityczny nie musi być domeną ludzi wykształconych! Jest na to dość przykładów w historii. Nie jestem nastawiona szczególnie demokratycznie, nie mogłabym zostać "ciotką rewolucji" - ale Wałęsa był dla mnie kimś exstra-specjalnym, zjawiskiem naprawdę nadzwyczajnym. Pamiętam równie dobrze, kiedy dotarło do mnie, że człowiek wygaduje głupstwa, że chyba z kolei doznał innego uczucia: własnej, zupełnie nadzwyczajnej nieomylności, że to już nie Wałęsa, tylko nadety pychą balon, wystrojony w garnitur dawnego trybuna ludowego, którym tak długo się zachwycałam, na którego głosowałam, namolnie łapiąc ludzi za rękaw, przekonując kogo się dało ( i szczerze oburzając się na opornych), że oto Polsce, w osobie Wałęsy, zdarzyło się nareszcie coś wspaniałego! I ten nadęty balon pękł z trzaskiem na moich oczach. Oczywiście już mieliśmy wątpliwości - prócz Wałęsy zdarzył nam się "Balcerowicz" (traktuję to słowo jako opis sytuacji).Wprawdzie biznesmeni w białych skarpetkach zaistnieli, można było ich dotknąć, ale wciąż niepokojem napawał nas los ludzi z popoegieerowskich wsi, wyrzuconych bez skrupułow na śmietnik historii, niepokojem napawały całe regiony strasznego bezrobocia. Nawet nie czujące specjalnych związków z ludem osoby miały jednak kaca moralnego.Wałęsa tłumaczył, że "zatrzymanie, a nawet cofnięcie koła historii" musi kosztować, ale przecież to minie, a wtedy... Niestety, nie mijało. Były ferie, a ja ogladałam z zaprzyjaźnionymi gazdami wieczorny dziennik, w którym rozparty w fotelu Wałęsa perorował z miną niezwykle zadowoloną, choć pytania nie były już wtedy sympatyczne.Dzieci rozrabiały, pytanie mi umknęło, ale doskonale usłyszałam odpowiedź, po której rozległ się śmiech całej rodziny, zgromadzonej przed telewiorem. Oto Wałęsa twierdził, że "robi to samo, co Piłsudski - tylko LEPIEJ!". Ta wieś akurat czuła się związana z Legionami, Piłsudski byl jej częścią jej tradycji - mniejsza o powody. To był dzień, kiedy dotarło do mnie, że prości ludzie się zwyczajnie śmieją. Zwłaszcza, że ja również zostałam wychowana w kulcie Piłsudskiego ( niegdyś męska część rodziny w Legionach,opowieści sięgajace przez pokolenia moich czasów). Jednak dla mnie to było "i śmieszne -i straszne". Jeszcze usiłowałam wyłowić jakąś złota rybkę nadziei, coś sobie wytłumaczyć - ale wszystkie nadzieje przeciekały przez palce. Jednak ślady słabości do dawnego Wałęsy zostały we mnie do dziś.Może dlatego - jako impresjonistka - nie mając żadnych watpliwości, że "kwity" podpisał, powody tłumaczę sobie nieco inaczej. Oto kobieta, córka - a potem synowa bardzo niegdyś represjonownych "kułaków", w latach siedemdziesiątych nagle zapisuje się do partii.Indagowana na tę okoliczność mówi wprost, że odpowiada na hasło: - "Pomożecie?" Bo chce pomóc. Wszystko się zmieniło: zniesiono podatki, nikt nie prześladuje jej rodziny, bez trudu dostaje paszport.Należy więc dbać, żeby nie "wróciło nowe", zasilać szeregi tych, którzy mają odwagę dawać wyraz, angażować się zdecydowanie po stronie tych, którzy działają, zamiast bezmyślnie konsumować.Nic nie jest dane na zawsze- a może być gorzej. Więc może nie tylko represje były powodem niektórych podpisów, jeśli na własne oczy widziałam człowieka, który - w żaden sposób nie mając interesów do PZPR - zapisał się do niej na skutek własnych przemyśleń. Może Wałęsą również kierowały podobne pobudki, które zweryfikował czas.Może chciał pomóc, bo kiedyś również uwierzył, że teraz już nikt nie bedzie strzelał do ludzi wychodzących z kolejki, idących do pracy? Ale skutki okazały się straszne. Pycha, strach i egoizm kilku TW doprowdziły do "Nocnej zmiany", do obalenia rządu Rzeczpospolitej, wybranego w demokratycznych wyborach, w młodziutkim państwie, miotanym rozterkami transformacji. A jakość tego rządu, jego nachalnie opisywana "miernota" nie ma nic do rzeczy, bo - działajac w myśl takich metod - rząd Tuska nie powinien już istnieć - zwłaszcza dlatego, że jego szef brał czynny udział w wydarzeniach "Nocnej zmiany". Kto zaręczy, że nie bedzie następców w sytuacji zupełnej bezkarności, stronniczych wyroków sądów, mających jako materiał dowodowy okładki pustej teczki? IPN nie hańbi Polski. Wręcz przeciwnie - IPN tę hańbę wyciąga na światło dzienne, poddając pod osąd społeczny zarówno pobudki, jak efekty działania tych, którym uwierzyliśmy. Wałęsa ma prawo do obrony.Powinien to zrobić w sądzie, postarać się o argumenty, świadków wydarzeń, czyniąc to z powagą należną sprawie.Ktoś przecież MUSI pamiętać zdarzenia i okoliczności, daty i fakty, które zaprzeczają datom i faktom z ocalałych teczek. Ludzie maja pamięć sytuacyjną, wiążącą się, przez skojarzenia, z wydarzeniami.Nie ma nikogo? Nikogo z dawnych przyjaciół? To już jest wielki ból. Trzeba poszukać przyczyn. Zamiast tego mamy festiwal bezczelności, idiotycznych pogróżek i jeszcze bardziej idiotycznych malutkich triumfów z różnych medialnych okazji: jakiegoś listu ludzi, którzy "nie czytali",nie badali - ale wiedzą lepiej", czy artykułu w gazecie, która niedawno traktowała Wałęsę jak przygłupa, wieszając na nim wszystkie psy. Rewolucja jednak pożera własne dzieci, zwłaszcza te bezmyślne.
mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (49)

Inne tematy w dziale Polityka