112
BLOG
Przeczytałam w którymś z ostatnich tygodników (Newsweek?), że małżeństwo Sikorskich jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w świecie. Jak rozumiem - w tym eleganckim, podobno rozgarniętym umysłowo świecie, bo przecież polityk takiego Sudanu może sobie pisać na Berdyczów - i tam adresować swoja opinię.Nawet, jeśli przypadkiem ma dyplom Harwardu. W związku z tym mam pytanie: dlaczego ci wpływowi państwo nie wytłumaczą, gdzie trzeba, że 400 polskich żołnierzy, nawet "podpartych" Rosomakami - nie wygra tej wojny? Tak, jak nie wygra jej NATO? Ja rozumiem, że Tuskowi wytłumaczyć trudno, chyba żeby się dało "wziąść go pod prezydenta", ale - może? Pytanie nie jest bezzasadne. Sikorski był autorem pierwszej (przynajmniej dla mnie) książki o wojnie afgańskiej - w czasach, kiedy walczyli w niej (oczywiście przeciwko ruskim najeźdźcom) "wspaniali mudżahedini" - wspomagani przez USA zarówno sercem jak Stingerami, obecnie zwani talibami. Książka poszła pod strzechy i oczywiście nie wróciła, więc nie dam głowy, że wszystkie moje "wiadomości źródłowe" pochodzą właśnie stamtąd , ale większość - tak. Po prostu - to była świetna opowieść o Afganistanie, ale także o samej wojnie, jej przyczynach i uwarunkowaniach, o sprawach, których nie można było dowiedzieć się z reżimowej prasy PRL-u, działającej pod hasłem: - "ze Związkiem Radzieckim na czele" Niech mnie ktoś poprawi, jeśli czytał to u innego autora ( moze u Kapuścinskiego?), ale i tak Sikorski jest specem od Afganistanu, a Kapuścińskiego już nie ma... A było to tak: ruscy popełnili zasadnicze błędy, przeprowadzając - oczywiście w imieniu "suwerennego" rządu Babraka Karmala (naturalnie przywiezionego w czołgu) ) reformę rolną, oferując ludności ziemię - w myśl zasad leninowskich. Niestety, na co chłopom ziemia kompletnie bez wody, a w dodatku bez środków produkcji? Bo takie są afgańskie warunki. Woda oczywiście bywa i tam, tyle, że dostała się "zasłużonym", a narzędzia trzeba było kupić. Naród, który niedawno (70 - 73 r) stracił 80 tys. ludzi na skutek straszliwego głodu, nie miał - przynajmniej jako masa - fizycznych, szczególnie finansowych możliwości zaczynania wszystkiego od nowa. Do kompletu spraw - naruszono wszystkie możliwe tradycje, poczynając od publicznego mordowania mułłów, w myśl kolejnej zasady, tym razem o religii jako "opium dla ludu". Tyle, że w kraju islamskim nie był to szczęśliwy pomysł. Resztę wiemy: Afgańczycy rodzą sie do walki.Podobno jest pusztuńskie powiedzenie: - "jeśli nie masz z kim walczyć - walcz z bratem". No, cóż - walczyli już od czasu, kiedy ich tereny były "deptakiem narodów": przechodził tędy Jedwabny Szlak.Nie oparli się pochodowi Mongołów, ale już cała angielska potęga gorzko zawiodła się na pomyśle wojen z plemionami afgańskimi. Oto cytat z Kapuścińskiego: „(...) Aż skończyło się wszystko w wąwozach Tangegaru. Tangegar ma dla Afgańczyków takie znaczenie, jak dla nas Grunwald, tyle że tam odbyło się to trochę później, okrutniej. 16-tysięczna armia angielska została wprowadzona w zasadzki i wybita do nogi kamieniami. Ocalał jeden oficer, lekarz-weterynarz, któremu udało się zbiec, dotrzeć do Dżalalabadu, gdzie stały odwody angielskiej ekspedycji, i wychrypieć "The death" - i skonać." Część afgańskiej story przypomniał gen. Polko: właściwie nie można walczyć z partyzantką, w skład której wchodzi Naród jako taki. Jaka technika wojenna mogła przydać się w sytuacji, kiedy góral w łapciach wchodził na odpowiednią wysokość, chował się za skałką - i odpalał Stingera, strącając helikopter wielkości wagonu? Po czym schodził sobie do wioski, nasyciwszy oczy skutkiem tegoż odpalenia? Jak można wygrać wojnę, w której jedna ze stron wprost pali się do śmierci, mając "zagwarantowany" raj? A ci, którzy jednak nie bardzo się palą, mają obowiązek pomszczenia przelanej krwi - i tak, czy siak - muszą walczyć przeciwko najeźdźcom? Ale jeśli nawet nikogo im nie zabito - talibowie znacznie lepiej płacą, niezależnie z jakich środków! Z czegoś żyć trzeba, a wojna jest naturalnym żywiołem. Afgańczyk, któremu właśnie wóz bojowy przejechał przez poletko i zniszczył i tak wątpliwą nadzieję na nakarmienie rodziny - nie spyta o moralną czystość kasy, która mu płacą. Czemu ma się martwić o europejskich lub amerykańskich narkomanów, którym nikt niczego przemocą nie pcha do gardziołek, lub strzykawek? Rozumiem: my mamy sojuszniczy, NATO-wski obowiązek.Rozumiem - choć mi się to nie podoba. Ale - czy nie można jakoś wytłumaczyć tym cholernym aliantom, żeby dali sobie siana? Zanim dadzą im? I nam? Może taki wpływowy facet...etc. Baaardzo prosimy!


Komentarze
Pokaż komentarze (33)