mona mona
511
BLOG

Klientów nie ma, pani Dorotko. Wymarli!

mona mona Gospodarka Obserwuj notkę 10

Usłyszałam dziś Dorotę Gawyluk ( rozmowa z Czarneckim, co nie ma zresztą nic do rzeczy), mówiącą - tak, obok tematu: "święta, pełne sklepy ludzi". Żeby nie było, że się czepiam - lubię Gawryluk, wręcz uważam ją za dziwnie normalne, zrównoważone zjawisko w tym nienormalnym, ekranowym świecie "zaprzyjaźnionych telewizji".

Ale...pełne sklepy? Pełne ludzi? Matko kochana...

Nie mogę, od - tak sobie, wyskoczyć do sklepu po marchewkę. Z mojego lasu  taki "wyskok"  jest całą wyprawą. A muszę być zawsze pod bronią, mój dom jest wieczną "kawiarnią - niespodziewanką": nigdy nie wiem, ilu będę miała gości. Przecież mieszkam w lesie, w miejscu ukochanym, do którego zawsze się tęskni. Nieważne, że coś przytargają - a jak braknie... chleba, który - sądząc z  doświadczenia - nigdy nikomu nie przychodzi do głowy?

Po zaopatrzenie jedzie się - staropolskim obyczajem  - w dzień targowy, kiedy to część zakupów można zrobić u tzw. producenta. Gospodynie sprzedają grzyby, sery, drób, jajka od własnych kur i różne inne śmietany, gęste jak masło. Na stoiskach z warzywami stoją sprzedający, których ogrody są widoczne za płotem i ma się pewność, że rzeczona marchewka nie zaświeci w ciemności, w koło Macieju kupuje się na tych samych stoiskach, a ekspedientki ze sklepów mówią :dzień dobry" również na ulicy.
Już pomijając, że jest to dzień i miejsce spotkań "krewnych i znajomych królika", okazja do oczekiwanych, albo nie - spotkań rodzinno - towarzyskich.
 
W malutkim miasteczku są dwa markety, gdzie zwykle ludzi jest mnóstwo, z oczywistego powodu - jest taniej. Znacznie taniej, ale te markety spowodowały upadek wielu starch sklepów.
Nie mam czasu na wystawanie w niekończących się kolejkach marketów. Poza tym, że półki są pełne towarów - każda kolejka zawiewa mi odorkiem komuny, z tą pogardą dla mojego czasu, nieczynnymi kasami, etc. Nie lubię - i już.

Ale czasem, przed Świętami zwłaszcza, trafia mi się z konieczności: to też swego rodzaju targowisko - ostatecznie wszystko pod jednym dachem. No i 'świąteczny koszyk" - tylko tam można coś wrzucić. Zapomnisz, babo - a potem jakoś głupio...

 Ostatnio trafiły mi się nawet dwie kolejne okazje zakupowe: ta rutynowa, targowiskowa - i dzisiejsza. Jechałam do miasta z bólem głowy - co to się będzie działo...

Nie działo się nic. Po tragowisku kręciło się znacznie mniej kupujących, niż stało tam sprzedających, zmarzniętych na kość, klnących  w żywy kamień daremnie stracony dzień przedświąteczny, kiedy robota w domu.

Po coś jednak musiałam do  marketu wejść, jako że tam akurat mam w dodatku najbliżej.

Znudzona kasjerka przy jednej, jedynej czynnej kasie tęsknie wypatrywała klientów.

 -Taka robota - to żadna robota, niechby sobie już kupili - i wreszcie poszli" - odpowiedziała, kiedy usiłowałam zażartować, że ma niespodziewanie "luzacki" dzień. - Pani widzi, co ludzie kupują? Zwolnią nas - żaliła się,  stukając w klawisze kasy.

Nie bardzo widziałam,  co kupują inni, byłam pierwsza. Za mną również nie było nikogo. Kilku kupujących snuło się wprawdzie po sklepie, ale koszyki były pustawe.

Jednak oczywiście czegoś zapomniałam, więc weszłam do następnego sklepu. Też niemal pusty, ale wąska "kicha" lokalu sprawiała, że tych marnych kilku klientów już spowodowało przeklętą kolejkę.

- A ty, co tak chodzisz od sklepu do sklepu? - usłyszałam za sobą. - Już w trzecim cię widzę!
- Aaaa, tak sobie, patrzę...na ceny - gadały sobie dwa męskie głosy.

 Jak na  zawołanie zjawiły się dwie ekspedientki, jedna zagadnęła mnie, druga - pana z tyłu.
- 5 plasterków boczku - poprosił.
Te dziwne świąteczne zakupy sprawiły, że zerknęłam jednak kątem oka. Żaden tam emeryt - młody człowiek, z małą córeczką, która niczego się nie domagała, o nic nie prosiła. Stała sobie cichutko. Zupełnie jej wcześniej nie zauważyłam.

Kiedy zniosłam już wszystko do samochodu, olśniło mnie: nie kupiłam pieczarek.Mieszkam w lesie, ale do bigosu potrzebne mi pieczarki. Tak już mam.
Ręce miałam, jak sołtys w Wiercikowie, któremu trzeba było kopać rowy, bo te ręce mu się wlokły po obu stronach drogi. Wściekłam się, ale wróciłam po te cholerne pieczarki - a tu - nie ma!  W jednym, drugi, trzecim sklepie!
- No, to czego tak mało zamawiacie? - wydarłam się.
 - Grzybów nie było, nie wie pani? Zamówliśmy normalnie, wykupili.
- Ale grzyby przecież macie!
- Ale - za ile...
Zatrzasnęłam się. Lubię panie w moich sklepach, chciałam jeszcze pogadać, "odkręcić" efekty złego humoru. Sklep niby pusty, ale jednak ktoś wchodził - i uwierzcie mi - nie tylko ten jeden klient robił zakupy w porcjach "pięcioplasterkowych".

Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

A potem mój mąż powiedział, że chyba mam źle w głowie, jeśli uważam, że jestem "ładniejsza" od pani z cukierni, która jest fachowcem, w fabryce nie kupuje ciast, piecze je u siebie  i na pewno gorsze od moich nie są. On wie, czasem tam wpada "na gryza". Po co sobie - piiiiip, skreślone - zawracam pieczeniem, zamiast "zwyczajnie kupić"?

MOJE CIASTA SĄ  LEPSZE - już! Ale...

Nie chodziło o ciasta, chodziło o to, że mój osobisty dyrektor pilota namyślił się na montowanie zażądanych przeze mnie półeczek akurat, jak na mnie przyszedł czas wypieków. Kolizje nieuniknione.

No, jak mężowi wszystko jedno...Zadzwoniłam, zamówiłam - i udałam się do miasteczka po odbiór. Oczywiście do sklepów też wpadłam, jakżeby nie...
 Banany po 2,90, mandarynki - 3,15, winogrona po 5 zeta - sklep oszalał,  a ludzie...Ludzie wymarli.

Nie ma sklepów pełnych ludzi, pani Dorotko.Sklepy są puste, choć półki - pełne.







 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Gospodarka