50
BLOG
Ewa Milewicz bywa zwykle "Madonną od Michnika". Oczywiście jajeczko rzadko bywa częściowo nieświeże, a sam udział w tym podejrzanym towarzystwie określa człowieka.Jednak zarówno piękna przeszłość, jak urok osobisty i wyważone wypowiedzi, na tle agresji Wołka, Stasińskiego czy Roberta Walendziaka, pełnego wycieczek osobistych chamstwa co poniektórych komentatorów, etc., etc - powodują swoistą sympatię do tej kobiety, niezależnie od tego, po której stronie barykady stoi. Jednak "przyjęcie delegacji" do spraw tłumaczenia pokrętnych intencji zatrudnienia - i zwolnienia - Maleszki jest jasnym dowodem udziału Milewicz w premedytacji "Gazety". Oto postać pomnikowa, osoba o kryształowej uczciwości, spokojna w swoich osądach dotyczących spraw i ludzi - przedstawia "szlachetne racje miłosierdzia".Racje, które nie mogą się obronić. Klucząc i kręcąc prosto w oczy Lilianie Sonik, Milewicz skompromitowała do reszty intencje Michnika, kompromitując również siebie. Cóż za obrzydzenie: tylko kilka razy Milewicz odpowiedziała na "cześć", rzucone przez Maleszkę, który tak, w ogóle - przychodził do redakcji w sytuacjach wyjatkowych...Jakby nie było wiadomo, z jakich powodów Maleszka spacerował po Czerskiej, jakby to był najdziwniejszy z dziwnych przypadek, powodujący pełne zaskoczenie spotkanych tam osób, nie dające czasu na myślenie, odruchem Pawłowa nakazujące odpowiadać na pozdrowienie. Bzdury. Albo stanowi się zespół, ma się przyjaciół, którym od początku można zaufać, którym można wierzyć - ale również wpływać na ich decyzje, albo nie ma się przyjaciół, tylko mocodawców. I wtedy mówi się o obowiazkach pracownika, nie mówi się natomiast o niesmaku, którym człowieka napawa widok Maleszki.Bo już sam niesmak jest sygnałem, że coś jednak cuchnie. A jajeczko...itd. Michnik zatrudnił Maleszkę z jednego powodu: kupił sobie odpowiedniego człowieka, człowieka "z brązu", który to "brąz" można usunąć za pomoca mydła.Kupił go dlatego, że Maleszka jest dobry: był świetnym studentem, nikt nigdy nie odmówił mu wyjątkowej inteligencji, talentu do "opracowań", którym zachwycała się bezpieka. Z trudem, ale jednak rozumiem Wildsteina, który zdaje sie wciąż poszukiwać "drugiego dna", jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia przyczyn tamtej zdrady, co widać choćby w "Dolinie Nicości", w opisie okrucieństwa bezpieki, od którego zaczyna się książka. No, cóż - Maleszka był częścią życia Wildsteina.Nie sposób w całości wrzucić do szamba wspomnień, wśród których po prostu muszą być również te dobre, świadczące o pierwiastku ludzkim, istniejącym ostatecznie w każdym z nas. Ale "Ketman" nie jest moim przyjacielem, nie muszę bawić się w dostojewszczyznę, w poszukiwanie tajemniczych demonów, szarpiących duszą ludzką. Oto fragment wyznań "Ketmana": "Od tej pory zajmowałem się pisywaniem analiz poświęconych myśli programowej opozycji, jej koncepcjom, sporom programowym i konfliktom ideowym. Ceniono szczególnie moje teksty dotyczące dyskusji i sporów intelektualnych w szeregach opozycji. Pisałem więc o sporach pomiędzy KSS KOR a ROPCiO i KPN, o konflikcie pomiędzy środowiskami "Głosu" i "Krytyki", o myśli politycznej Ruchu Młodej Polski. Zużyłem na to masę papieru". "Ceniono szczególnie"...Masa papieru nie została zużyta za darmo: bezpieka okazała się doskonałą - i doskonale płacącą - publicznością. Maleszka zzyskał swoistą popularność, a wydawało mu się, że także to, o co Maleszkom chodzi najbardziej: "rząd dusz". Doskonałość tekstów Maleszki docenił także Michnik, któremu przecież nie brakuje błyskotliwej inteligencji: teraz on mógł ofiarować Maleszce ten sam "rząd dusz" - w zakresie znacnie większym, niż mogła to zrobić bezpieka, dyskretna z natury rzeczy. I to jest wyjaśnienie tajemnicy, przyozdobionej bon motem : "człowiekowi tylko raz można strzelić w serce", podanym jako powód tej szczególnej transakcji wiązanej, w myśl której Maleszka miał się nie popisywać osobiście na terenie "Gazety", a "Gazeta" miałą okazję "wykazania się wielkodusznością", jeśli już nie można było współpracy ukryć.Nie strzelono mu w serce, przygarnięto go pod opiekuńcze skrzydła.Ku obopólnej korzyści. Niestety, Maleszka się popisał, choć nie na Czerskiej.Nie musiał chwalić się tym, czym publicznie chwalić się nie miał: oczywistym wpływem na treść i styl GW, w jednoznaczny sposób kształcący kolejne roczniki "lemingów".Jednak niektórym wciąż za mało mołojeckiej sławy. Stało się - i jakoś nie przemawia do mnie naiwność delikwenta, rzekomo nie wiedzącego, że pracuje ukryta kamera.Ten typ ma tak, że lubi być podziwiany. I dlatego został zwolniony ( jeśli nie jest to kolejny przekręt),bez względu na kolejne bon moty, których użyją kolejni tekściarze, aby wyłgać się z tej - dość w sumie - obrzydliwej - sprawy. Jeszcze wczoraj napisałabym, że dziwię się udziałowi Ewy Milewicz w tym bagienku. Dziś już się nie dziwię.Człowiek, którego można użyć do takich celów - musi wyrazić zgodę. Milewicz nie została zawleczona do studia na łąńcuchu, poszła na tę swoistą konfrontację z ofiarą ożywionej działalności - Lilianą Sonik, niszczoną za pomocą maleszkopodobnego "pięknosłowia" swojej gazety - przynajmniej za wiedzą, jeśli nie za zgodą Ewy Milewicz.I nie wyszła z tej konfrontacji z czystym czołem. Bo nic się w tym całym brudzie nie da obronić.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)